Energetyka jądrowa najprężniej rozwija się w krajach, w których to państwo odpowiada za sektor energetyczny, jak Francja, Chiny czy Rosja, która jest dzisiaj najważniejszym graczem na tym rynku.

Jakub Wiech: Już w 1944 r., równolegle z programem Manhattan. Rok później w Senacie USA powołano komisję, zeznawali przed nią m.in. amerykańscy wojskowi i inżynierowie. To tam powstała koncepcja wykorzystania energii jądrowej do napędzania okrętów podwodnych i lotniskowców. Siedem lat później, w roku 1952, położono stępkę pod budowę pierwszego okrętu, a dwa lata później ukończono jego budowę. Okręt podwodny USS Nautilus był pierwszym w historii pojazdem napędzanym energią jądrową. Swój dziewiczy rejs odbył w 1955 r., a kilka lat później jako pierwszy przepłynął pod biegunem północnym, pokonując ponad 3 tys. km przez cztery dni.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Rosjanie w tym czasie również nie próżnowali. W 1954 r. w oddalonym o 100 km od Moskwy Obninsku uruchomiono pierwszą cywilną elektrownię jądrową APS-1. To rozpoczęło proces komercjalizacji energetyki jądrowej. Przewodziły w tym głównie przedsiębiorstwa amerykańskie. W 1960 r. firmy Westinghouse i General Electric uruchomiły elektrownie atomowe oparte wyłącznie na prywatnym kapitale.

– Przeprowadzono ponad 200 detonacji do budowy kanałów, kopalń odkrywkowych, pozyskiwania gazu ziemnego, tworzenia podziemnych magazynów. Małymi bombami jądrowymi gaszono też pożary złóż gazu. W Stanach Zjednoczonych zainicjowano bardzo podobny program. Tam od 1958 r. przez niecałe 20 lat przeprowadzono 27 detonacji. Sprzeciw opinii publicznej był tak duży, że zrezygnowano z nich. Rosjanie nie musieli się przejmować opinią publiczną, dziennikarzami, mediami…

– Tak, za wstęp do epoki, w której człowiek ma nieograniczone zasoby energetyczne tkwiące w pierwiastkach rozszczepialnych. Wierzono, że energia atomowa może napędzać niemal wszystko, łącznie z samochodami i samolotami. Na pokładzie jednego z amerykańskich bombowców zamontowano reaktor jądrowy, który miał sprawdzić, jak może sobie poradzić z nim załoga, ale maszyna nie była nim zasilana. Wykonano szereg lotów i w latach 60. program zawieszono.

Za to firmy motoryzacyjne zaczęły marzyć o autach wyposażonych w nuklearny układ napędowy. W 1958 r. koncern Ford zaprezentował model samochodu Ford Nucleon, miał dysponować małym reaktorem jądrowym, który napędzałby turbinę parową. Jego zasięg szacowano na 8 tys. km. W podobne projekty zainwestowały też inne koncerny, jak Simca i Studebaker. Żadne z atomowych aut nie wyszło jednak z fazy prototypów ani nie trafiło do masowej produkcji.

Najbardziej spektakularnym przykładem tamtej atmosfery są imprezy organizowane w Las Vegas, które określano wówczas mianem Atomic City. W dni planowanych próbnych detonacji na poligonie w Nevadzie na najwyższych piętrach wieżowców Las Vegas organizowano Dawn Bomb Parties, podczas których goście obserwowali wybuchy bomb i pili „koktajle atomowe”.

– O ile lata 50. upływają pod znakiem ekscytacji wynikającej z odkrywania nowej technologii, to próba rozmieszczenia przez ZSRR głowic u granicy Stanów Zjednoczonych, co się kończy kryzysem kubańskim w 1963 r., przynosi dużo lęków związanych z ogólnoświatową wojną. Trzeba pamiętać też, że w latach 60. gospodarka światowa stoi na ropie naftowej, która jest tak tania, że wypiera nawet węgiel. Baryłkę, czyli 159 litrów, kupowało się od krajów arabskich za 1 dol.! Cały Zachód korzystał z tego, co spowodowało uzależnienie od organizacji OPEC i takich państw jak Kuwejt, Irak, Zjednoczone Emiraty Arabskie. Dlatego takim ciosem był kryzys naftowy w

1973 r. Polegał na tym, że OPEC wprowadził embargo na sprzedaż surowca państwom zachodnim, które wsparły Izrael w wojnie z Egiptem. Załamanie gospodarcze doprowadziło do przygotowania planów do zabezpieczenia się na przyszłość i wprowadzenia strategii dywersyfikacji energetycznej.

– Nastąpiło to w wielu krajach. Richard Nixon powołał program Independence, zamierzał zbudować 1000 elektrowni do 1980 r., ale afera Watergate, która go zmiotła z fotela prezydenckiego, i zniesione embargo zniweczyły te plany. Za to Francja do połowy lat 80. zbudowała 56 reaktorów, dzięki którym uzyskała miks elektroenergetyczny oparty w ok. 70 proc. na atomie.

– Doszły do głosu lęki związane z rozszczepialnością i promieniowaniem, które traktowano jako niewidzialnego wroga. Zostały podsycone jeszcze w 1979 r. incydentem w elektrowni Three Mile Island w USA, gdzie zniszczeniu uległ jeden z reaktorów. Wydarzenie to nałożyło się na film „Chiński syndrom”, opowiadający właśnie historię o awarii w elektrowni atomowej. Po premierze Jane Fonda, która grała jedną z głównych ról, zaczęła w Ameryce kampanię antyatomową. Później olbrzymie, wręcz trudne do oszacowania znaczenie miała katastrofa w Czarnobylu w 1986 r. A kiedy atom zaczął podnosić się po tych ciosach, nastąpiły zmiany na polu gospodarczym. Na początku XXI w. Ameryka i Chiny postawiły na paliwa kopalne, wybuchła rewolucja łupkowa, okazało się, że atomu na wielką skalę nikt tam nie potrzebuje, bo na podorędziu są bardzo tanie ropa i gaz. Jednakże największe spustoszenie wywołała bezapelacyjnie katastrofa w Czarnobylu.

