Ktoś policzył, że za jednego psa schronisko w Sobolewie otrzymywało blisko dwa tysiące złotych miesięcznie. To dziwny kraj, w którym państwo płaci za znęcanie się nad zwierzętami. Schroniska dostają pieniądze z budżetu, ale nie przeznaczają ich na to, na co powinny – mówi Dorota Sumińska, lekarka weterynarii, publicystka i propagatorka ochrony zwierząt.

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Dorota Sumińska: Niestety, to nie jest odosobniony przypadek. To zjawisko częste. Nieczęste są natomiast schroniska, które spełniają jakiekolwiek standardy.

— Bo to nikogo nie obchodzi. Zwierzęta są elementem przetargu o pieniądze, stanowiska i władzę. Nikomu tak naprawdę na nich nie zależy. Bezdomność zwierząt w Polsce rośnie, a nadal nie ma żadnych skutecznych regulacji dotyczących kontroli populacji zwierząt. Dopóki będzie tak dużo psów i kotów, dopóty będzie patologia. Będą łańcuchy, będą patoschroniska, będzie znęcanie się nad zwierzętami. W Polsce wygląda to tak, że robimy łaskę, biorąc psa lub kota ze schroniska, a powinno być odwrotnie. To powinien być przywilej. Bo trzy czwarte ludzi, którzy mają zwierzęta, nie powinno ich mieć. A u nas każdy może mieć psa czy kota, w każdej chwili, bez żadnych wymagań. Schroniska rosną jak grzyby po deszczu, a portfele dzięki nim puchną. I to się nie zmieni, jeśli radykalnie nie zmniejszymy populacji psów i kotów. Możemy to zrobić wyłącznie przez obligatoryjną kastrację zwierząt właścicielskich, nie tylko tych w schroniskach. Bo bezdomność rodzi się w domach.

— Jak nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze.

— I to bardzo dużo. Ktoś policzył, że za jednego psa schronisko w Sobolewie otrzymywało blisko dwa tysiące złotych miesięcznie. To dziwny kraj, w którym państwo płaci za znęcanie się nad zwierzętami. Schroniska dostają pieniądze z budżetu, ale nie przeznaczają ich na to, na co powinny. Gminy finansują schroniska, płacąc za utrzymanie zwierząt.

— Dobry efekt kontroli jest niemożliwy, bo prawo dotyczące schronisk pochodzi jeszcze z okresu powojennego. Wtedy były to miejsca de facto utylizacji zwierząt stanowiących zagrożenie wścieklizną. Nie ma żadnych prawnie określonych standardów, jak schronisko ma wyglądać. A skoro nie ma standardów, nie ma też podstaw do kontroli.

— W Sobolewie schronisko zamknięto nie dlatego, że psy żyły w urągających przyzwoitości warunkach, były chore, zaniedbane, wygłodzone, stosowano wobec nich przemoc. Powód zamknięcia był zupełnie inny. Schronisko nie funkcjonuje, bo psy były źle rejestrowane. Konkretnie brak wykazu w formie elektronicznej zwierząt przebywających w placówce. Nie było innego przepisu, na który można było się powołać.

— Nie do końca tak jest, bowiem udowodnienie komuś aktu okrucieństwa wobec zwierzęcia może skończyć wyrokiem nawet trzech lat więzienia. Jednak trzeba to zobaczyć i udowodnić, co za „murami” schroniska gdzie przebywa tysiąc psów jest trudne.

— Tak samo jak ludzie żyjący w gułagach. Dokładnie tak samo. Z tą różnicą, że człowiek może o tym opowiedzieć, a zwierzęta nie.

— Dobre schronisko powinno zapewniać podstawowe potrzeby: przestrzeń, odpowiednie wyżywienie i temperaturę. Schronisko nigdy nie będzie domem, to trzeba zaznaczyć. Zawsze będzie więzieniem. Ale więzienie możemieć łagodny lub zaostrzony rygor. I powinno być tym pierwszym.

— Taki, który spełniałby te same warunki, co dom adopcyjny dla dziecka. Kluczowych jest kilka obszarów: akceptacja, brak oczekiwań i życzliwość. Nic więcej. O miłości mówi się dziś górnolotnie, i choć bardzo się zdewaluowała, to też jest konieczna. Chodzi o akceptację inności i brak oczekiwań. Gdyby ludzie ich nie mieli, nie byłoby tylu rozwodów ani porzuconych zwierząt. Przestańmy mieć oczekiwania.

