Prawicowi politycy za wzór stawiają zdrajców, morderców i kolaborantów. Nie jest to opinia wynikająca z politycznej niechęci do prawicy, ale wniosek płynący z dokumentów Polskiego Państwa Podziemnego, zeznań świadków i ustaleń historyków.
Polska prawica bardzo lubi mówić o polityce historycznej. O pamięci, prawdzie, obowiązku wobec ofiar i o tym, że państwo nie może relatywizować zbrodni popełnionych na Polakach. Karol Nawrocki jeszcze niedawno tłumaczył odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego tym, że państwo polskie ma obowiązek stać na straży prawdy historycznej i pamięci ofiar. Powodem była zgoda prezydenta Ukrainy na nadanie jednej z jednostek ukraińskiej armii nazwy Bohaterów UPA.
Dlaczego zatem ta sama zasada nie obowiązuje w przypadku Brygady Świętokrzyskiej? Trudno to zrozumieć. Zwłaszcza że żołnierze Armii Krajowej wprost mówili o zdradzie partyzantów Narodowych Sił Zbrojnych BŚ, a Niemcy w raportach nazywali ich „polskimi faszystami”.
Dlatego może dziwić, że prezydenci Andrzej Duda i Karol Nawrocki objęli patronatem obchody rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej NSZ, a ówczesny premier Mateusz Morawiecki złożył hołd żołnierzom w 2018 r., kiedy odwiedził ich groby na cmentarzu Perlacher Forst w Monachium. Zwłaszcza że współpraca z Niemcami oraz zbrodnie, jakie popełnili, wcale nie są tajemnicą. Wydaje się jednak, że prawicowi politycy woleliby pominąć wiele faktów z historii działań NSZ.
„Polscy faszyści”
Brygadę utworzono 11 sierpnia 1944 r. na Kielecczyźnie z oddziałów NSZ-ZJ, czyli tej części Narodowych Sił Zbrojnych, która nie podporządkowała się Armii Krajowej. Jej dowódcą został mjr Antoni Szacki „Bohun”, a liczebność szybko przekroczyła 800 ludzi. Jej polityczne zaplecze również nie jest szczególnie tajemnicze. NSZ-ZJ wywodziły się ze środowiska Związku Jaszczurczego i przedwojennego ONR.
Prof. Rafał Wnuk zwraca uwagę, że ludzie tworzący Brygadę byli związani z radykalnym nacjonalizmem, zafascynowani faszyzmem i koncepcją państwa autorytarnego. To ważne, ponieważ przez lata próbowano przedstawiać Brygadę wyłącznie jako najbardziej konsekwentnych przeciwników komunizmu. Tymczasem raport Abteilung Ic 4. Armii Pancernej, czyli komórki odpowiedzialnej za rozpoznanie z 9 grudnia 1944 r. określał NSZ jako „polskich faszystów, antykomunistycznych i antysemickich”. W tym samym dokumencie niemiecki wywiad odnotowywał co prawda, że organizacja, jest nastawiona wrogo wobec Niemiec, ale zawierała porozumienia i podejmowała współpracę z niemieckimi służbami.
Problem w tym, że w 1944 r. wojna nadal trwała. Niemcy okupowali Polskę, mordowali jej mieszkańców i walczyli z polskim podziemiem. Dla większości polskich organizacji niepodległościowych było oczywiste, że Niemcy pozostają okupantem i wrogiem.
W przypadku Brygady sytuacja zaczęła wyglądać inaczej. Współpracę z Niemcami narodowcy zaczęli dość wcześnie. Hubert Jura „Tom”, późniejszy oficer do zadań specjalnych Brygady Świętokrzyskiej, współpracę z Gestapo rozpoczął już w 1943 r., nawiązując kontakt z SS-mannem Paulem Fuchsem. Jego ludzie uczestniczyli m.in. w mordzie w Łysowodach, gdzie zabito 22 osoby podejrzewane o związki z Armią Ludową i Batalionami Chłopskimi. Po wydaniu przez NSZ-AK wyroku śmierci na Jurę Niemcy pomogli mu, umieszczając go w radomskim szpitalu, a następnie oddając do dyspozycji jego organizacji willę w Częstochowie przy ul. Jasnogórskiej 25, gdzie byli torturowani i zginęli m.in. kpt. Stanisław Żak — szef wywiadu okręgu częstochowskiego NSZ-AK, oraz mjr Wiktor Gostomski, szef Wydziału II KG NSZ, który sprzeciwiał się współpracy z Niemcami.
