Wrócili do Polski po sześciu latach. Czują, jakby obudzili się w zupełnie innej rzeczywistości

Wróciliśmy do Polski po sześciu latach. To trochę tak, jakbyśmy wcisnęli życiową pauzę i obudzili się w innej rzeczywistości.

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Ale dzień na powrót. 1 listopada. Za oknem szaro, mokro i zimno, Kasia nie rusza się z łóżka, a jak się już ruszy, to płacze. „Co myśmy najlepszego zrobili!”. Kumpel ratuje ją pregabaliną. W Stanach było ładnie, ciepło, bezpiecznie finansowo, a życie — ciężko budowane przez sześć lat — było stabilne.

— I nagle wracasz do Polski, którą w teorii dobrze znasz — opowiada. — Tyle że ona jest już zupełnie inna.

1.

Chrystian i Kasia, oboje z końca lat 80., pojechali na trzytygodniowe wakacje do Kalifornii jeszcze przed ślubem. — Zakochaliśmy się — wspomina Chryst. — Piękna pogoda, ludzie przyjaźni, jakaś obietnica nowego początku wisząca w powietrzu, jakby ktoś ci mówił: chodźcie do nas, tu wam będzie zajebiście.

Wrócili z wakacji, wzięli ślub i zaczęli się pakować. — Plan był do pięciu lat. Zbudować poduszkę finansową, przeżyć przygodę i wracać. Początek był ciężki, już po dwóch tygodniach chciałem wracać.

— Umawialiśmy się na trzy lata — mówi któregoś dnia Chryst. Kasia unosi brwi: — Wiesz, że na pięć — dodaje. W Polsce Chrystian był zawodowym kierowcą, Kasia miała robotę w korporacji, w Stanach pracowali poniżej kwalifikacji. Zarabiali znacznie więcej niż w Polsce. — Nie chcieliśmy zostawać na stałe, gdyby to była Europa, byłoby inaczej — opowiada Kaśka. Na początku 2020 r. odwiedzają ich jej rodzice. Długi lot, tatę to sporo kosztuje. Parę miesięcy później dzwoni, łamie mu się głos. „Ja już do ciebie, dziecko, więcej nie przyjadę”. Mocno ją to trafia.

Pracują dużo i ciężko, po sześć, a czasem i siedem dni w tygodniu. Oszczędzają. Chrystian jest góralem po mamie. Twardy chłop, ale wzrusza się w pięć sekund. Tęskni za rodziną, dotąd żyli blisko.

— Dla mnie ten pobyt był łatwiejszy, jestem introwertyczką — opowiada Kasia. — Wiedziałam, że dla Chrysta to bardzo trudne: być bez ludzi, których miał w Polsce. Słabo sobie radził z tym, że jest tam sam. To jest głośny chłopak, lubi być wśród swoich, jak się z kimś wita, to go wyściska.

Tymczasem ludzie do wyściskiwania zostali tysiące kilometrów od nich, w całkiem innej strefie czasowej.

— Zostawiasz wszystko, co znałeś przed 30 lat, całe dotychczasowe życie, wkraczasz w nowy świat. Zbudowanie tego wszystkiego, jakiejś siatki społecznej, nie jest takie proste, zwłaszcza w tamtym kraju. Mieliśmy znajomych, sąsiadów, ale to było bardzo powierzchowne: „Jak się masz, ładna pogoda”, ale nic więcej. Nie było tam głębszych znajomości. Wszyscy patrzyli głównie na siebie, skupiali się na tym, co jest dla nich najlepsze. Przez chwilę byli, potem znikali. Ludzie tam są inni, bardzo łatwo mówią, że cię kochają, ale to jest powierzchowne. To było dosyć samotne życie, mogliśmy polegać tylko na sobie. Dla kogoś, kto jest mocno związany z rodziną, z przyjaciółmi, to nie jest łatwe. Oczywiście piękna przyroda, słońce, nastawienie obcych ludzi, to, że oni są uśmiechnięci, ich kultura bycia, to cię tam trzyma. Ale jak chcesz bliższych relacji, to jest dużo trudniejsze.

