Steven Spielberg do kosmitów miał zawsze słabość. A że konsekwentnie przez całą karierę dziecinniał, to nie dziwne, że gdy już zdziecinniał do imentu, nakręcił „Dzień objawienia”.
Od czasów, gdy Donald Trump oznajmił, że ujawni do tej pory ukrywane przez amerykański rząd informacje o obecności kosmitów na Ziemi, historia przyspieszyła. Znamienne jednak, że niczego to na świecie nie zmieniło. Ludzkość, zamiast zająć się sprawdzaniem, czy w ich najbliższym otoczeniu żyją przybysze z odległej galaktyki, poświęca się konsekwentnemu demolowaniu własnej ziemskiej cywilizacji.
Ujawnienie przez Pentagon dokumentów o regularnych wizytach latających spodków nie spowodowało, że Ziemianie przestali nawzajem się wyrzynać i zaczęli myśleć, co dla nich oznacza inwazja z kosmosu. Co więcej, obecnie próbują dokonać samozagłady intelektualnej. Kosmici nie muszą nas eksterminować potężnymi laserami strzelającymi z gigantycznych statków, jak w filmach Rolanda Emmericha. Gdyby naprawdę chcieli nas wykończyć, to wystarczyłoby im przejąć media społecznościowe.
Steven Spielberg do kosmitów miał zawsze słabość, a że konsekwentnie przez całą karierę dziecinniał, to nie dziwne, że gdy już zdziecinniał do imentu, nakręcił „Dzień objawienia”. Film, który miał być sensacją tego sezonu, a stanie się dowodem na to, że największy talent może sobie nie poradzić ze światem zmieniającym się szybciej, niż latają statki kosmiczne.
„Dniem objawienia” rozczarowuje
„Disclosure Day” powinien być raczej „Dniem ujawnienia”, bo „objawienia” w polskim tytule nie da się wytłumaczyć nawet tym, że pojawiają się tu zakonnice wierzące, że Bóg stworzył nie tylko ludzi, ale też innych mieszkańców wszechświata. Owo ujawnienie to wiedza, którą ludzie muszą posiąść — że na naszej nieszczęsnej planecie żyjemy razem z zielonymi istotami z kosmosu. Ciekawe, że film Spielberga nie tylko tytułem, ale i całym przesłaniem rymuje się z foliarskim dokumentem „The Age of Disclosure”, w którym byli agenci CIA, emerytowani wojskowi, maniakalni naukowcy, a nawet sam sekretarz stanu Marco Rubio wmawiają nam, że rząd USA od dekad ukrywał przed nami wiedzę o obecności UFO na Ziemi.
Istoty owe, przylatujące do nas przynajmniej od 1947 r., wcale nas nie chcą zniszczyć, jak te w „Wojnie światów” według powieści Wellsa w reżyserii tegoż Spielberga, gdy jeszcze zachowywał resztki dorosłości. Gorzej: to ludzie wyłapują przybyszów i trzymają ich w więzieniach. Ale to i tak pokazano lepiej w „Dystrykcie 9”, w którym obcy, przypominający skrzyżowanie krewetek z modliszkami, byli przetrzymywani przez ludzi w obozie koncentracyjnym. Jeśli jest jakaś przejmująca scena u Spielberga, to jest nią torturowanie kosmity. Grupa oprawców trzyma na stole operacyjnym ufoludka, robi mu zastrzyki, a ten opiera się, piszcząc jak piesek i odpychając ludzi zieloną łapką, a w jego wielkich oczach czai się przerażenie.
Fabułę sklecił Spielberg taką: media informują, że bunt w północnokoreańskiej armii i groźby ze strony Rosji mogą spowodować wybuch globalnego konfliktu nuklearnego. Ludzie rzucają się do sklepów i na stacje benzynowe, świat ogarnia panika. Tymczasem Daniel, haker-sygnalista pracujący dla potężnej korporacji Wardex, związanej z tajnymi rządowymi projektami, postanawia ujawnić, że na Ziemi żyją kosmici, a rząd trzyma zamelinowane ich pojazdy międzygalaktyczne i zwłoki przybyszów, zaś żywych poddaje eksperymentom. Na czele Wardexu stoi grany przez Colina Firtha okrutnik, kierujący się jednak szlachetnymi pobudkami: uważa on, że powiadomienie ludzkości o istnieniu kosmitów spowoduje na Ziemi chaos, a ludzie nie poradzą sobie z tą wiedzą. Myli się — ludzie radzą sobie już z każdą wiedzą, bo natychmiast zapominają, czego się dowiedzieli.