Raporty Armii Krajowej
Dla dowództwa Armii Krajowej, Polskiego Państwa Podziemnego i rządu w Londynie również było jasne, że narodowcy bardziej przypominają bandy rabunkowe, które działają na korzyść okupanta, niż realną siłę, która mu się przeciwstawia. Według kwerendy przeprowadzonej w niemieckich archiwach przez historyka Bartosza Wójcika, w drugiej połowie 1944 r. oddziały powiązane z NSZ prowadziły przede wszystkim walkę z Armią Ludową, sowieckimi grupami dywersyjnymi i polską lewicą, natomiast działania przeciw Niemcom były nieliczne.
Autor ocenia, że NSZ odpowiadało za nieco ponad 1 proc. niemieckich strat bezpowrotnych w analizowanej części dystryktu radomskiego. Niemcy sami nie traktowali NSZ jako poważnego zagrożenia militarnego, a ich antykomunistyczną działalność uznawali za korzystną dla siebie. Zwłaszcza że narodowcy atakowali, kogo popadnie. „Dnia 20.4.44 bojówka NSZ urządziła zasadzkę w Klemencicach na oddział AK pod d-twem Zrywa, podczas której doszło do ogniowej potyczki, w rezultacie której ze strony NSZ zastrzelony został jeden członek, zaś w oddziale własnym trzech ludzi odniosło lekkie rany” — raportowało dowództwo Okręgu Radom-Kielce AK. „Działalności tych bojówek nie można nazwać bojowej, gdyż w żadnym wypadku nie jest ona skierowana przeciwko okupantowi. Bojówki NSZ podczas swej działalności w terenie ograniczają się do dokonywania zwyczajnych napadów rabunkowych, których ofiarą pada tylko ludność polska” – pisano innym razem.
To ostatnie dobrze koresponduje z wcześniejszymi meldunkami VI Oddziału Komendy Okręgu AK Kielce, w których pisano, że „stosunek ludności cywilnej do oddziałów NSZ jest wyraźnie wrogi ze względu na przeprowadzane bezwzględne rekwizycje żywności i zdarzające się przy tym rabowanie ubrań i bielizny”.
A przy okazji winę zrzucali na Armię Krajową. Płk Jan Zientarski „Mieczysław”, komendant Okręgu Radom-Kielce AK, meldował 14 listopada 1944 r.: „D-cy kontaktują się i współpracują z Gestapo. Wsypują partie komunistyczne. W terenie podszywają się pod AK, przy czym terroryzują i rabują ludność. Głównym ich zadaniem jest niszczenie PPR, AL i oddziałów partyzanckich sowieckich”.
Współpraca z Niemcami
Najważniejszy dokument opisujący kolaborację Brygady Świętokrzyskiej powstał dopiero po wojnie. Dokument „Brygada Świętokrzyska ppłk. 'Bohuna’ Dąbrowskiego”, autorstwa kpt. Leona Torlińskiego, sporządzony 17 października 1945 r., znajduje się w Instytucie Polskim i Muzeum gen. Sikorskiego w Londynie. Można w nim przeczytać m.in., że „Oddział kpt. 'Toma’ zlikwidował płk. Gwardii Ludowej (…) z Ćmielowa, przedwojennego komunistę, i ciało przekazał Leutnantowi Thomsowi — referentowi wydz. V Gestapa w Ostrowcu. 'Tom’ w zamian otrzymał worek amunicji kaliber 9 mm [i] dwa pistolety maszynowe”.
A także, że „w obławie na zgrupowanie oddziałów PPR i skoczków Berlingowych na 'Luźnej Górze’ w Lasach Osieczyńskich brała udział Brygada Świętokrzyska wespół z Wehrmachtem i oddziałami Własowa”. Jakby tego było mało, Torliński meldował, że „w grudniu 1944 r. (…) otrzymałem meldunki, że w rejonie Gór Małogoskich Brygada bierze udział w łapankach na Polaków do kopania okopów na spół z Wehrmachtem”.
