Berlin zawsze był miastem migracji — kosmopolitycznym, eklektycznym, otwartym. A jednak historia Polaków w tym mieście przez dekady pozostawała zaskakująco cicha. Nie dlatego, że brakowało ludzi. Brakowało narracji, która mogłaby się stać częścią niemieckiej opowieści o Berlinie. Polonijne życie toczyło się równolegle — dyskretnie, często wyłącznie w rodzinnych kręgach — ale rzadko przebijało się do szerokiej świadomości mieszkańców tego miasta.
Polska kultura od lat ma w Berlinie pod górkę. Choć w stolicy mieszka niemal 60 tys. polskich obywateli, a w sumie około 180 tys. Berlińczyków ma polskie korzenie, ich obecność w głównym nurcie pozostaje zaskakująco słabo widoczna.
W mieście brakuje wybitnych polskich restauracji, jest niewiele barów o subkulturowej sile rażenia — może poza hipsterskim Zapem, gdzie podaje się polskie zapiekanki i hot dogi — oraz ledwie garstka miejsc, które trwale wpisały się w codzienność Berlina, jak choćby legendarny Klub Polskich Nieudaczników. Tym bardziej zadziwia, że wszystko to dzieje się zaledwie 100 km od polskiej granicy, mniej niż godzinę jazdy samochodem.
Pierogi Social Club Berlin
Foto: Archiwum prywatne
Ta niewidzialność miała swoje źródła: stereotypy, emigracyjny profil Polaków z lat 90., brak instytucji zdolnych przebić się do szerszej debaty. Polskie restauracje, jeśli w ogóle działały, funkcjonowały na obrzeżach mainstreamu — jako miejsca nostalgii starszej Polonii, a nie przestrzenie aspiracji. Młode pokolenie Polaków urodzonych w Niemczech często dystansowało się od „polskości”, kojarząc ją z czymś ciężkim, staroświeckim, pozbawionym miejskiego sznytu. Ci, którzy widzieli siebie jako kosmopolitów i chcieli, by polska kultura była w Berlinie postrzegana poważnie, musieli długo czekać. Teraz jednak coś się zmienia i paradoksalnie dzieje się to za sprawą dania kojarzonego w Polsce z tanimi posiłkami, mlecznymi barami i socjalistyczną prostotą. Mowa oczywiście o pierogach.
Jeszcze niedawno pierogi kojarzyły się wyłącznie z domową kuchnią, teraz wyrastają w stolicy Niemiec na nośnik emocji, tożsamości i społecznej energii. Na Instagramie pojawiają się ascetyczne kadry: drewniane stoły, miski z farszem, dłonie lepiące starannie półksiężyce. Pop‑upowe wydarzenia, podczas których sprzedaje się pierogi, odbywają się w przestrzeniach nadających im zupełnie nową symbolikę — w kawiarniach o surowych, betonowych ścianach, w barach naturalnego wina, w modnych przestrzeniach coworkingowych.
Karolina Carrier, jest właścicielką Grape and Grono w Berlinie
Foto: Archiwum prywatne
Szczególną popularnością cieszą się te, podczas których uczestnicy mogą wspólnie lepić — w grupie, przy rozmowach, z możliwością poznawania nowych osób, a na końcu także wspólnego jedzenia. Młodzi dorośli, którzy najczęściej pojawiają się na takich spotkaniach, mówią, że przychodzą „dla atmosfery”, „dla ludzi”, „dla czegoś prawdziwego w świecie, który staje się coraz bardziej cyfrowy i samotny”. Pierogi przestają być więc jedynie jedzeniem, stają się praktyką spowalniającą tempo, dają poczucie zakorzenienia. Berlin — miasto efemerycznych trendów — znalazł w pierogach format idealny: prosty, ludzki, bliski, a jednocześnie znakomicie instagramowy.
Kucharka Kathrin Kotzybik, córka Polaków spod Katowic, urodzona już w Niemczech, nie spodziewała się, że jej pierogowy pop‑up zorganizowany w styczniu w hipsterskiej dzielnicy Neukölln w Café Neukölln okaże się wydarzeniem sezonu. A jednak tak właśnie się stało.
