Żeby pokonać reżim liczący prawie 100 mln mieszkańców, trzeba zdobyć Teheran. A nie ma armii na świecie, która by tego dokonała — mówi Vincent V. Severski, pisarz i były oficer Agencji Wywiadu.

Vincent V. Severski: Nie uważam się za jakiegoś znawcę Iranu, ale zdarzyło mi się być w tym kraju i rozmawiać z jego mieszkańcami, więc tak, to więcej, niż można wyczytać w Wikipedii, a nawet w paru książkach.

— To jest kraj, który wymyka się prostym opisom. Bo z jednej strony jest okrutny reżim, który potrafił wieszać ludzi na dźwigach, a na ulicy ludzie patrzyli na to beznamiętnie. To działo się w południowym Teheranie…

— Północna część miasta to tradycyjne dzielnice elit. Kiedyś związanych z szachem, teraz — z ajatollahami i Korpusem Strażników Rewolucji, który sprawuje faktyczną władzę. Z drugiej strony zdarzali mi się rozmówcy, którzy nie bali się żartować, że „w Teheranie jest za mało drzew, żeby powywieszać wszystkich mułłów”. Irańczycy mają w sobie dużo przyrodzonej godności, wynikającej z kilku tysięcy lat perskiej historii.

— Konrad opisał to precyzyjnie: „kulturowa gra pozorów, rodzaj kamuflażu i konwencji, i wcale nie taka odległa od naszego szpiegowskiego świata… w którym nic nigdy nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości”. To sztuka społecznej mimikry, w której taksówkarz będzie udawał, że nie chce od ciebie pieniędzy, a ty powinieneś się domyślić, że jednak trzeba mu zapłacić, choćby odmawiał przyjęcia zapłaty trzy razy. To noszenie społecznej maski, która skrywa prawdziwe intencje. Zdolność do odczytywania znaczeń taarof to jeden ze sposobów, w jaki Irańczycy potrafią odsiać swoich od obcych.

— Znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy nie ma komu kibicować. Irański reżim to nie jest ekipa szlachetnych ludzi, a jak wygląda obecna władza w Białym Domu, widzimy chyba aż za dobrze. Należałoby zacząć od tego, że do tej absurdalnej wojny w ogóle nie powinno dojść. A doszło do niej tylko dlatego, że Donald Trump dał się podpuścić premierowi Izraela Beniaminowi Netanjahu.

— Od czasu operacji „Ajax”, czyli przewrotu, w którym CIA do spółki z brytyjskim MI6 obaliła premiera Mohammada Mosaddegha i wzmocniła władzę szacha Rezy Pahlawiego. Mosaddegh przeprowadził uchwaloną przez parlament nacjonalizację brytyjskiego koncernu naftowego Anglo-Iranian Oil Company, później znanego zresztą jako BP — British Petroleum. Brytyjczycy i Amerykanie nie mogli tego puścić płazem.

Szach dostał wielką władzę i mnóstwo pieniędzy ze sprzedaży ropy, ale nie potrafił zrobić z tego użytku. Pieniądze wydawał na armię i luksusowe zachcianki.

— Zdjęcia pewnie z północnego Teheranu, bo znaczna część irańskiego społeczeństwa żyła wtedy w biedzie. To był kraj potężnego rozwarstwienia.

— Bo też impreza była, jak to się dzisiaj mówi, „epicka”: w pobliżu ruin miasta Persepolis postawiono klimatyzowane namioty, jedzenie i trunki sprowadzano samolotami prosto z Paryża. Szastanie pieniędzmi na pewno kłuło zwykłych Irańczyków w oczy, ale Pahlawi tłumił wszelkie przejawy buntu brutalną siłą. Okryty złą sławą SAVAK, czyli ówczesna bezpieka, torturował i zabijał ludzi bez mrugnięcia okiem. Trudno się dziwić, że hasła islamskiej rewolucji przeciw władzy szacha padły na podatny grunt.

— Nie sądzę, ale myślę, że była dla nich bardzo korzystna: Iran przestał być prawdziwym mocarstwem tuż pod bokiem Rosji. Gdyby szach utrzymał władzę, Iran mógłby mieć broń atomową dużo wcześniej.

— To była jedna z przyczyn porażki wyborczej prezydenta Cartera. A uwolnienie zakładników w dniu inauguracji Ronalda Reagana też było symbolicznym gestem Iranu.