– Niektóre kraje zaczęły się zastanawiać nad ograniczeniem produkcji energii z atomu. Ale, co ciekawe, nie Rosja. Zrobiła przegląd działających reaktorów, udoskonaliła technologię i pozostała atomowym mocarstwem.

Zresztą Rosja przez lata eksportowała technologię atomową do państw bloku wschodniego: Ukrainy, Słowacji, Czech, Litwy. Chodziło nie tylko o energię, ale też o rywalizację z państwami NATO. Technologię jądrową traktowano w czasach zimnej wojny jako potencjalnie związaną z możliwościami produkcji broni jądrowej. Co więcej, każda elektrownia jądrowa to dla Rosji taki dodatkowy przyczółek w gospodarczym sercu danego kraju satelickiego. Stąd np. rosyjskie inwestycje jądrowe na Węgrzech czy w Bangladeszu.

– Zazwyczaj tak, ale nie wszędzie. Japończycy, którzy mieli drugą najpoważniejszą katastrofę, czyli Fukushimę, też nie zakończyli pozyskiwania energii w ten sposób. Właśnie opracowali eksportowy reaktor ATMEA 1 i ponownie uruchamiają jednostki wyłączone po 2011 r., które przeszły testy bezpieczeństwa. Zasadniczo prężnie energetyka jądrowa rozwija się w krajach, w których to państwo odpowiada za sektor energetyczny, jak Francja, Rosja czy Chiny.

– Rosja, która zarówno utrzymała zdolności do produkcji reaktorów, jak i zapewnia cały łańcuch dostaw. Eksportuje swoją technologię na cały świat, od Europy po Azję. Poza tym Francja i Korea Południowa. Gonią je jeszcze Chiny, które stworzyły w ostatnich latach swój eksportowy reaktor pod nazwą Hualong.

– Największy w Niemczech, w 20 lat zlikwidowano całą flotę jądrową o mocy ponad 22 GW. Gdybyśmy taki park jednostek wytwórczych przenieśli magicznie do Polski, to następnego dnia moglibyśmy wyłączyć wszystkie nasze elektrownie węglowe. To pokazuje, jakiego potencjału pozbawili się nasi sąsiedzi. Niemniej, czynników wpływających na decyzję Berlina było dużo – nie chodziło tylko o Czarnobyl. Z jednej strony mieliśmy polityczny establishment (od socjalistów po chadeków), ludzi, którzy wierzyli, że można bezpiecznie robić interesy z Władimirem Putinem i chcieli sprowadzać tani rosyjski gaz, z drugiej strony stała Partia Zielonych, która programowo była przeciwko energetyce jądrowej. I tak powstała idea, by atom zastąpić gazociągami Nord Stream. Wyszło tak, że Niemcy nie mają ani tego, ani tego.

– Bank Światowy zniósł zakaz finansowania energetyki jądrowej, najbliższe lata mogą być jej wielkim renesansem. Oswoiliśmy się już z pewnymi lękami, wzrosła świadomość, że takie katastrofy jak w Czarnobylu praktycznie nie mają szans się powtórzyć. Francja, która jeszcze za pierwszej prezydentury Emmanuela Macrona chciała ograniczać flotę jądrową, teraz ją rozbudowuje. Niemcy szukają możliwości wskrzeszenia elektrowni, które wygasili, i budowy małych reaktorów jądrowych. Podobne dyskusje zaczęły się w Danii, drugim najbardziej antyjądrowym państwie Europy. Również Amerykanie widzą, że takie przedsięwzięcia jak rozwój sztucznej inteligencji i gospodarki cyfrowej potrzebują bardzo dużych ilości energii, których źródła kopalne mogą dostarczyć, ale ogromnym kosztem dla środowiska. Duży wpływ na pozytywny odbiór energetyki jądrowej miała paradoksalnie wojna prowadzona przez Rosję w Ukrainie.

– Po pierwsze, pokazała, że jak z kimś robimy duże interesy (Rosja), to nie znaczy, że ten ktoś jest przewidywalny i pokojowo nastawiony. Po drugie, widać, że mimo prowadzonych poważnych walk konwencjonalnych elektrownie jądrowe działają i są tam bezpieczne, nikt ich nie atakuje w odróżnieniu od elektrowni węglowych, gazowych, wodnych…

– Doprowadzenie do katastrofy jądrowej nie leży w niczyim interesie. Ewentualne skażenie nastąpiłoby w promieniu kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów od reaktora. Czyli w zasadzie nie stałoby się nic spektakularnego, a państwo, które by to zrobiło, miałoby przylepioną metkę terrorysty jądrowego, który jest nieobliczalny. Rosji ani żadnemu innemu państwu to się nie opłaca. Poza tym zniszczenie elektrowni jądrowej wymagałoby gigantycznych ilości bardzo drogich pocisków. Jeszcze raz powtórzę, to się nikomu nie opłaca.

Jakub Wiech — redaktor naczelny portalu Energetyka24.com. Dziennikarz, autor książek, m.in. „Globalne ocieplenie. Podręcznik dla Zielonej Prawicy”, „Energetyka po prostu”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version