Szymon Krawiec, „Wprost”: Transformacja gospodarcza to dla Polaków nieprzepracowana trauma?
Jacek Santorski: Gdy pod koniec lat 80. projektowano transformację, bardziej chodziło o gospodarkę niż o ludzi czy poszczególne firmy. Trzeba było dokonać przekształcenia w skali makro, a to było trudne i złożone, żeby tak nagle przejść z gospodarki scentralizowanej do nastawionej na rentowność. Robiąc to, wspólnie z tymi słynnymi brygadami Marriotta, trudno było zadbać o wszystko. Trzeba było niestety poświęcić los ponad miliona ludzi pracujących w PGR-ach, w administracji państwowej, w stoczniach i innych państwowych zakładach. Wypowiadając im wtedy umowy o pracę, pozbawiano ich jakiejś ciągłości, jakiejś tożsamości, jakiegoś poczucia bezpieczeństwa, które PRL, choć był beznadziejnym systemem, paradoksalnie im dawał.
Nikt nie pomyślał wtedy, co z tymi ludźmi dalej zrobić, co im doradzić, jak zbudować dla nich wspólny kapitał, żeby mogli mieć nadal to poczucie bezpieczeństwa. Wypłacano wprawdzie niektórym odszkodowania, jakieś odprawy, ale to był jednorazowy zastrzyk, który ból uśmierzał na krótko. Niektórzy spłacali tymi pieniędzmi długi, inni wydawali na samochód, żyjąc nadzieją, że jakoś to będzie.
A nie było.
No nie było. Dla ponad miliona polskich rodzin zmiany po transformacji były po prostu głęboko upokarzającym wydarzeniem. Nie było wyjaśnienia, nie było przed nimi postawionych celów. Doświadczyli w domach poczucia trwogi, bezradności, wręcz beznadziei. Nikt im nie podziękował za pracę, za ich poświęcenie. Powstało poczucie, że to, co robili do tej pory przez pół życia w PRL-u, nie miało żadnego sensu, a może i było nawet dla ich własnego kraju niedobre. Powstały więc wtedy pewne mechanizmy reakcji i adaptacji, takie zgeneralizowane poczucie upokorzenia, a potem wrogości wobec kapitalizmu i ludzi przeprowadzających te reformy.
Najpierw po sierpniu 1980 r., kiedy wyszli na ulice i zaryzykowali wszystko, żeby wziąć udział w wielkim zrywie przeciwko ówczesnej władzy, ci ludzie dostali w twarz od Jaruzelskiego, który wprowadził stan wojenny. A potem już w latach 90. dostali w twarz kolejny raz, ale już nie od generała, ale niewidzialnej ręki rynku.
Pisał pan: „Tysiące ludzi z PGR-ów, fabryk, kopalń i urzędów PRL-u poczuło się odrzuconych i wykluczonych, na ich epigenetycznie niesionym gniewie i goryczy buduje się populizm i żywi »folwarczna mentalność«”.
Dalej to podtrzymuję. To są mechanizmy epigenetycznego utrwalania traum. W tym sensie transformacja gospodarcza, która była takim zbiorowym urazem dla ponad miliona polskich rodzin, jest przekazywana kolejnym pokoleniom – z rodziców, którzy tracili wtedy pracę i byli odarci z godności, na dzieci, potem na wnuki. I moim zdaniem trwa to do dzisiaj.
Czym to się objawia?


