Być może więc jęczenie jest immanentną cechą pisarską. Oni po prostu nie mogą przestać jęczeć, bo nawet jak stają się milionerami, to wciąż im coś nie pasuje. Nie chodzi o większy procent od ceny okładkowej, tak jak nie chodzi o grzyb w domu Remigiusza Mroza na Costa del Sol. Chodzi o to, żeby współczuć pisarzowi i pochylać się nad pisarką, jak strasznie ciężko jest im w życiu. Mróz nie marudzi, że źle zarabia — on marudzi, że mimo iż szokująco dużo zarabia, to też jest mu piekielnie ciężko.

Od tygodnia przeżywam tekst pisarki Ingi Iwasiów w reporterskim dodatku „Wyborczej”, czyli w „Dużym Formacie”. Tekst w wydaniu internetowym nosi tytuł „Każdy może narzekać na ceny paliwa, ujawniać paragony z drogich wakacji. Tylko pisarzom nie wypada »jęczeć«”.

Wszyscy wiemy, że tytuły internetowe nie pochodzą od autorów tekstów, a od redakcji, lecz ten internetowy doskonale oddaje przekaz tekstu autorki „Bambino”. Otóż pisarze i pisarki od pewnego czasu walczą o wyższe procenty honorarium od ceny okładkowej i frustrują się, że zarabiają za mało. Oczywiście walczą ci, którzy nie sprzedają masowych nakładów. Ci, którzy sprzedają setki tysięcy egzemplarzy, nie walczą, bo rozumieją, że zawsze była grupa beneficjentów sukcesu rynkowego oraz pozostałe 95 proc., które musi pracować na innym etacie niż pisarski, a pisać w czasie wolnym.

Rynek książki dlatego jest tak okrutny, że jest rynkiem właśnie, wolnym rynkiem uściślając. I podlega reżimowi gustów czytelniczych. Możesz napisać koszmarnego gniota i zarobić na nim milion, a możesz napisać nową „Panią Bovary” i zarobić na waciki co najwyżej. Cała ta szarpanina wynika wyłącznie z tzw. deficytu uznania, czyli złości, że nie zawojowało się rynku w kraju, gdzie liczba osób piszących książki zbliżyła się do liczby wszystkich czytelników.

Teraz do tematu zbyt niskich procentów od sprzedanych książek doszedł wątek przekonania pisarzy, że są pogardzani przez naród. Iwasiów jest przykro, że wszyscy mogą narzekać na „paragony grozy” i cenę benzyny, a pisarzom nie wolno. Kto zabrania pisarzom pomstować na paragony z wakacji, kto pisarzom odmawia prawa narzekania na ceny benzyny? Wszystkim wolno narzekać na ceny benzyny, a tylko pisarzom zabroniono? Pisarze nie mogą się skarżyć, że dorsz w smażalni nad Bałtykiem jest za drogi, a wszyscy inni mogą? Powiedźcie mi, kto tak brutalnie knebluje pisarzom usta, a ja już sobie z nim porozmawiam.

Argumentem Iwasiów za doniosłością roli pisarzy w społeczeństwie jest to, że „bierzemy udział w dyskusjach na ważne tematy”. Czyli mówimy ważne rzeczy w rozmowach na ważne tematy, a nie pozwala nam się narzekać na ceny benzyny. Niestety, z tekstu Iwasiów nie dowiemy się, na jakie ważne tematy rozmawiają pisarze. Dyskutowanie „na ważne tematy” nie jest żadną zasługą. Poza tym, jak ktoś „dyskutuje na ważne tematy”, to niech się przyzwyczaja do tego, że będzie dostawał „bęcki”, jak się wyraziła Iwasiów.

„Łatwo nas hejtować, ponieważ wystawiamy się na widok” — ubolewa Iwasiów. Och, teraz wszyscy czują się hejtowani, szczególnie ci, którzy wystawiają się na widok, a zatem każdy. Słowo „hejt” zrobiło niezasłużenie wielką karierę i dziś nawet ten, z kim subtelnie polemizowano, staje się „ofiarą hejtu”. Ciekawe, że tak wyrafinowana pisarka i filolożka, polonistka z habilitacją, zapomniała o pięknym polskim słowie „nienawiść”. Łatwiej napisać „hejt” niż „nienawiść”? Może zadajmy pytanie: Czy pisarze są powszechnie znienawidzeni? Nienawidzi się ich i wyraża masowo to uczucie nienawiści? Co mają powiedzieć Ukraińcy, których dosięgają prawdziwa agresja i nienawiść, na ulicach, w sklepach, w tramwajach, a nie żaden tam „hejt”.

