Wielka Brytania była symbolem politycznej stabilności. Ale to już odległa przeszłość. Premierzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a dni Keira Starmera na tym stanowisku wydają się policzone. Problem w tym, że jego potencjalni następcy nie dają nadziei na wyjście z politycznego korkociągu, w którym znaleźli się Brytyjczycy.

Na początku lipca 2024 r. sir Keir Starmer poprowadził Partię Pracy do pierwszego od prawie 20 lat zwycięstwa. I to jakiego. Labourzyści zdobyli drugą co do wielkości w historii większość w Izbie Gmin. Dziś, niecałe dwa lata później, rząd Starmera się chwieje. Po fatalnych dla partii wynikach zeszłotygodniowych wyborów do rad lokalnych w Anglii oraz parlamentów regionalnych Szkocji i Walii z partii płynie coraz więcej głosów wzywających Starmera, by ogłosił termin dymisji. I dał labourzystom szansę wyboru nowego lidera i szefa rządu. Wiele wskazuje, że walka o schedę po premierze już się zaczęła.

We wtorek na posiedzeniu rządu Starmer powiedział swoim ministrom, że nie zamierza ustąpić. W środę zgodnie z planem król wygłosił w Izbie Lordów swoją mowę, zapowiadającą legislacyjną agendę rządu na nową sesję parlamentu. Jednocześnie media spekulowały, że minister zdrowia Wes Streeting poda się do dymisji i uruchomi procedurę nowych wyborów przewodniczącego partii. Potrzebowałby do tego podpisów 81 deputowanych do Izby Gmin. Starmer wydał w ciągu dnia oświadczenie, że ma „pełne zaufanie” do swojego ministra zdrowia, ale sprawa nie jest zamknięta.

Nawet jeśli w tym tygodniu Streeting nie wykona ruchu przeciw Starmerowi, to coraz mniej prawdopodobne jest to, by obecny premier przetrwał do następnych wyborów. Także w środę rano 11 afiliowanych przy Partii Pracy związków zawodowych wydało oświadczenie stwierdzające: „jest oczywiste, że obecny premier nie poprowadzi Partii Pracy do następnych wyborów i w pewnym momencie konieczne będzie przedstawienie planu wyboru nowego lidera”.

Kiedy te wybory by się nie odbyły, łatwo mogą zmienić się w wyniszczającą wojnę domową o przyszły kierunek, tożsamość i „duszę partii”. Streeting z całą pewnością nie zjednoczy wokół siebie wszystkich labourzystów. Reprezentuje on jej najdalej wychylone na prawo, technokratyczne skrzydło, ukształtowane przez dziedzictwo polityki Blaira. Jakich pretensji partyjna lewica nie miałaby do Starmera, to nie będzie chciała wymienić go na Streetinga.

Kandydatem lewego skrzydła partii jest burmistrz metropolii Manchesteru Andy Burnham. Kłopot w tym, że nie jest on deputowanym do Izby Gmin, co uniemożliwia mu stanięcie na czele partii i rządu. By Burnham mógł przystąpić do wyścigu o przywództwo partii, musiałby najpierw zdobyć mandat. Jest na to tylko jeden sposób: jeden z deputowanych musiałby zrezygnować, co uruchomiłoby wybory uzupełniające w jego okręgu. Wtedy Burnham musiałby je wygrać. Wszystko to jest dość skomplikowane i zajmuje czas.

Jak podaje portal PoliticHome, zwolennicy Burnhama są zdeterminowani, by w razie, gdyby Streeting uruchomił procedurę wyboru nowego lidera, Narodowy Komitet Wykonawczy Partii — najwyższe zarządzające nią ciało — zgodził się najpierw pozwolić Burnhamowi wystartować w prawyborach, tak by mógł stanąć do konkurencji o przywództwo w partii. Burnham przyjechał we wtorek do Londynu, gdzie w środę miał się spotkać ze swoimi stronnikami z Izby Gmin.

Gdyby NEC zablokował możliwość powrotu burmistrza Manchesteru do Izby Gmin, to partyjna lewica mogłaby uznać, że wybory nowego przywódcy zostały „ukradzione” przez partyjną prawicę kontrolującą komitet. Burnham jest dziś faktycznie jednym z najpopularniejszych polityków Partii Pracy w kraju i zablokowanie mu możliwości startu byłoby sprzeczne z wolą istotnej części bazy członkowskiej partii.

W lutym NEC nie zgodził się na to, by Burnham wystartował w wyborach uzupełniających w okręgu Gorton & Denton — znajdującym się na terytorium zarządzanej przez niego metropolii. Powód? Chodziło zapewne o to, że Starmer i jego otoczenie obawiali się powrotu popularnego burmistrza do parlamentu i wyzwania rzuconego premierowi. To zapewne i tak się wydarzy, jeśli tylko Burnham będzie miał okazję wrócić do parlamentu i zawalczyć o to, by poprowadzić partię do następnych wyborów.

Jego przywództwo byłoby z kolei trudne do zaakceptowania dla prawego skrzydła partii. W centrum tymczasem nie bardzo widać postać zdolną pogodzić oba „płuca” ugrupowania. Jeśli kogoś wymienia się w tym kontekście, to bliższego lewicy Eda Milibanda, dziś ministra energetyki. Miliband kierował już partią w latach 2010-2015 i trudno będzie przedstawić jego powrót jako nowe otwarcie.