— Planowałam dwa dni i około 220 porcji pierogów. A pierwszego wieczoru o 18 wszystko było wyprzedane — wspomina, wciąż z nutą niedowierzania. Drugi dzień musiała odwołać. Kathrin wyczuła lukę, o której Berlin najwyraźniej nie miał pojęcia. — W kilku barach można je dostać, ale często to mrożonki. Ręcznie lepionych, świeżych prawie tu nie ma — mówi. Jej diagnoza brzmi prosto: Berlińczycy pragną autentyczności, a polska kuchnia oferowana dotąd w mieście była zbyt mało różnorodna i zbyt mało jakościowa. Z wyjątkami, oczywiście.
Jednak sukces pop‑upu ujawnił coś jeszcze — ogromną diasporę, która czekała, aż ktoś symbolicznie „zaprosi ją do stołu”. To jednak nie tłumaczy całego fenomenu. Na wydarzenie przychodzili nie tylko Polacy, lecz także Niemcy i osoby z różnych stron świata. Kotzybik otwarcie mówi, że pieróg jest daniem demokratycznym. Uczyła się go lepić od mamy w Dortmundzie, w rodzinnej kuchni, ramię w ramię z trzema braćmi. Jej zasada jest niezmienna: cienkie ciasto i dużo farszu. Pieróg nie może być twardy. I nie istnieje coś takiego jak za dużo nadzienia. W każdym geście lepienia zapisane są więc emocje: wspomnienia, dom, powtarzalny rytuał. A właśnie ta powtarzalność — jak podkreśla — daje ludziom poczucie bezpieczeństwa, którego dziś tak bardzo brakuje.
Pod koniec lutego własną wersję polskich pierogów zaprezentował także Tomasz Sokołowski, prowadzący włoską, a w Berlinie niezwykle cenioną restaurację Bruderherz w eleganckim Charlottenburgu. Kucharz również zauważył — jak mówi — nowy trend: rosnące zainteresowanie polskim jedzeniem podanym w ładnym, dopracowanym otoczeniu.
Jeśli jednak ktoś naprawdę zbudował z pierogów ruch społeczny, to jest to Julia Schneider. Gdy rok temu 26‑latka założyła Pierogi Social Club, nikt nie przypuszczał, że stanie się jednym z najciekawszych projektów kulturowych w Berlinie. Dziś jej warsztaty wyprzedają się na tygodnie przed terminem, a kolejne lokale z całego miasta proszą o współpracę. Julia jest uosobieniem nowej narracji o Polsce. Jej matka była Polką, ale zmarła wcześnie; kontakt z rodziną urwał się, język niemal zniknął. Została za to tęsknota. Studiując slawistykę w Berlinie, Julia zaczęła tę tęsknotę przekuwać w działanie: najpierw tworząc newsletter o kulturze polskiej i wschodnioeuropejskiej, później angażując się w festiwale, aż wreszcie wpadając na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę — Pierogi Social Club.
— Pierogi to danie, które jest natychmiast zrozumiałe. Jest supersympatyczne. I idealne dla grup — mówi. — Każdy je zna, każdy potrafi je polubić, każdy może je ulepić. Pierogi są demokratyczne — i w tym tkwi ich siła.
Kiedy Julia zorganizowała pierwszy pop‑up we współpracy z frankfurcką restauracją Frajda, 50 porcji zniknęło w godzinę. Ludzie stali w kolejce, dzielili się jedzeniem, robili zdjęcia na Instagram, rozmawiali. Ten wieczór stał się dowodem na to, że chodzi o coś więcej niż zaspokojenie głodu. To była wspólnota w praktyce.
Najciekawszym elementem pierogowego boomu jest publiczność. Część uczestników to osoby z polskimi korzeniami, urodzone w Niemczech, często mówiące po polsku słabo albo wcale. Na warsztatach po raz pierwszy od lat słyszą język, którego wcześniej się wstydziły lub którego bały się używać. — Czasem nie chodzi o gotowanie, ale przynależność — mówi Julia.
To pokolenie milenialsów i generacji Z dorastało w czasach, gdy polskość bywała powodem żartów, stereotypów i kompleksów. Dziś — gdy Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów UE, a Warszawa bywa określana mianem „nowego Berlina” — młodzi odkrywają swoje pochodzenie z zupełnie nową pewnością i dumą.