— A potem wracamy do Polski — wzdycha Chryst. — I co? Na początku makabra.

2.

— Pierwsze miesiące? To już nie jest mój dom — wspomina Wanda, 38 lat. Najpierw trzy lata w Edynburgu, potem sześć w Londynie. „Może już wcale nie mam domu?” — myśli, idąc na spotkanie z przyjaciółmi ze studiów. Robią Wandzie piękny wieczór, są prezenty, drinki, śmiechy i długie rozmowy.

— Może wrócisz na uczelnię? Albo do jakiejś instytucji kultury? Zarobisz pięć, sześć tysięcy…

— Ile?! — wypala Wanda.

— … mieszkanie wynajmiesz…

— Za ile?!

A potem są rozmowy o życiu i Wanda czuje, że każdy poszedł do przodu. Jakby jej 10 lat na Wyspach było tylko długą przerwą w życiorysie.

— Wróciłam pół roku temu — opowiada. — Rozstałam się z partnerem, który został w Anglii. Mamy dwoje dzieci: trzy i pięć lat. Rozstanie było dość burzliwe, ale chyba powoli zaczynamy uczyć się na nowo ze sobą rozmawiać. On sobie nie wyobrażał powrotu, mieszka na Wyspach od 2005 r., nic go z Polską nie łączy. A ja czułam, że już dość. W sumie to mu kazałam wybierać, umawialiśmy się, że kiedyś wrócimy do Polski. Nie chciał o tym pamiętać, strasznie się żarliśmy.

I Londyn, i Warszawa, zamyśla się Wanda, bardzo się przez te lata zmieniły.

— W UK czuć duże napięcie, także rasowe — coraz więcej białych Anglików ma problem z imigrantami. Z kolei w imigranckich dzielnicach, w których mieszkają przyjezdni spoza Europy, jest spora niechęć do białych. Nie mówię, że nie jest zasłużona, te napięcia są coraz wyraźniejsze. Istnieje jakby kilka Londynów — jest ten piękny, wielokulturowy, w którym się zakochałam, i ten coraz bardziej rozedrgany, wkurzony. Tymczasem Warszawa staje się coraz bardziej wielokulturowa, niewiele się różni od zachodnich stolic, a jest od nich wciąż tańsza i bezpieczniejsza. Pod koniec związku z Markiem poczułam, że muszę gdzieś wyjechać. Pomyślałam: albo Edynburg, albo Warszawa. A tu mam rodziców i starych przyjaciół.

„Rzeczy, które mnie w Polsce wkurzają” — notuje w oldskulowym notatniku. „Zarobki. Szaro. Ceny. Karol Nawrocki. Polacy. Ale tylko niektórzy”. „Rzeczy, które lubię: Polacy. Jednak. Bezpieczeństwo. Przyjaciele. Rodzina. Korzenie”.

— No i po pół roku nareszcie zaczynam czuć, że jestem w domu. W UK miałam poczucie jakiejś tymczasowości. No i tamtejsza polityka zaczyna być uciążliwa. Ludzie tacy jak Nigel Farage czy faszysta Tommy Robinson. Mają duże poparcie, zwłaszcza wśród młodych białych Anglików. To mi okropnie działało na mózg. W ostatnich latach w brytyjskim internecie wyrosła prawicowa podkastoza, której stały przekaz jest taki: wpuściliśmy tu za dużo obcych. To przechodzi na ulice. Kocham Londyn, gdyby różnica w jakości życia na Wyspach i w Polsce była tak wielka jak jeszcze kilkanaście lat temu, na pewno bym nie wróciła. Ale ten dystans się zmniejszył. Co jest dla mnie szokujące w Polsce? Prawicowi dwudziestoparoletni chłopcy. W moim pokoleniu, jak ktoś był konserwatywnym, mizoginistycznym, ksenofobicznym dwudziestolatkiem, to był też pośmiewiskiem.

