Perypetie Marcina Romanowskiego, tułającego się po świecie w desperackiej ucieczce przed polskim sądownictwem, mogłyby stać się kanwą jak nie filmu fabularnego, to powieści.
Jest Romanowski figurą fascynującą, półtragiczną, półgroteskową, a zatem najlepszą, jaką na warsztat mógłby wziąć utalentowany pisarz bądź scenarzysta. Jego losy — od luksusów w Budapeszcie, przez wygnanie do czarnej dziury Naddniestrza — układają się w tragifarsę, a więc ideał sztuki dramaturgicznej.
Czy Romanowski w istocie jest w Naddniestrzu, diabli wiedzą, a jeśli jacyś diabli wiedzą, to zapewne należą do Opus Dei. W końcu Romanowski ma być numerariuszem tej organizacji, żyjącym zgodnie z zasadami, które numerariusza obowiązują, a zatem w celibacie i podporządkowanego sprawom Dzieła Bożego. Że zaś wszelkie dzieła boże zazwyczaj łączą się z grubą kasą, a wręcz kasa jest immanentną cechą wszelkich dzieł bożych, nie dziwcie się, że Romanowski jako członek rządu musiał kasę przewalać.
Polska odpowiedź na „Kod da Vinci”
Może Romanowski jest w Naddniestrzu, a może go tam nie ma. Może to fenomenalna mistyfikacja, a może rosyjska robota, nie mam pojęcia i nie jestem pewien, czy służby specjalne mają tego pojęcia więcej niż ja. Wiem, że jest to historia z powieści sensacyjnej, a ściślej nasza polska odpowiedź na „Kod da Vinci” Dana Browna.
Wiemy wszyscy, że w czasach rządów Viktora Orbána, życzliwego takim ludziom jak Zbigniew Ziobro i Romanowski, ów członek Dzieła Bożego żył w węgierskiej stolicy relaksacyjnie i przyjemnie. Orbán czniał Ziobrę i Romanowskiego, on ich potrzebował instrumentalnie, żeby drażnić rząd Tuska i dobrze robić Moskwie, ale po upadku „Viktatora”, jak nad Dunajem zwali Orbána, chłopcy do niczego już nie byli potrzebni, a wręcz zawadzali nowej władzy i musieli zwijać się z miasta zwanego „Perłą Dunaju”.
Doniesienia prasowe wskazywały, że Romanowski mieszka przy Placu Dezső Szilágyiego po budziańskiej stronie Dunaju, tuż przy rzece. Znam dobrze okolicę, nie miałbym nic przeciw, żeby też tam mieszkać. Dziennikarze utrzymywali, że mieszkanie Romanowskiego było niemal naprzeciw budynku parlamentu. Niekoniecznie. Plac Szilágyiego, ministra sprawiedliwości w czasach austro-węgierskich, jest na wprost pomnika Holokaustu po drugiej stronie rzeki, tego przejmującego rzędu butów symbolizujących tysiące Żydów wrzuconych do Dunaju. Za to przy samym Placu Szilágyiego stoi neogotycki kościół kalwiński, trochę przedobrzony architektonicznie, ale bardzo znany. Choć chyba członkowie Opus Dei nie mogą chodzić do kalwińskich kościołów na nabożeństwa, więc Romanowski ze swoją zbolałą miną dygał do Kościoła Macieja na Wzgórzu Zamkowym. Ja bym tak robił, co prawda to pod górkę pieszo, i trochę się trzeba zmęczyć, ale spacer piękny, bo i cała I Dzielnica piękna, stara i elegancka.
Z mieszkania Romanowskiego wszędzie blisko było, nie raz i nie sto razy tamtędy chodziłem. W piątki Romanowski mógł żywić się w pobliskiej restauracji rybnej, gdzie taką zupę z suma dawali i może dają nadal, że człowiek o niczym innym nie myślał, jak o azylu politycznym na Węgrzech.
Ja to wszystko z zazdrości piszę oczywiście, bo teraz myślę, że dla mieszkania w I Dzielnicy człowiek jest gotów popełnić największe niegodziwości. Choć jak człowiek musi zamienić I Dzielnicę Budapesztu, a ściślej jej część zwaną Viziváros, czyli Wodne Miasto, na miasto Tyraspol w Naddniestrzu, to już nie zazdroszczę.