Naturalnie Wardex usiłuje Daniela anihilować, podobnie jak jego dziewczynę Jane, byłą klaryskę. Daniel dopiero teraz dowiaduje się, że sypiał z zakonnicą, co wstrząsa nim bardziej niż zdjęcia martwych ufoludków. Mężczyźni zazwyczaj za późno dowiadują się o takich rzeczach. Gdyby Spielberg cały film zrobił wokół tego szokującego ujawnienia, klaskałbym z zachwytu niczym foka w zoo.
Tymczasem w Kansas City pogodynka lokalnej telewizji zaczyna najpierw mówić po rosyjsku, choć nie zna tego języka, później po koreańsku, choć nie zna go tym bardziej, a następnie w języku kosmitów, którego nigdy nie miała okazji poznać. Jak się domyślacie, najbardziej zdezorientowany jest chłopak pogodynki, poczciwy gitarzysta, który nic z tego nie zrozumie aż do końca filmu.
Wkrótce Wardex będzie chciał anihilować także Margaret. Od tego czasu źli ludzie będą nieudolnie ścigać przez dwie godziny hakera, zakonnicę i pogodynkę. W międzyczasie pojawiają się czerwony ptaszek, jeleń, lis oraz szop pracz. Wszystkie te zwierzęta też są kosmitami, bo ci potrafią przyjmować różne postacie. Wreszcie hakerowi, zakonnicy i pogodynce udaje się zmylić amatorskich zabójców z Wardexu. Puszczają w telewizji w Kansas City nagrania z kosmitami, a na koniec filmu pojawia się prawdziwy zielony ludzik, tyle że jak na ludzika jest ogromny. Zostaje przywieziony na czymś, co przypomina wózek inwalidzki, a później czule wita się z naszymi bohaterami. To powoduje, że cały świat ogarnia pragnienie pokoju i wzajemnej miłości, a koreańscy żołnierze, zamiast rozpętywać III wojnę światową, podziwiają ufoludka na ekranach smartfonów i odechciewa im się walczyć.
A co gdybyśmy naprawdę spotkali kosmitów?
Prawdziwe science fiction polega nie na tym, że kosmici żyją wśród nas, ale na tym, że gdy lokalna telewizja w Kansas City puszcza nagrania z UFO, to wszystkie konkurencyjne stacje telewizyjne pomagają sobie w przesyłaniu tych sensacyjnych materiałów, bez względu na ich sympatie polityczne. Tak jakby TV Republika miała newsa o kosmitach i podzieliła się nim z TVN24. I nikt nie myśli o tym, że to może być fałszywka — wszyscy na świecie natychmiast uwierzyli w zdjęcia wziętych do niewoli przez amerykańską armię ufoludków, w ufoludka siedzącego bezradnie na resztkach statku kosmicznego, w ufoludki prowadzone przez żołnierzy do jakiegoś namiotu, nie mówiąc o zwłokach ufoludków wynoszonych z pobojowiska po kraksie ich pojazdu. Prawdziwy kosmos to ten, że według Spielberga telewizja wciąż jest najszybciej reagującym na wydarzenia medium.
Jeszcze większe science fiction polega na tym, że ujawnienie prawdy o kosmitach powoduje ogólnoświatowe pojednanie. Wyobraźmy sobie, że na wieść o tym, że od dawna dzielimy naszą planetę z przybyszami z kosmosu, Karol Nawrocki i Donald Tusk, szlochając ze wzruszenia, rzucają się sobie na szyję i wybaczają wcześniejsze urazy.
Jednak gdyby dziś na Wiejskiej naprawdę wylądował statek pozaziemskiej cywilizacji, to i tak niczego by to nie zmieniło. W obliczu inwazji UFO Polacy nadal prowadziliby wojnę domową o to, czy odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego. Gdyby atakowały nas laserami statki kosmicznych najeźdźców, my oskarżylibyśmy o to Ukraińców. Gdyby okazało się, że w tajnych prosektoriach są zwłoki ufoludków, których statek rozbił się na Podkarpaciu, trwałaby walka na wzajemne oskarżenia o to, kto zdradził, a kogo zdradzono. Naukowcy nie mieliby nic do powiedzenia, w przeciwieństwie do badaczy z Instytutu Pamięci Narodowej. Głównym pytaniem byłoby, czy kosmitów nasłali na nas Niemcy. No i kto w rządzie jest pochodzenia pozaziemskiego, a więc nie jest prawdziwym Polakiem.
Na miejscu kosmitów trzymałbym się od Polski z daleka.

