Sygnały płynące z Pentagonu są coraz bardziej niepokojące. Sekretarz armii poszedł do Donalda Trumpa, by poskarżyć się na Pete’a Hegsetha. Po czym zrezygnował. Ważni generałowie formalnie poinformowali, że nie zgadzają się z rozkazami Hegsetha. Sekretarz obrony jest coraz bardziej osamotniony, ale jego najważniejszy sojusznik wydaje się tym niewzruszony.
Sekretarz armii Stanów Zjednoczonych Dan Driscoll rozmawiał z prezydentem Donaldem Trumpem o stanie amerykańskich sił zbrojnych. Szczegółowo przedstawił swoje obawy dotyczące pogarszającej się gotowości bojowej podczas wojny z Iranem. Mówił o licznych wysokich rangą oficerów, którzy zostali zwolnieni, zmuszeni do odejścia lub pominięci przy awansach. Następnie sam złożył rezygnację.
Tak wynika z licznych doniesień medialnych na temat spotkania, do którego doszło po miesiącach narastania napięcia między Hegsethem a Driscollem. To kolejny sygnał — i być może najbardziej spektakularny — że Hegseth toczy samotną walkę w Pentagonie.
Driscoll nie był urzędnikiem pozostałym po poprzedniej administracji. Nie był też typem biurokraty, z których Hegseth lubi drwić i usuwać z amerykańskiej machiny wojennej.
Driscoll to weteran wojny w Iraku, mianowany przez Trumpa, a także wieloletni przyjaciel wiceprezydenta JD Vance’a — jeszcze z czasów studiów prawniczych na Yale. Człowiek tak bliski wiceprezydentowi, że obaj panowie mieli wspólnie wypoczywać i zabierać na te wyjazdy swoje żony.
Ta przyjaźń dawała Driscollowi pewną ochronę w ramach administracji. Biały Dom, żegnając go, nazwał Driscolla „wyjątkowo skutecznym”. Chwalono go za to, że dzięki jego pracy armia stała się „silniejsza niż kiedykolwiek”.
Wymowne jest, że ktoś z takimi koneksjami uznał, iż zwykła droga służbowa do Hegsetha nie ma już sensu.
Secretar Dan Driscoll z żołnierzami Gwardii Narodowej w Waszyngtonie
Foto: Pat Benic/UPI Photo / PAP/Newscom
Więcej władzy, mniej sojuszników
Wygląda na to, że Hegseth wygrywa swoją walkę z — jak sam to określa — opieszałym i niesubordynowanym Pentagonem, by przywrócić „etos wojownika”.
Oficerowie, którym nie ufał, już odeszli, oporni podwładni także się wykruszają, a cały gmach coraz bardziej funkcjonuje według jego zasad — czy chodzi o podejście do kondycji fizycznej, czy o odejście od polityk związanych z różnorodnością, równością i włączeniem (DEI).
Według własnych kryteriów odniósł sukces — postawił sobie za cel rozbicie establishmentu, który uważał za nielojalny, i w dużej mierze mu się to udało.
Jednak to zwycięstwo Hegsetha wymaga dokładniejszego przyjrzenia się.
W kwietniu Hegseth usunął szefa sztabu armii i dwóch generałów; w czerwcu dołączył do nich czterogwiazdkowy dowódca wojsk amerykańskich w Europie i Afryce. W ubiegłym tygodniu sekretarz wstrzymał awanse dla czterech oficerów związanych z tymi dowódcami.
Od wiosny armia nie ma szefa sztabu zatwierdzonego przez Senat. Teraz, po odejściu Driscolla, nie ma cywilnego sekretarza, brak także generała odpowiedzialnego za operacje i dowódcy wojsk w Europie.
Nie oznacza to automatycznie, że powodem odejść była kwestia Iranu czy osobista nielojalność wobec Hegsetha. Patrząc z szerszej perspektywy, wzorzec jest czytelniejszy.
Każda dymisja poszerza władzę Hegsetha w Pentagonie. Jednocześnie odchodzą osoby, które miały dostatecznie bezpieczne posady i silną pozycję, by powiedzieć sekretarzowi coś, czego może nie chcieć usłyszeć.
Przykład? W ubiegłym roku Hegseth zwolnił szefa Agencji Wywiadu Obronnego po tym, jak oceniła ona, że ataki na irańskie obiekty nuklearne przyniosły mniejsze efekty, niż deklarował Trump. W czasie wojny prawda ginie pierwsza.
Generałowie powiedzieli Hegsethowi „nie”
Problem Hegsetha nie polega na braku władzy nad Pentagonem — zademonstrował ją wyraźnie. Jego kłopotem jest to, że zamiast budować zaufanie podwładnych, wymusza posłuszeństwo siłą.
To właśnie wojna z Iranem pokazuje, jak bolesne jest zastępowanie zaufania czystą władzą.