Usiłowałem jakoś współodczuwać z pisarzami, którzy prowadzą heroiczną walkę o większe zarobki. Pomyślałem, że najlepszą metodą wsparcia będzie kupienie polskiej współczesnej powieści. Wszedłem więc w posiadanie najnowszej książki Remigiusza Mroza „Świat jest teatrem”. Może Mróz jest naszym Balzakiem, który też tłukł książkę za książką po kilkanaście godzin dziennie przy biurku? Może Mróz jest naszym Balzakiem, bo na takiego Balzaka zasłużyliśmy?

Czytałem więc Mroza i bawiłem się znakomicie, dowiadując się, że reporterzy telewizyjnych programów kryminalnych jeżdżą Lamborghini Diablo. Uchachałem się serdecznie, czytając Mrozowe wizje pracy w mediach i tropienie przez dziennikarzy okrutnego mordercy Boreasza, ale nie dlatego wspominam o tej książce. Otóż w nowej książce Mroza kluczowe jest posłowie odautorskie. W nimże Mróz jęczy, że kupił dom na Costa del Sol, żeby tam spokojnie pisać, ale okazało się, że nowe budownictwo w Hiszpanii przecieka i po deszczach (mimo że na Costa del Sol miało nie padać) na suficie rośnie mu grzyb. Do tego deweloper wycina las obok posiadłości Mroza, by budować tam kolejne domy. Kanalizację źle wykonano i robotnicy musieli zrywać świeżą nawierzchnię, żeby dostać się do dziurawych rur. A na koniec w sąsiedztwie Mroza pojawili się Rosjanie, puszczający przy otwartych oknach głośną muzykę elektroniczną, przez co Mróz nie może się skupić na pisaniu.

Być może więc jęczenie jest immanentną cechą pisarską. Oni po prostu nie mogą przestać jęczeć, bo nawet jak stają się milionerami, to wciąż im coś nie pasuje. Nie chodzi o większy procent od ceny okładkowej, tak jak nie chodzi o grzyb w domu na Costa del Sol. Chodzi o to, żeby współczuć pisarzowi i pochylać się nad pisarką, jak strasznie ciężko jest im w życiu. Mróz nie marudzi, że źle zarabia — on marudzi, że mimo iż szokująco dużo zarabia, to też jest mu piekielnie ciężko.

Przykro mi się zrobiło z powodu tych mąk Mroza na Costa del Sol, dlatego, że ja Mroza coraz bardziej szanuję. Przecież to człowiek, który zhakował cały rynek książki. To dziwadło utrzymujące się na szczycie bez względu na poziom czytelnictwa, ceny książek i zarobki pisarzy. Czytelnictwo spada — Mróz rządzi. Czytelnictwo idzie w górę — Mróz rządzi jeszcze bardziej. Pisarze walczą o godne zarobki — Mróz nie walczy, Mróz pisze i wydaje. Nawet jeśli cierpi niewygody na Costa del Sol.

Skoro z książek nie można się utrzymać (jeśli nie jest się Mrozem i dziesięcioma innymi autorami), to czemu mamy coraz więcej premier i coraz to nowsze nazwiska, sygnujące kolejne książki? Im gorzej pisarki oraz pisarze zarabiają, tym więcej jest nowych pisarzy oraz pisarek. Skąd ten paradoks, na czym polega to szokujące zjawisko? Wszak prestiż dziś łatwiej zyskać, gdy się stworzy popularny kanał w YouTubie, oglądany przez miliony, zamiast tysiąca ludzi, którzy zmitrężą czas na nasze wystękane i krwawo wypocone książki. Czy za mało zarabiający pisarze halucynują, że sprzedadzą tyle egzemplarzy co Mróz, a przynajmniej tyle, co Chmielarz i Siembieda, nie mówiąc o Bondzie? Fantazjują, że na podstawie ich dzieł nakręcone zostaną filmy i seriale, a na koniec dostaną Nobla jak Tokarczuk, a to zawsze parę szwedzkich koron dodatkowo?

A może chcą zyskać choć okruszki sławy, a najlepiej tony sławy, bo bez sławy dzisiaj człowiek jest nikim?

A może dręczy ich okrutnie daimonion i każe pisać wbrew im samym?

Przecież my mamy kapitalne życie — piszemy, co chcemy, ktoś chce to wydawać, znajdują się ludzie, którzy to chcą kupić za własne pieniądze, choć mogliby je wydać na coś bardziej potrzebnego. Chcą to przeczytać, a nawet przyjść na nasze spotkania autorskie, za które dostajemy honoraria.

Sfrustrujemy się tysiąc razy, wściekłość nas dopadnie razy milion, blokada twórcza przeczołga, wstyd za własny brak talentu przeora, bezsilność wobec sukcesów grafomanów, którzy nam artystycznie do kolan nie sięgają, ale sprzedają sto razy więcej niż my. Owszem, ludzie schlastają nasze książki gdzieniegdzie, wyśmieją albo co gorsza ich nie kupią, ale doprawdy: sami sobie powinniśmy zazdrościć.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version