Jak mówi mec. Andrzej Zorski z Kancelarii Pilawska Zorski Adwokaci, specjalizujący się w sprawach z zakresu ochrony dóbr osobistych, politycy, choć nie są zupełnie pozbawieni ochrony, są nią objęci w dużo mniejszym stopniu niż inni obywatele. Adwokat mówi też, za co nie wolno skazywać dziennikarzy i kto najczęściej hejtuje w sieci.
Jakie prawo do obrony ma polityk
W polskim porządku prawnym zakres ochrony dóbr osobistych zależy od statusu osoby, której dotyczy dana wypowiedź. Zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą, osoby podejmujące działalność polityczną lub piastujące stanowiska urzędowe muszą mieć „grubszą skórę” i liczyć się z szerszym zakresem dopuszczalnej krytyki ze strony obywateli i mediów.
– Politycy nie są zupełnie pozbawieni ochrony, ale są nią objęci w dużo mniejszym stopniu niż prywatni obywatele. W naszym systemie prawnym mamy bardzo mało przepisów prawa stanowionego, które precyzyjnie pokazywałyby te granice – tłumaczy ekspert.
– To jeden z niewielu obszarów w Polsce, gdzie funkcjonujemy trochę jak w systemie anglosaskim. Mniejsza jest tu rola ustawodawcy, a większa doświadczenia sędziów i dorobku orzeczniczego. Ten dorobek jednoznacznie wskazuje, że osoba decydująca się na pełnienie funkcji publicznej musi wykazywać wyższy próg tolerancji na oceny swoich działań – tłumaczy adwokat.
Jakub Żulczyk usłyszał prawomocny wyrok uniewinniający we wrześniu 2022 roku przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie, co zostało ostatecznie potwierdzone przez Sąd Najwyższy w maju 2023 roku. Pisarz określił prezydenta Dudę mianem „debila” po tym, jak ten nie złożył gratulacji Joe Bidenowi po wygranych wyborach w 2020 r. Sąd uznał, że czyn ten nie wyczerpał znamion przestępstwa znieważenia głowy państwa, kwalifikując go jako dopuszczalną, choć ostrą formę krytyki politycznej.
W ubiegłym roku, rozmowie z Małgorzatą Rozenek-Majdan w podcaście „Z bliska” Jakub Żulczyk wyznał, że „nie czuł dumy z tego, co się wydarzyło”, bo ta historia była dla niego wyczerpująca.
— Mam poczucie bycia pionkiem w tej sytuacji. Mam poczucie, że ja na tej sytuacji straciłem, uważam, że prezydent Duda na tej sytuacji stracił. Nigdy nie odbierałem tego w kategoriach walki o wolność słowa. Dla mnie to nie było nigdy do końca to — powiedział pisarz.
Nieco inaczej sprawę widzi mec. Zorski, który twierdzi, że to rozstrzygnięcie niesie za sobą konkretne ryzyka.
– Boję się, że ten wyrok będzie się przekładał na kolejne orzeczenia. Osobiście nie zgadzam się z tym rozstrzygnięciem. Niezależnie od tego, jak oceniamy głowę państwa, nazywanie prezydenta w ten sposób nie przyczynia się do merytorycznej dyskusji. To wyłącznie happening, a nie krytyka – podkreśla.
– Czy nazwanie kogoś debilem sprawi, że społeczeństwo zacznie głębiej analizować ruchy polityczne prezydenta? Nie. To służyło jedynie zdobyciu rozgłosu przez autora. (…) Natomiast przeciętny odbiorca dostaje sygnał, że skoro wolno tak napisać o prezydencie, to wolno tak nazwać każdego w codziennym życiu – akcentuje mecenas.
Artykuł 212 Kodeksu karnego – straszak na dziennikarzy
Artykuł 212 Kodeksu karnego przewiduje odpowiedzialność karną za zniesławienie, czyli pomówienie innej osoby, grupy osób lub instytucji o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności.
Media i organizacje pozarządowe od lat jednak głośno mówią, że przepis służy często politykom i osobom publicznym jako straszak i narzędzie do uzyskania tzw. efektu mrożącego w pracy dziennikarzy śledczych. Jaskrawym tego przykładem stała się sprawa dziennikarza „Magazynu Anity Gargas”, Mateusza Teski, który został skazany z artykułu 212 za wysłanie maila z rutynowymi pytaniami prasowymi do rzecznika prasowego sądu.
Mec. Zorski uważa, że artykuł 212 jest potrzebny, ale „przy zachowaniu pełnej proporcjonalności”.