Szefowie ważnych amerykańskich dowództw: europejskiego, pacyficznego i południowego oraz szef operacji morskich formalnie przekazali swoją niezgodę na rozkaz wydłużający udział wojsk w kampanii irańskiej. Sprzeciw został oficjalnie wyrażony i odnotowany, ale rozkaz wykonano.
Dowódcy armii i sił powietrznych także podkreślili istotne ryzyko związane z operacjami przeciw Iranowi. Wojna trwa już pół roku, a niektóre jednostki mogą być rozmieszczone wokół Iranu aż do 2027 r. Think tank Center for American Progress szacuje, że w regionie wciąż stacjonuje ponad 50 tys. żołnierzy.
To nie bunt. Formalna niezgoda (nonconcurrence) to mechanizm, dzięki któremu dowódcy mogą przekazać cywilnym przełożonym szczere rady. Pentagon oświadczył — i ma rację — że takie sprzeciwy to zdarzenie rutynowe.
Cywilna kontrola nad armią oznacza, że generałowie doradzają, ale to politycy podejmują decyzje. Hegseth jako sekretarz obrony ma pełne prawo zignorować te rady, jeśli się z nimi nie zgadza. Jednak skala sprzeciwu jest tu uderzająca.
Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów prywatnie mówi doradcom Trumpa, że administracja potrzebuje drogi odwrotu. Dowódcy operacyjni składają oficjalne zastrzeżenia. To wskazuje, że stosunki sekretarza obrony z najważniejszymi podwładnymi coraz częściej sprowadzają się do odbierania ostrzeżeń i ignorowania ich.
To wciąż działający łańcuch dowodzenia — Hegseth zna doskonale strukturę władzy i mocno się o nią opiera — ale nie jest to już sprawny, dwustronny dialog.
Najlepsi przywódcy potrafią narzucić swoją wolę przy podejmowaniu decyzji. Ale ci, którzy podejmują najlepsze decyzje, wiedzą też, jak słuchać — i z kim warto rozmawiać.
Pokora jest dla lidera cnotą równie ważną jak zdecydowanie.
Pentagon przecieka
Kolejnym sygnałem, że wokół Hegsetha nie dzieje się najlepiej, są przecieki. Co gorsza, Hegseth bardzo energicznie próbował z nimi walczyć.
W lipcu ogłosił powstanie wspólnej grupy zadaniowej z Departamentem Sprawiedliwości, by namierzać i stawiać zarzuty osobom ujawniającym informacje.
Od tego czasu do mediów wyciekły poufne rozkazy zawierające ostrzeżenia dotyczące Iranu, szczegóły wewnętrznych sporów o zapasy amunicji oraz relację ze spotkania Driscolla z prezydentem.
Rzecznik Hegsetha nazwał publikację „wysoce tajnych ocen” przestępstwem i stwierdził, że artykuł „nie dotyczy gotowości militarnej” — nie zaprzeczając jednak, że zgłoszono zastrzeżenia.
Biały Dom uznał, że materiały o amunicji „przekazywano wielu redakcjom przez kogoś wyraźnie nastawionego na zaszkodzenie sekretarzowi”. To zapewne prawda, ale jednocześnie jest to pośrednie potwierdzenie, że ktoś — lub raczej kilka osób — z wewnątrz pracuje przeciwko Hegsethowi.
Najważniejszy sojusznik Hegsetha
Na razie jednak Hegseth wciąż ma najważniejsze poparcie.
W sierpniu Trump powiedział, że jest „niezwykle zadowolony z pracy Pete’a Hegsetha”. Pozycja Hegsetha raczej wzrosła niż osłabła. Coraz głośniej spekuluje się o jego prezydenckiej kandydaturze.
Wojna z Iranem trwa dłużej, niż zakładano. Jednak Trump — przynajmniej w publicznych wypowiedziach — wciąż deklaruje wiarę w amerykańskie zwycięstwo. Wini Teheran, który nie skapitulował, a nie Hegsetha za to, że wciąż nie rozstrzygnął wojny.
Jest także bardziej prozaiczne wyjaśnienie odejścia Driscolla. Od początku planował dwuletnie urzędowanie — wynika z doniesień powołujących się na osoby z jego otoczenia.
Nie jest też jedyną osobą z kręgu Vance’a, która odchodzi w tym roku — wieloletni szef gabinetu i doradca ds. bezpieczeństwa także szykują się do rozstania, co być może więcej mówi o roku 2028 niż o Pentagonie.
Samotność Hegsetha nie oznacza więc, że wkrótce upadnie. Może wciąż mieć zaufanie prezydenta, a jednocześnie być izolowanym we własnym resorcie.
Warto jednak uważnie obserwować, kto zajmie wolne stanowiska w armii. Czy będą to oficerowie wybrani przez Hegsetha? Czy następcą Driscolla zostanie jego sojusznik?
Jeśli kolejne rozkazy nie spotkają się już ze sprzeciwem, lecz ze zgodą, Hegseth może jeszcze długo utrzymać się w Pentagonie — o ile tylko zachowa poparcie Donalda Trumpa.

