Z zaciekawieniem obserwowałam kampanie Magdaleny Biejat i Joanny Senyszyn, które wystartowały w tegorocznych prezydenckich igrzyskach. Senyszyn to legenda lewicy i barwny ptak polskiej polityki, autorka sformułowania „kaczyzm”, oddającego istotę autorytarnych rządów Jarosława Kaczyńskiego. Z kolei Biejat to zdolna polityczka Nowej Lewicy i nadzieja tego ugrupowania. Podjęła się startu w wyborach, bo inni lewicowi kandydaci w rodzaju Dziemianowicz-Bąk czy Gawkowskiego, którzy marzą o fotelu lidera partii, nie chcieli narażać się na porażkę.

Obie miały bardzo dobre kampanie. Magdalena Biejat okazała się sprawną polemistką, która nie ustępowała mężczyznom w debatach. To od jej pytania o podatek katastralny zaczęła się afera z kawalerką pana Jerzego, którą w niejasnych okolicznościach przejął Karol Nawrocki. Gdy Rafał Trzaskowski wstydliwie schował za siebie tęczową flagę, wręczoną mu przez Nawrockiego, Biejat wykazała się refleksem, przejmując symbol środowisk LGBTQ z komentarzem, że ona się tęczowej flagi nie wstydzi. Z kolei Senyszyn, nazywająca samą siebie imperatorką galaktyki, ze swoimi czerwonymi koralami podbiła TikToka i serca młodych.

I co? I nic. Wynik obu kobiet jest zawstydzająco słaby. Magdalena Biejat dostała 4,23 proc. głosów w pierwszej turze, lądując na siódmym miejscu wśród 13 kandydatów. Joanna Senyszyn zdobyła 1,09 proc. głosów i dziewiątą lokatę. Marne pocieszenie, że – jak mówiła lewica – wynik Biejat był najlepszym rezultatem uzyskanym przez kobietę w wyborach prezydenckich po 1989 r. Rzeczywiście, kobiety nie mogą się przebić w walce o prezydenturę. W 1990 r. wśród 16 kandydatów, którzy ubiegali się o ten urząd, nie było żadnej kobiety. Pięć lat później jedyną w męskiej stawce była Hanna Gronkiewicz-Waltz, która dostała 2,76 proc. głosów. Wyniki kolejnych kobiet nigdy nie przekroczyły 5 proc., nie mówiąc o tym, by któraś z nich weszła do drugiej tury.

Wciąż jesteśmy bardzo konserwatywnym społeczeństwem, które w prezydencie widzi ojca narodu, a kobieta może być najwyżej dodatkiem do głowy państwa. Przez 36 lat polskiej demokracji nie doczekaliśmy się tego, by funkcja pierwszej damy została formalnie usankcjonowana i była opłacana przez podatników.

Polska polityka nie jest kobietą. Kobiety, mimo frazesów o wyrównywaniu szans, klepanych przez co bardziej postępowych liderów, wciąż są traktowane w polityce instrumentalnie. Kiedy trzeba sobie ocieplić wizerunek, partyjny lider występuje na tle kobiet, jak niegdyś Kaczyński na tle „aniołków” – młodych, atrakcyjnych działaczek. Jednak gdy przychodzi do podejmowania decyzji, mężczyźni wolą robić to w swoim gronie. Nawet lewica mimo hasła „Lewica jest kobietą” na czele ma męskie twarze Czarzastego i Biedronia.

O parytecie na listach wyborczych, czyli połowie miejsc dla kobiet i mężczyzn, co sfeminizowałoby polską politykę, możemy zapomnieć. Mamy 35-procentowe kwoty, wprowadzone przez Donalda Tuska tylko dlatego, że uparł się na to Kongres Kobiet, z Magdaleną Środą i innymi feministkami na czele. Nawet wtedy, gdy kobieta staje na czele rządu, jak Ewa Kopacz czy Beata Szydło, to dlatego, że taki był kaprys partyjnego lidera. Kopacz została wyznaczona na fotel premiera przez Tuska, bo ten wyjeżdżał do Brukseli, ale chciał zachować kontrolę nad partią i rządem.

Ale i tak dużo brutalniej polityka obeszła się z Beatą Szydło, najpopularniejszą polityczką Prawa i Sprawiedliwości, którą Jarosław Kaczyński jednego dnia obronił w Sejmie przed wotum nieufności, a wieczorem odwołał z funkcji premiera, bo trzeba było zrobić miejsce dla jego nowego pupila Mateusza Morawieckiego. Dzisiaj Szydło jest na partyjnym bocznym torze. Na taką liderkę jak Angela Merkel, która potrafiła wbić nóż w plecy swojemu politycznemu ojcu Helmutowi Kohlowi, osłabionemu aferą finansową w CDU, pewnie przyjdzie nam jeszcze długo czekać. W kolejce do władzy wciąż jest cała plejada spoconych facetów.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version