2 stycznia 1945 r. dowództwo Okręgu Radom—Kielce AK w meldunku wysłanym do Londynu pisało: „Wyraźna współpraca z Niemcami i plaga społeczeństwa na skutek stosowania rekwizycji. 22 listopada w czasie przemarszu NSZ przez miejscowość Oleszno Niemcy ściągnęli posterunki. Notowane są kontakty z Gestapo”. Nie było to niczym nowym i nieznanym. Już wcześniej raportowano: „Dnia 16.4.44 w Gestapo w Jędrzejowie widziany był oddział NSZ w sile 8 ludzi. Stwierdzono, że oddział ten przybył do GSP celem nawiązania kontaktu i omówienia warunków współpracy”.
Wyparcie
Polskie Państwo Podziemne traktowało świadomą współpracę z okupantem jako przestępstwo przeciwko państwu i narodowi, a w najcięższych przypadkach przewidywało karę śmierci. Za szczególnie ciężkie traktowano działania, które prowadziły do represji wobec Polaków, jak wydawanie ludzi Gestapo, denuncjowanie, udział w aresztowaniach czy pomoc niemieckiemu aparatowi bezpieczeństwa. Wspominał o tym Instytut Pamięci Narodowej, którego szefem był Karol Nawrocki.
I właśnie dlatego tak interesujące są słowa obecnych polityków. Na początku sierpnia Karol Nawrocki już jako prezydent objął patronatem obchody rocznicy utworzenia Brygady Świętokrzyskiej — jednostki, którą wprost przedstawiciele Polskiego Państwa Podziemnego określali jako oddział kolaborujący z Niemcami.
W liście do uczestników Nawrocki o tym nie wspomniał. Nie wspomniał o niemieckim szkoleniu dywersantów. Nie wspomniał o kontaktach z SS. Nie wspominał o mordowaniu Polaków. Zapomniał, zdaje się, o przestępstwach, jakich się dopuścili. Przedstawił natomiast Brygadę jako formację, która chroniła Polaków przed Niemcami, Sowietami i komunistycznymi dywersantami.
„Dziękuję wszystkim, którzy w tym duchu pielęgnują pamięć o żołnierzach Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych – bohaterach walk o niepodległą Rzeczpospolitą – i oddają im dzisiaj cześć” — pisał w liście prezydent.
I tutaj dochodzimy do sedna
Kilka tygodni wcześniej ten sam prezydent uznał, że nadanie ukraińskiej jednostce nazwy „Bohaterów UPA” jest wystarczającym powodem do odebrania prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego. Powołał się przy tym na obowiązek obrony prawdy historycznej i pamięci o ofiarach.
Nie ma w tym nic dziwnego, że polskie państwo przypomina o zbrodniach UPA. To słuszne, ale problemem jest to, że stosuje przy tym kalizm.
Jeżeli współpraca z formacją odpowiedzialną za zbrodnie na Polakach ma dyskwalifikować ukraińskiego prezydenta jako osobę godną najwyższego polskiego odznaczenia, to tym bardziej trzeba pamiętać o współpracy polskiej organizacji z niemieckim okupantem. Nie można żądać od innych narodów bardzo szczegółowej pamięci historycznej, a własną historię skracać do tych fragmentów, które są wygodne.
Mamy dokumenty AK. Mamy dokumenty niemieckie. Mamy relacje i wspomnienia. Mamy konkretne nazwiska niemieckich oficerów, konkretne kontakty, konkretne szkolenia i konkretnych ludzi przerzucanych za linię frontu. Mamy wreszcie historyków, którzy poświęcili dziesięciolecia badaniu polskiego podziemia i nie mają większego problemu z nazwaniem tych działań kolaboracją.
A mimo to mamy polityków, którzy coraz częściej przedstawiają Brygadę Świętokrzyską jako formację, którą należy stawiać obok innych bohaterów walki z okupantem. Jeżeli polityka historyczna ma oznaczać wybieranie z historii tylko tych elementów, które pasują do aktualnej narracji politycznej, to trudno mówić o obronie prawdy. Zwłaszcza gdy kilka tygodni wcześniej prezydent Rzeczypospolitej tłumaczył Polakom, że właśnie prawda historyczna nie może być przedmiotem politycznej gry. Czy to nie hipokryzja?