A partia takiego otwarcia bardzo potrzebuje. Bo, jak przestrzega wielu brytyjskich komentatorów przyglądających się z bliska sytuacji w Partii Pracy, problemy są głębsze niż jakość przywództwa Starmera. Z tym faktycznie jest problem, Starmer jest politykiem niepopularnym, budzącym silnie negatywne emocje, mającym opinię przywódcy jednocześnie pozbawionego własnych wyrazistych przekonań, jak i sprawności w prowadzeniu politycznej gry. Ze swoim technokratycznym stylem uprawiania polityki bardziej pasowałby do lat 90. i dwutysięcznych niż do współczesnej sceny politycznej, zdominowanej przez charyzmatycznych populistów w typie Donalda Trumpa czy Nigela Farage’a.

Partia Pracy wykrwawia się wyborczo z obu stron. Młody, progresywny, wielkomiejski i studencki elektorat oraz mniejszości etniczne odpływają do Zielonych. Od czasu, gdy na ich czele stanął określający się jako „ekopopulista” Zack Polanski, stali się oni partią zdecydowanego, ekonomicznie lewicowego progresywizmu. Z kolei wyborcy w okręgach głosujących za brexitem, małomiasteczkowych, zdominowanych przez bardziej tradycjonalistyczną kulturowo klasę robotniczą coraz częściej wybierają przedstawicieli Reform Nigela Farage’a.

Starmer jako premier próbował godzić niejednokrotnie sprzeczne oczekiwania różnych skrzydeł elektoratu Partii Pracy. Często pogarszał tym tylko ogólną sytuację partii. Próbował zaostrzyć retorykę w sprawie migracji i integracji — wygłosił np. mowę, w której przestrzegał przed tym, że Brytania zmieni się w „wyspę obcych sobie ludzi”. Chciał tak zatrzymać odpływ wyborców do Reform, ale zraził tylko progresywny elektorat partii, mający alternatywę w postaci Zielonych. Z kolei polityka kanclerz skarbu Rachel Reeves zraziła drobny biznes i część klasy średniej. Próba ograniczenia przez rząd dopłat do ogrzewania dla seniorów spotkała się z tak negatywną reakcją, że Starmer i Reeves musieli się z niej wycofać — co umocniło wrażenie, że są to liderzy pozbawieni zarówno wrażliwości społecznej, jak i kręgosłupa.

Kandydaci na przywódców nie dają gwarancji rozwiązania tych problemów. Bliski Starmerowi minister zdrowia Streeting ma poważną skazę na wizerunku. Był politycznie związany z byłym już ambasadorem Wielkiej Brytanii w Stanach, Peterem Mandelsonem. Musiał on ustąpić po tym, gdy ujawniono jego finansowe związki z Jeffreyem Epsteinem. Do tego wizja świata Streetinga z pewnością nie zatrzyma odpływu wyborców ani do Zielonych, ani do Reform.

Z kolei burmistrz Burnham jest dziś jedynym politykiem partii, który może pochwalić się autentycznym sukcesem. Zarządzana przez niego metropolia Manchesteru jest jednym z niewielu miejsc w Wielkiej Brytanii poza Londynem, które w ostatnich latach przeżywały dynamiczny rozwój budzący zazdrość reszty kraju.

Przeciwnicy Burnhama przekonują jednak, że jego programu dla kraju i związanego z nim rozluźnienia dyscypliny fiskalnej nie zaakceptują rynki finansowe. Ich negatywna reakcja i wzrost kosztów obsługi brytyjskiego długu wymusiły w 2022 r. błyskawiczną dymisję Liz Truss ze stanowiska premierki. A kraj stanął na krawędzi fiskalnej katastrofy. Gdyby Burnham próbował zrealizować swoją progresywną politykę, też mógłby stanąć przed wyborem: albo dymisja, albo powrót do linii Starmera. Obie te opcje oznaczałyby implozję Partii Pracy i zapaść jej poparcia.

Odkąd 10 lat temu David Cameron ustąpił po przegranym referendum w sprawie brexitu, Wielka Brytania miała już pięciu premierów. To jeden na dwa lata. Bardzo możliwe, że za chwilę zobaczymy szóstego. Tymczasem w latach 1976-2016 na czele brytyjskiego rządu również stało sześciu premierów. To pokazuje, jak niestabilny stał się system, w którym stabilność rządów była zawsze źródłem dumy.

Brexit, zamiast być krokiem naprzód, okazał się politycznym przekleństwem. Kolejne rządy po kolei upadały, niezdolne spełnić swoich obietnic. Gabinet Theresy May nie zdołał wynegocjować porozumienia rozwodowego z Unią akceptowalnego dla brytyjskiego parlamentu. Rząd Borisa Johnsona próbował wykorzystać brexit do uwolnienia gospodarczego rozwoju i ograniczenia migracji. Próba Lizz Truss była zupełną katastrofą i zakończyła się po ledwie dwóch miesiącach. Gabinet Rishiego Sunaka zarządzał już tylko masą upadłościową konserwatywnej większości. Teraz, w poczuciu wielkiej frustracji, może upaść rząd Starmera.

Obie partie — Konserwatywna i Pracy — dominujące w brytyjskiej polityce, przeżywają głęboki kryzys. Rosną nowe siły: Zieloni na lewej stronie politycznego spektrum, Reform po prawej. W Anglii, Walii i Irlandii Północnej lokalne rządy kontrolują nacjonalistyczne partie, myślące o secesji ze Zjednoczonego Królestwa. Wizje rozpadu Wielkiej Brytanii dawno przestały być tylko fantastycznymi teoriami. Nie wiemy, jaki nowy polityczny układ wyłoni się z tego kryzysu, ale cały system dawno nie był w tak ponurej sytuacji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version