— I pomagają, i szkodzą. Wszystko zależy od tego, do kogo trafiają pieniądze. Często trafiają do ludzi, nie do zwierząt. Działaniem, którego teraz naprawdę potrzebujemy są protesty na skalę Marszu Parasolek, tylko, że w obronie obowiązkowej kastracji zwierząt nieprzeznaczonych do rozrodu. Nieustawanie w przekonywaniu decydentów, że wprowadzenie ustawy, która to nakazuje, jest konieczne. Tylko w taki sposób, w ciągu kilku lat zlikwidujemy bezdomność całkowicie.

— To, że mogę mieć pod swoją opieką tylko dwadzieścia zwierząt. Chociaż dziś już coraz trudniej mi się nimi zajmować, bo jestem starsza. Wszystko w ich sytuacji mnie boli. Najbardziej uderza mnie jednak to, że one w ogóle są. One nigdy nie powinny się urodzić. Przyszły na świat niechciane i od początku skazane na cierpienie.

— Czują się jak porzucone dziecko. Mają emocje kilkulatka.

— One są odwracalne, bo pies i kot to bardzo wyrozumiałe istoty i potrafią wybaczać. Tylko, żeby tak się stało, muszą przejść z piekła, którego doświadczyły, do raju. Wtedy wszystko jest odwracalne. Ale pod żadnym pozorem nie można tego wykorzystywać.

— Jest możliwa od zaraz, od dziś. Brakuje tylko woli politycznej. Gdyby przeszła ustawa o obowiązkowej kastracji, uratowalibyśmy świat Polaków na czterech łapach. To ruch, który skończyłby tę tragedię, dramat tych istot. Niestety, sądzę, że po chwilowym społecznym zainteresowaniu, temat znowu ucichnie. Za dwa lata znów wybuchnie afera, bo ktoś ujawni kolejne zaniedbania w jakimś schronisku. A takich dramatycznych, nieujawnionych sytuacji jest mnóstwo. I wtedy też pewnie nic się nie zmieni. Dopóki pieniądze będą ważniejsze niż los zwierząt, zwanych przyjaciółmi człowieka, dopóty nic się nie zmieni. A rozwiązanie jest proste. W ciągu kilku lat można wręcz zlikwidować bezdomność zwierząt w Polsce. Są wzorce, za którymi warto podążać. Chociażby Holandia. Tam nie ma bezdomnych zwierząt. Jeśli ktoś chce wziąć psa, musi czekać w kolejce. Zwierzę trafia do osoby wybranej, która naprawdę może się nim zająć. I tak powinno być. U nas jest dokładnie odwrotnie. Zwierzę można adoptować w każdej chwili. A co się potem z nim dzieje i w jakich warunkach przebywa, to już nikogo nie interesuje.

— W pewnym stopniu tak, ale zaczipowane zwierzęta mogą się rozmnażać. Znakowanie zwierząt powinno towarzyszyć kastracji, inaczej nie pozbędziemy się problemu. Poza tym samo czipowanie to jeszcze za mało. Wspólna dla wszystkich zwierząt Europy, a nawet świata baza danych jest podstawą.

— Przekonywać do kastracji. Mówić o tym wszędzie. Pisać petycje do Kancelarii Premiera. Ludzie powinni masowo uderzyć w tej sprawie i nie odpuszczać. Od 30 lat odbijam się od drzwi, słysząc: świetny pomysł. Tylko, że nic z tego nie wynika. Chciałabym, żeby wreszcie się udało. Bo ja nigdy nie marzyłam o posiadaniu zwierząt. Mam ich dwadzieścia. Pomagam, bo mogę. Ale naprawdę mogłabym nie mieć żadnego, jeśli miałabym pewność, że żadne nie będzie cierpieć.

Zamykanie patoschronisk to ważny krok, ale nie rozwiązuje to problemu bezdomnych zwierząt w Polsce. Kluczowe jest wprowadzenie zmian systemowych: powszechne chipowanie i rejestracja zwierząt, kastracja, jasne standardy prowadzenia schronisk oraz dostęp do tej działalności wyłącznie dla odpowiednio przygotowanych i wnikliwie sprawdzonych podmiotów. Niezbędne są także regularne, niezapowiedziane kontrole, które ocenią warunki bytowe i stan zdrowia zwierząt. Dlatego pojawia się pytanie: co dalej, gdy zainteresowanie sprawą Sobolewa opadnie? Jako Onet i redakcje RASP deklarujemy, że będziemy regularnie dopytywać polityków, jakie realne działania podjęli na rzecz poprawy sytuacji bezdomnych zwierząt w Polsce.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version