CIA śledziła dwóch zamachowców z 11 września na wiele miesięcy przed atakiem. Ale straciła Khalida al-Mihdhara i Nawafa al-Hazmiego z oczu. Przez gigantyczny bałagan.

Margaret Gillespie, analityczka FBI oddelegowana do Centrum Antyterrorystycznego CIA (CTC), pracowała nad wyjaśnieniem zamachu na USS Cole w październiku 2000 r. Chciała ustalić, kto był organizatorem i kto wspierał atak na zacumowany w Adenie okręt. Zginęło 19 amerykańskich marynarzy.

21 sierpnia 2001 r., próbując znaleźć odpowiedź na tę zagadkę, Gillespie przeczytała depeszę z Bangkoku z marca 2000 r. Informowano w niej, że powiązani z Al-Kaidą Saudyjczycy — Khalid al-Mihdhar i Nawaf al-Hazmi — przylecieli z Tajlandii do Stanów Zjednoczonych. Obaj byli związani z Walidem Mohammedem bin Attashem (pseudonim „Khallad”), którego wówczas uważano za jednego z organizatorów ataku na USS Cole.

CIA śledziła podróże al-Mihdhara ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich do Malezji, a potem z Malezji do Tajlandii. Agencja poprosiła tajski wywiad o ustalenie, dokąd udali się mężczyźni. Tajskie służby odpowiedziały CIA, jednak nikt w CTC nie zwrócił uwagi na raport — operacja została dawno zapomniana.

Gillespie zwróciła się do amerykańskich służb celnych z pytaniem, czy obaj mężczyźni wciąż znajdują się w USA. Odkryła, że jako cel podróży podali hotel Sheraton w Los Angeles, a Khalid al-Mihdhar opuścił jeszcze Stany Zjednoczone 10 czerwca 2000 r., ale wrócił 4 lipca 2001 r. i najprawdopodobniej od tamtej pory nie wyjeżdżał.

Stąd pojawił się wniosek: dwóch członków Al-Kaidy wciąż przebywa w USA.

Następnego dnia Gillespie spotkała się z Diną Corsi, analityczką z jednostki FBI zajmującej się bin Ladenem. 24 sierpnia 2001 r. al-Mihdhar oraz al-Hazmi zostali wpisani na listę osób podejrzanych o terroryzm. Corsi spotkała się z szefem jednostki, Rodneyem Middletonem, który później powiedział, że dla agencji był to moment w stylu „o cholera”.

Analitycy uzgodnili, że FBI powinno wszcząć śledztwo w celu odnalezienia al-Mihdhara. Oddział I-49 z nowojorskiego biura terenowego dostał zadanie namierzenia członka Al-Kaidy. Inspektor generalny Departamentu Sprawiedliwości stwierdził później, że „nie potraktowali tego jako pilnej sprawy”.

Tajna Wspólna Komisja do spraw działań społeczności wywiadowczej przed i po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 r. próbowała wyjaśnić, co się wtedy stało. Niektórzy próbowali usprawiedliwiać CTC, argumentując, że centrum „nie nadążało z ilością i zakresem napływających informacji wywiadowczych”. Marcowa depesza od tajskiego wywiadu została zignorowana. Jak ustaliła komisja, nikt w „przeciążonym pracą” CTC nie pamiętał nawet jej otrzymania. Jak powiedział były szef CTC, gdyby ktoś zwrócił na nią uwagę, obaj mężczyźni zostaliby wpisani na listę obserwowanych.

— To powinno było być zrobione. Nie zostało — zeznał podczas przesłuchania.

Swoją jednostkę usprawiedliwiał tym, że w marcu 2000 r. na listę trafiło ok. 150 osób. Ujawnił także, że 6 marca do agencji przyszła kolejna depesza, zwracająca uwagę na podróż Nawafa al-Hazmiego do Stanów Zjednoczonych. Jednak jej również nikt nie przeczytał.

Na dodatek różni analitycy w FBI i CIA popełnili fatalny błąd, myląc Khalida al-Mihdhara, Khalida Sheikha Mohammeda i „Khallada” oraz mieszając różne dowody pochodzące z raportów, które zacierały tożsamość oraz działania każdego z nich.

W systemie funkcjonowały więc informacje dotyczące każdego z tych ludzi, jednak analitycy mylili ich nazwiska — przypisując przygotowanie zamachu na USS Cole al-Mihdharowi zamiast Khalladowi oraz uznając, że to „Khalid” werbuje w USA ludzi, a nawet pilotów. Nie identyfikowali go jednak prawidłowo jako Khalida Sheikha Mohammeda (KSM).

Khallad został zidentyfikowany przed 11 września (nawet jeśli mylono go z al-Mihdharem). KSM — mózg i dowódca całej operacji z użyciem samolotów — umknął uwadze agentów, mimo że był oskarżony, figurował już na liście FBI i był celem CIA.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version