3.

— W Stanach byliśmy w stu procentach niezależni — mówi Kasia. — Mieliśmy poczucie, że jak sobie postanowimy, tak będzie, bo Stany dają ci duże poczucie sprawczości. Wróciliśmy na stare śmieci z mnóstwem obaw. Jak będą wyglądały relacje z rodziną? Z przyjaciółmi? Nie do końca wiedziałam, czego chcę, ale z całą pewnością wiedziałam, czego nie chcę. Za nic nie chcę wracać do korporacji. Czułam się tam niedoceniana, przemęczona, musiałam być wiecznie na baczność, żeby ktoś nie uznał, że się nie staram. Cała ta korporacyjna mentalność mnie odrzuca. Pierwszy szok po powrocie? Polska stała się multikulturowa. No i pierwsze zakupy w supermarkecie, pamiętam to do dziś. Wszystko strasznie zdrożało.

Przed wyjazdem Chrystian był kierowcą autobusów. Dziś jeździ tramwajami. — Początek miałem trochę lżejszy od Kasi. Ona od razu poszła pracować, ja zostałem sam w domu. Adoptowaliśmy pitbullkę Rysię, to był taki nasz pierwszy nowy fundament. Bo na początku był trochę szok: może to już nie jest nasz dom, może znów wyjedziemy? Tylko bliżej rodziny, może Malta? Kiedy my byliśmy w USA, nasi znajomi poszli do przodu: ludzie pozakładali rodziny, pokupowali mieszkania. Siłą rzeczy, jak wracasz po latach, to jakaś część ciebie ma nadzieję, że czeka na ciebie ten sam świat, ci sami ludzie. A wszystko się pozmieniało.

— Polska się bardzo rozwinęła, nie poznawaliśmy Warszawy. Miałam nadzieję, że i Polacy się trochę zmienią, ale wciąż lubią się czepiać, są smutni, nieprzyjemni. Trochę się zawiedliśmy, Amerykanie mają wiecznie uśmiech na twarzy i nawet jeśli to jest udawane, a w dużym stopniu jest, to jednak wolę to od polskiej miny. Natomiast wielką zmianę widać w dzieciakach, takich 10-12 lat, wychowywanych przez obecnych 30-40-latków. One zachowują się podobnie do amerykańskich dzieciaków, nie mają tego polskiego zacięcia, są miłe, otwarte, fajne po prostu. To tu widać największą zmianę: widać, że ich rodzice to już inne pokolenie od tych, którzy wychowywali nas.

— Cieszę się, że Warszawa idzie w kierunku Zachodu — dodaje Chrystian. — Bardziej międzynarodowa, otwarta, zróżnicowana. Starsze pokolenia Polaków mają sporo jadu: wszystko źle, i rząd, i pogoda, zawsze jest jakiś powód, żeby być nieszczęśliwym. Ale wśród młodszych jest coraz więcej optymizmu, nawet jeśli akurat u kogoś jest ciężko, to się tak w tym swoim nieszczęściu nie zamyka.

4.

Roman i Kasia mieszkali w Portugalii przez cztery i pół roku. Romantyczna historia: wzięli ślub, a 10 dni później spakowali, co się dało, do Passata kombi i pojechali do Lizbony. Bez pomysłu na powrót do Polski.

— Wcześniej pojechaliśmy tam na trzy miesiące — opowiada Roman. Pianista, ostatnio w składzie Daltonists. — Kasia była na wymianie ze studiów, robiła tam staż w instytucji kultury, a ja testowałem możliwości zarobku. Jestem muzykiem, grałem na lizbońskich ulicach. Okazało się, że można z tego żyć, musisz tylko poznać trochę ludzi, znaleźć dobre miejsca i codziennie meldować się na stanowisku. Jak masz dobry spot, zarabiasz 40-50 euro na godzinę. Grałem kawałki neoklasyczne, filmowe, znane i lubiane. Te parę lat temu nie było jeszcze takiego boomu na Lizbonę, życie było znacznie tańsze. Za całkiem duże mieszkanie w samym centrum płaciliśmy 750 euro. Dziś ceny się podwoiły.