Inna część uczestników to Polacy mieszkający w Berlinie od niedawna oraz Berlińczycy bez polskich korzeni, ciekawi kultury Europy Wschodniej. Przyciąga ich naturalność, brak pretensjonalności. Wspólne lepienie staje się dla nich przeciwieństwem kultury cyfrowej — chwilą uważności, bliskości i prawdziwego bycia razem.
W tym nowym kulinarnym krajobrazie Berlina pojawia się jeszcze jedna ważna postać: Karolina Carrier, założycielka Grape & Grono, jedynego w Niemczech importera specjalizującego się wyłącznie w polskich winach. Carrier stała się łącznikiem między polską nowoczesnością a berlińskim rynkiem gastronomicznym.
— Z kwartału na kwartał zainteresowanie polskimi winami rośnie — mówi kobieta pochodząca z Zamościa. Jej masterclass w Berlin Wine School w ubiegłym roku wyprzedał się do ostatniego miejsca, a od początku tego roku to restauracje same zaczęły zgłaszać się po portfolio polskich win. Carrier współpracuje w Berlinie m.in. z restauracjami Norms, Aerde, barem winnym Natural Selection w Kreuzbergu, a nawet z restauracją z gwiazdką Michelina w Schwarzwaldzie. Publiczność jej wydarzeń jest międzynarodowa: połowę stanowią osoby o polskich korzeniach, a drugą — klienci z różnych krajów. Jak podkreśla, wielu polskich uczestników szuka „powrotu do własnych korzeni”, podczas gdy inni po prostu pragną odkrywać nowe smaki.
Carrier nie ukrywa zdziwienia, jak mało jest w Berlinie ambitnych restauracji serwujących kuchnię polską. Jej zdaniem większość lokali przedstawia Polskę „jednowymiarowo”, sprowadzając ją do „góry mięsa i ziemniaków”. Tymczasem nowoczesna kuchnia polska — lekka, sezonowa — wciąż jest tu rzadkością.
Jednym z powodów są przyzwyczajenia samych Berlińczyków: wielu z nich nie je regularnie polskich potraw i nie zna ich na tyle dobrze, by świadomie ich szukać. Do tego dochodzą ceny. — Im bardziej się tym zajmuję, tym lepiej rozumiem, dlaczego pierogi są drogie — mówi Julia. Oferowanie ich za mniej niż dziesięć euro jest problematyczne: w Polsce umożliwia to wciąż relatywnie tania siła robocza, natomiast w Niemczech taki model jest trudny do utrzymania.
Julia zauważa też coś jeszcze: Polska wciąż nie jest wystarczająco obecna w niemieckiej świadomości, by restauracje mogły opierać swoje menu wyłącznie na kuchni polskiej. To się jednak powoli zmienia — wraz z nową generacją, która chce opowiadać o polskości inaczej: lżej, nowocześniej, bez kompleksów.
W latach 90. i 2000. Polska była w Niemczech postrzegana jako synonim ubóstwa i przestępczości. Dziś Polska ma bardziej pozytywne konotacje. Niektórzy Niemcy patrzą wręcz z mieszaniną podziwu i zazdrości na szybki wzrost gospodarczy, innowacyjność i modernizację kraju.
Julia Schneider również odczuła tę powolną zmianę wizerunku Polski. Zajmowanie się własnym pochodzeniem przestało wywoływać w niej wstyd — przeciwnie, stopniowo zaczęła odczuwać dumę. Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę wzrosła w Niemczech świadomość Europy Wschodniej, a Polska — politycznie znacząca, gospodarczo dynamiczna — stała się jej wizytówką. Młodzi Niemcy podróżują dziś do Warszawy i wracają z entuzjazmem: „To nowoczesne miasto! W dodatku ładniejsze od Berlina!”.
Kathrin Kotzybik
Foto: Archiwum prywatne
Wbrew pozorom ruch pierogowy nie dotyczy tylko jedzenia. To opowieść o tym, jak małe działania mogą zmienić sposób, w jaki postrzega się polską kulturę. W pieczeniu, lepieniu, smakowaniu jest coś głęboko ludzkiego — coś, co Berlin, zmęczony cyfrowością, anonimowością i nieustannym pędem, chłonie jak gąbka.
Newsweek Food&Living
Foto: Newsweek