Sercanie w Naddniestrzu
I nie rozstrzygam, gdzie naprawdę jest Romanowski, bo nikt prócz Romanowskiego i ludzi, którzy mu pomagają, nie wie. Roman Giertych, posiadacz tajemnej wiedzy na dowolny temat, wskazał, że w Naddniestrzu działa pięć polskich parafii prowadzonych przez sercanów, czyli tych zakonników, z których wywodził się legendarny egzorcysta od salcesonu, zwany dziś Michałem O. Salcesonowi sercanie dostali na tacę od Ministerstwa Sprawiedliwości w czasach Romanowskiego bardzo duże „co łaska” i teraz mogą się odwdzięczać i ukrywać dobrodzieja.
To, że Giertych doskonale zna się na zakonach i wie, gdzie są czyje parafie, to oczywiste, ale mnie dręczy myśl taka: skąd aż pięć sercańskich parafii w Naddniestrzu? W całej Polsce — jak informuje strona internetowa sercanów — mają oni szesnaście parafii, a w Naddniestrzu, gdzie mieszka tyle z grubsza ludzi, co w Gdańsku, aż pięć! Jakaś niepohamowana siła misjonarska pcha sercanów do rosyjskiego Naddniestrza.
Pamiętacie „Kod da Vinci” Dana Browna, albo jeszcze lepiej jego ekranizację i straszliwego albinosa o biblijnym imieniu Sylas? Rzeczony Sylas był asasynem wysłanym przez Opus Dei, żeby zamordować każdego, kto może sypnąć, że Jezus miał dzieci z Marią Magdaleną, skąd się wzięła francuska dynastia Merowingów. Jest to idiotyzm, który rozpalał swego czasu miliony ludzi, a wielu pomieszał zmysły. Miał Jezus dzieci, czy nie miał, to nieważne, ważne że Opus Dei pod postacią mnicha Sylasa, uparcie powtarzającego „Jestem posłańcem Boga”, mordowało, kogo się da. Nie będę tu szarżował z porównaniem urody Sylasa i Romanowskiego, widać gołym okiem, że odstręczający Sylas mimo pewnego podobieństwa nieco ładniejszy, ale cierpienie na ich twarzach identyczne. To, co łączy takich ludzi jak Sylas i Romanowski to bezwzględna lojalność wobec organizacji oraz życie w celibacie i umartwianie się. Sylas zabijał na rozkaz tajemniczego „Nauczyciela” i jemu składał raporty ze swoich dokonań, dla „Nauczyciela” był gotów wszędzie pojechać — jakby musiał to nawet do Naddniestrza. Sylas jednak cierpiał potwornie, na jego okaleczonej twarzy nieustannie pojawiał się grymas męki za wiarę, ten sam co na wiecznie udręczonej twarzy Romanowskiego.
Fascynacja Opus Dei sięga u nas szczytów najwyższych
Cierpiętniczy grymas, z którego zasłynął Romanowski, może być spowodowany noszeniem cilice. To jest żelazna obróżka na udo, coś jak kolczasta podwiązka, którą każdy numerariusz Opus Dei powinien zakładać co jakiś czas, by empatyzować z cierpieniem Chrystusa, a przy okazji skatować się słodkim bólem, w ten sposób rozładowując wiadome napięcie, na jakie narażeni są ludzie żyjący w celibacie. Jeśli Romanowski podchodził poważnie do swoich zobowiązań numerariusza, to powinien nosić cilice. Czy Romanowski traktuje swoje plecy dyscypliną, jak to robił Sylas, trudno powiedzieć. My nie wiemy, kto mógł widzieć plecy Romanowskiego, a ten kto widział, milczy.
Opus Dei wydało oświadczenie, że „Romanowski nie mieszka i nie przebywa w ośrodkach Opus Dei, a władze prałatury nie posiadają wiedzy na temat jego miejsca pobytu”. Ponieważ wierzymy wyłącznie w wiadomości zdementowane, to możemy spokojnie uznać, że Romanowski, niczym morderczy albinos z „Kodu da Vinci”, zaliczał kolejne klasztory, gdzie go Opus Dei bunkrowało.
Przypominam, że fascynacja Opus Dei sięga u nas szczytów najwyższych. Wszak sam Karol Nawrocki na bierzmowaniu przyjął imię Josemaria, na cześć Josemaríi Escrivy de Balaguera, założyciela Opus Dei. Gdy człowiek ma piętnaście lat, bo zazwyczaj wówczas przystępuje do bierzmowania, to wybiera imię jakiegoś popularnego świętego: Jakuba, Jana, Piotra, Pawła. Ale żeby uczcić tak założyciela Opus Dei, to trzeba mieć rzecz solidnie przemyślaną i być uformowanym w odpowiednim duchu.
To byłby fantastyczny finał polskiej wersji „Kodu da Vinci” — prezydenta Rzeczypospolitej ulepiło nam Opus Dei.