— To była mega przygoda — mówi Kasia. — Jestem kuratorką, pracuję ze sztuką współczesną, siedziałam w świecie kultury. Odkrywaliśmy to miasto muzycznie, kulturowo.

— Nikogo nie znaliśmy, często umawialiśmy się na randomowe spotkania. Ktoś mówi: jesteś muzykiem? Musisz poznać mojego znajomego, klawesynistę. Pytam: słuchasz współczesnej muzyki? „Chopina i Lista to już raczej nie”. Z samymi Portugalczykami ciężko nam było się bliżej dogadać, trzymaliśmy się raczej z ekspatami: z Francji, Włoch, USA, Anglii.

— Życie w Portugalii stało się cięższe, a ja dostałam bardzo dobrą ofertę pracy w rodzinnym Sopocie. Kultura jest w Polsce znacznie lepiej dofinansowana niż tam — opowiada Kasia. — Powrót przeżyliśmy bardzo ciężko, bo jednak w Portugalii żyjesz w tyglu i na większym luzie. Ale Polska bardzo się zmieniła: nagle okazało się, że to jest bogaty, nowoczesny kraj, w którym wszystko działa na czas.

5.

— Mam czasem myśl, że co ty, głupia, najlepszego zrobiłaś — zamyśla się Wanda. — Część moich znajomych robi wielkie oczy, jak słyszą, że zostawiłam dobrą robotę, faceta i stabilne życie w Londynie na rzecz Warszawy. Cały czas trochę tęsknię za tym tyglem, Londyn jest jak gigantyczna maszyna napędzana przez mróweczki pędzące do pracy o ósmej rano. Lubiłam czuć, że jestem częścią tego. To, co mnie realnie martwi, to polska polityka. No i ten straszny wzrost nierówności, jak nie masz własnego mieszkania, to masz przerąbane. Ale wciąż to jest taki oldskulowy Zachód. Trochę jak Edynburg sprzed paru lat. Mimo tych wszystkich prawicowców, mimo wojny w Ukrainie, można się tu poczuć jakoś bezpiecznie. Boję się, że na Wyspach będzie coraz więcej rasizmu, niepokojów społecznych. Mieszkając w Warszawie, czuję, jakbyśmy byli jednak jeden kroczek dalej od przepaści. Dlatego bardzo mnie martwi niechęć ludzi do Ukraińców, bo to był błąd, który zachodnia Europa popełniła wobec migrantów z południa i wschodu. Pozostawiono ich samym sobie. Zaproponowano, że mogą być obywatelami drugiej kategorii. Dziś jest coraz mniej linii kontaktu między imigranckimi dzielnicami i coraz bardziej wściekłą białą klasą robotniczą.

Mimo wszystko Wanda stara się być optymistką. — Warszawa to jednak dom. Buduję tu sobie to nowe — stare życie i jak na razie nie mogę narzekać. A i dzieciaki — co jeszcze niedawno byłoby bardzo trudne — mają nie tylko polskich znajomych. Inne dzieci się nie dziwią, że mówią trochę po polsku, trochę po angielsku. Jakbyśmy się bardziej skleili z resztą Europy, nie jesteśmy już takimi peryferiami.

— Przez te dwa lata od przyjazdu większość rzeczy się poukładała — uśmiecha się Chryst. — Mam dobrą robotę i poczucie, że się przysługuję miastu. Mamy super psa i poczucie, że razem z Kasią zjedliśmy pięć beczek soli i nie ma czegoś takiego, z czym byśmy sobie nie poradzili. Zawsze mi trochę będzie brakowało Kalifornii, ale tu jest jednak dom.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version