— Pokonały ich burze piaskowe i błędy organizacyjne misji. Co ciekawe, tymczasowe lądowisko urządzili wtedy na Pustyni Słonej pod Teheranem. Podczas niedawnej akcji ratowania członka załogi F-15E zestrzelonego nad Iranem amerykańskie maszyny też lądowały na tym terenie. Tym razem jednak akcja się powiodła, choć nie obyło się bez strat w sprzęcie. Amerykanie doskonale znają Iran i wiedzą, że jest praktycznie nie do zdobycia. Żeby pokonać reżim liczący prawie 100 mln mieszkańców, trzeba by zdobyć Teheran. A nie ma takiej armii na świecie, która by tego dokonała. Bo to naturalna twierdza — najpierw musisz pokonać góry Elburs, wysokie na ponad 4 tys. metrów. Od południa miasto chroni Słona Pustynia, gdzie temperatura dochodzi do 60 stopni. A na koniec masz do zdobycia ciasno zabudowane miasto z 16 mln mieszkańców.

— Wiadomo, że jak obcy wejdzie do Iranu, to ci ludzie będą się bić. Niezależnie od tego, co widzieliśmy kilka miesięcy temu — te demonstracje to nie był cały Iran. W Teheranie, Isfahanie demonstrowali studenci, inteligencja, drobny biznes, ale nie cały lud.

— Myślę, że Amerykanie przekonaliby się o tym tak samo, jak Rosjanie przekonali się, że Ukraińcy potrafią się bić o swój kraj. Reżim ajatollahów trzyma się od prawie pół wieku. Dlaczego? Bo ma swój mit założycielski, czyli wojnę z Irakiem, która zaczęła się w 1980 r. i trwała prawie osiem lat. Po stronie irańskiej zginęło milion żołnierzy. Do dziś w całym kraju są małe muzea z figurami męczenników, którzy oddali wtedy życie. A walki przypominały ataki tyralierą z II wojny światowej. W tych nacierających szeregach stali obok siebie ramię w ramię monarchiści, islamiści i nawet komuniści. To była wojna narodowa.

— Izraelczycy znają Iran doskonale. Mają u siebie liczną irańską diasporę. Za czasów szacha oba kraje blisko współpracowały, nawet bardzo blisko — w tym służby specjalne. Wszystko się zmieniło po rewolucji. Nowy reżim musiał mieć wroga i stał się nim Izrael, a właściwie syjonizm, bo w społeczeństwie nie ma prawie antysemityzmu. Polecam izraelski szpiegowski serial „Teheran”. Uważny widz wiele w nim wyczyta. W samym Teheranie mieszka ok. 40 tys. Żydów, i to od wieków. Oni są tam „swoi”. Kiedyś w antykwariacie trafiłem na piękną gwiazdę Dawida. Sprzedawca — Pers, w czapeczce i z długą brodą — wyjaśnił, że to pamiątka osobista, nie na sprzedaż: „Jestem Żydem”.

— VEVAK, czyli następca SAVAK, trzyma społeczeństwo w ryzach. Podobnie jak Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. I to wbrew obiegowym opiniom nie są dzicy faceci z karabinami, tylko tacy goście w eleganckich garniturach. Do tego masz Basidż, czyli coś jak nasze dawne ORMO. Jest komu pilnować porządku i moralności. Pod wieloma względami Iran to taki mały Związek Radziecki, tyle że zamiast wiary w dialektykę marksizmu mamy prawdziwy element religijnej mistyki, tak ważnej w szyizmie. I podobnie jak w ZSRR masa społeczeństwa w ten czy inny sposób jest „umoczona” we władzy. Ale jak mówiłem, to kraj kontrastów, więc ta metafora Związku Radzieckiego nie do końca pasuje, bo Irańczycy w przeciwieństwie do Rosjan nie mają mentalności niewolników. Tam się czuje te kilka tysięcy lat historii.

— Ale myśmy mieli Wielkiego Brata, który nas pilnował z bliska. PRL był efektem nowego podziału świata…

— Faktycznie. Co ciekawe, konferencja w Teheranie w 1943 r. mogła się odbyć dzięki temu, że dwa lata wcześniej Iran podbiły wspólnie wojska brytyjskie i radzieckie.