– Nie wolno skazywać dziennikarzy za rzetelne dochodzenie do prawdy czy działanie w uzasadnionym interesie społecznym. Problemem bywają błędy w interpretacji tego przepisu, jak choćby skrajne przypadki skazywania za samo zadanie pytań prasowych, ale to kwestia praktyki stosowania prawa, a nie samej konstrukcji przepisu – tłumaczy.
Status osoby publicznej a osoby powszechnie znanej
W sprawach cywilnych dotyczących naruszenia dóbr osobistych sądy dokonują ścisłego rozróżnienia pomiędzy dwiema kategoriami osób rozpoznawalnych: osobami publicznymi, do których zalicza się polityków czy urzędników, oraz osobami powszechnie znanymi, czyli artystami, sportowcami i celebrytami. To kryterium, jak mówi mecenas, decyduje o dopuszczalnym stopniu ingerencji prasy w ich życie prywatne.
– U aktorów czy celebrytów prawo do prywatności jest – wbrew obiegowej opinii – niemal nieograniczone. Fakt, że ktoś jest sławny, nie daje tabloidom prawa do opisywania jego romansów, rozwodów czy dzieci. Jeśli media to robią, to dlatego, że opierają się na cichej, rynkowej umowie: wy piszecie, ja mam rozgłos i nie pozywam. Jednak każda nieautoryzowana publikacja z życia prywatnego gwiazdy stanowi złamanie prawa – mówi.
Inaczej sytuacja wygląda w przypadku polityków.
– Jeśli konserwatywny polityk buduje swój kapitał na obronie tradycyjnych wartości, opinia publiczna ma prawo wiedzieć, czy sam ich przestrzega, np. w kontekście rozwodu. Granicą nienaruszalną pozostają jednak dzieci i najbliżsi, którzy nie powinni stać się zakładnikami wojen politycznych – wyjaśnia ekspert.
Mecenas opowiada, że wielokrotnie reprezentował ludzi, których media skazały na długo przed tym, zanim w ogóle zapadł wyrok sądu, a czasem nawet zanim prokuratura sformułowała akt oskarżenia.
– Przykładem z ostatnich tygodni jest znana aktorka. Przez półtora roku wylewano na nią pomyje w sieci. Ostatecznie prokuratura umorzyła postępowanie. W realiach polskich sądów kwoty zadośćuczynień są stosunkowo niskie, a wieloletni proces i ostateczne przeprosiny rzadko kiedy są w stanie wymazać z pamięci społecznej raz rzucone oskarżenie – zaznacza adwokat.
Dla sądu, jak mówi, kluczowa w takich sprawach powinna być prawda – jeśli dziennikarz podał informację nieprawdziwą i krzywdzącą, powinien ponieść odpowiedzialność, niezależnie od tego, jak bardzo powoływał się na staranność przy zbieraniu materiałów.
„Kiedy dowiadują się, że zostali zidentyfikowani, przeżywają szok”
A co jeśli polityka czy celebrytę spotyka anonimowy hejt w sieci? I czy łatwo się pociągnąć osobę ukrywającą się pod fałszywym nickiem do odpowiedzialności? – Z punktu widzenia technicznego i prawnego, identyfikacja użytkownika na podstawie adresu IP oraz danych rejestracyjnych operatora jest procedurą standardową, choć limitowaną wydolnością organów ścigania. Hejter ma często przekonanie, że nikomu nie będzie się chciało go ścigać.
– Przed ekranem komputera każdy jest mocny. Kiedy tacy ludzie dowiadują się, że zostali zidentyfikowani, przeżywają szok. W sądzie najczęściej okazują skruchę, są przestraszeni i pokorni.
Z mojego doświadczenia wynika, że rzadko stoją za tym ludzie sukcesu. Często to osoby nieszczęśliwe, sfrustrowane, z trudnymi życiorysami, które w sieci szukają ujścia dla własnych niepowodzeń życiowych – zawodowych czy rodzinnych – mówi.
Ale profil hejtera nie ogranicza się tylko do młodzieży.
– Wśród agresywnych komentatorów znajduje się mnóstwo osób po 50. czy 60. roku życia, w tym przedstawiciele szanowanych profesji. Wykształcenie nie ma tu znaczenia, hejtują ludzie emocjonalnie niespełnieni, którzy krzywdą innych próbują zagłuszyć własne poczucie krzywdy lub traumy z dzieciństwa – podsumowuje adwokat.