— Po rewolucji Chomeiniego był etap wzajemnego tolerowania się. Bo ateistyczne państwo, jakim był ZSRR, nowe islamskie władze też uznawały za szatana. Ale z czasem to się zmieniło, zwłaszcza po wycofaniu się Sowietów z Afganistanu i po upadku ZSRR.

— Irańczycy to niezwykle utalentowany naród, szczególnie jeśli chodzi o nauki ścisłe, np. matematykę. Nawet za szacha nauka mocno się rozwijała, a rewolucja islamska nie wycięła wszystkiego do nogi, tylko zostawiła to, co wartościowe. Iran od 1979 r. żyje w reżimie sankcji, a mimo to rozwinął produkcję własnych samolotów, samochodów, własny przemysł. Wiesz, gdzie mieszka najwięcej Irańczyków poza Iranem?

— W Kalifornii. Samoloty z Teheranu latają tam nieustannie i wożą pracowników do branży high-tech. Irańska diaspora za granicą to rzadko właściciele kebabowni. Oni są profesorami na wyższych uczelniach.

— Ten reżim wciąż się zmienia. Kiedy byłem tam po raz pierwszy w latach 90., czuć było twardą rękę: rygorystycznie przestrzegano noszenia chust, zdarzały się publiczne egzekucje. Dziś w Teheranie masz eleganckie restauracje, sklepy, na ulicy można zobaczyć Ferrari. Irańska młodzież mówi po angielsku, słucha tej samej muzyki co ich rówieśnicy. Alkohol niby jest zakazany, ale są restauracje, gdzie można się napić, nawet w towarzystwie Strażników Rewolucji. Zakazane jest picie alkoholu, a nie posiadanie. Ormianie niemal legalnie pędzą kiszmisz. Irańczycy mają nawet rodzimy przemysł pornograficzny i licencjonowaną prostytucję w formie sigeh — czasowego małżeństwa nawet na kilka minut.

— Żeby było jasne, tamtejsza bezpieka wciąż jest silna i potrafi być brutalna, co było widać niedawno przy tłumieniu protestów. Ale instynkt podpowiada mi, że jakaś zmiana wisi w powietrzu.

— Na początku tego konfliktu napisałem na Facebooku, że jeżeli reżim w Iranie przetrwa pierwsze uderzenie i się utrzyma, to wygra tę absurdalną wojnę. No i się utrzymał.

— Reżim długo się do tej wojny przygotowywał i okazało się, że choć Trump zapewnia, że zniszczył irańskie siły zbrojne, to jednak część instalacji naftowych na Bliskim Wschodzie poszła z dymem za sprawą irańskich dronów i rakiet.

— Irańczycy stawili czoło największej armii świata, więc bez ujmy na honorze mogą zawrzeć pokój. Amerykanom też zależy, żeby wyplątać się z tej awantury. Ta wojna może mocno zmienić bliskowschodnią układankę. Nie wykluczałbym skutków w postaci unowocześnienia Iranu. Nie to, że za sprawą oddolnych zmian, to byłaby raczej metamorfoza sterowana odgórnie. Takich zmian mogą dokonać Strażnicy Rewolucji. To oni rządzą tym krajem, trzymają cały biznes. To jest państwo w państwie i to nie są głupcy.

— Persowie są cierpliwi, nie podejmują gwałtownych decyzji, nie są emocjonalni. Ale też widzą, że dotychczasowa formuła reżimu się wypala, więc mogą chcieć poszukać nowej, bardziej otwartej, czerpiącej ze współpracy ze światem. Wtedy nawet w kilkanaście lat Iran ma szansę stać się potęgą.

— Nie wykluczałbym tego. Przyjazny Iran to dla Ameryki sto razy cenniejszy sojusznik na Bliskim Wschodzie niż Izrael. Na dodatek wielki rynek. Izrael trzeba by jakoś udobruchać, ale cała bliskowschodnia układanka będzie się układać teraz na nowo. Myślę, że Iran też znajdzie w niej swoje miejsce, może w końcu pozytywne, bo jest do tego potencjał.

— Znając jego skłonność do efekciarskich zagrywek, w ogóle bym się nie zdziwił. Może pierwsza Pokojowa Nagroda FIFA, którą Gianni Infantino wręczył Trumpowi, okaże się jednak prorocza?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version