Brak elementarnej wiedzy na temat współżycia, zwłaszcza wśród młodych kobiet, i brak doświadczeń w tej sferze skutkowały niedobraniem par i w efekcie małżeńskie „obowiązki” bywały doświadczeniem nieznośnym — pisze Błażej Brzostek w książce „Życie codzienne kobiet w PRL”.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Trudno tu o dane, ale wydaje się, że w PRL większość stosunków seksualnych następowała po zmroku. Był to bowiem seks małżeński, wpisany w całokształt życia, w którym zwykle panował deficyt przestrzeni i czasu dla swobodnych przeżyć erotycznych. […] W 1963 r. w Warszawie tylko cztery procent, a we Wrocławiu dziesięć procent młodych par małżeńskich dysponowało samodzielnym mieszkaniem, natomiast aż jedna trzecia warszawskich i jedna czwarta wrocławskich nowożeńców żyła w rozłące z powodu braku mieszkania. Ludziom tym brakowało więc wspólnych nocy, znacznie łatwiej było im zapewnić sobie dni. Zwykle i dni, i noce były zresztą naznaczone obecnością innych osób. Jak wynikało z ankiet seksuologicznych, pary mieszkające w odrębnym pokoju (bez teściowej czy dzieci) dwukrotnie częściej — w dwudziestu procentach przypadków — określały swoje życie intymne jako udane niż te żyjące w ciasnocie. Jeśli w tych danych jest jednak cokolwiek uderzającego, to niewysoki wskaźnik zadowolenia tych, którym się poszczęściło mieszkaniowo.
Co znaczyło „udane życie intymne”? Nikt tego nie sprecyzował.
Istniały pewne wyobrażenia o tym, na ogół trudne do przekazania, osobne, często bolesne. I zmienne. Czasy, o których tu mowa, na Zachodzie zostały nazwane rewolucją seksualną. Chociaż trudno odnosić to pojęcie do PRL, w której nie było wolnego rynku i mediów, jest coś na rzeczy. Czy seks zaczął się stawać jednym z wyznaczników jakości życia?
Różne były drogi młodych ludzi do wiedzy o seksie. Jeśli wierzyć deklaracjom ankietowanych, różnica między doświadczeniami kobiet a mężczyzn polegała na tym, że te pierwsze częściej czerpały wczesną wiedzę na ten temat z przekazu matek i bliskich, ci drudzy — od rówieśników. Wiedza chłopaków była raczej potoczna i publiczna, podczas gdy dziewczyny kształtowały ją w zaciszu. Potwierdzały to wyniki badań wśród studentów Trójmiasta przeprowadzonych w połowie lat siedemdziesiątych — większość mężczyzn przyznawała się do „publicznego” charakteru swojej wiedzy o seksie, a większość kobiet pozyskała ją w domu. Jej treść zapewne była różna.
Niezależnie od tego wydaje się, że pokolenia urodzone po drugiej wojnie światowej miały inne nastawienie do seksualności niż rodzice i dziadkowie. „Ja w tym wieku, co moja córka, nic jeszcze nie wiedziałam, ona w tej chwili już mnie mogłaby nauczyć” — mówiła na początku lat siedemdziesiątych matka z Wałbrzycha o swojej piętnastolatce. Kobieta polegała na przeczuciach, bo w rodzinach górniczych (a o taką tu chodzi) nie rozmawiano o seksie, a edukację w tej sferze uznawano za „zgorszenie”. Rozmowy na temat relacji między płciami były rzadkie i przyjmowały postać „moralizowania lub krzyku” w reakcji na „pewien rodzaj zachowania się dziecka, np. późne powroty do domu, malowanie paznokci, chodzenie z chłopcem itp. […] Ostatecznie można przyjąć, że 95 proc. ojców z wyjątkiem krytycznych uwag o złym postępowaniu lub pochwał za postępowanie dobre, nie robi nic więcej, a 5 proc. próbuje uświadamiać, ale dopiero wtedy, kiedy zarysowują się trudności wychowawcze.
Większość matek (78 proc.) swoje oddziaływanie ogranicza do wyjaśnienia spraw związanych z przebiegiem menstruacji u dziewcząt, a 22 proc. nie mówi nawet o tym”.
Rodziny górnicze uchodziły za szczególnie konserwatywne, ale nie wydaje się, aby ogólny obraz tej sfery życia w głębokim PRL był zasadniczo odmienny. Brak elementarnej wiedzy na temat współżycia, zwłaszcza wśród młodych kobiet, i brak doświadczeń w tej sferze skutkowały niedobraniem par i w efekcie małżeńskie „obowiązki” bywały doświadczeniem nieznośnym. Jak wyznała pewna rolniczka: „Byłam przykładną żoną, chociaż gdy nadchodził czas zbliżenia, miałam do niego wstręt, ale z nastaniem dnia zapominałam o tym”.
„Mąż przy całym swoim malkontenctwie był nieustępliwym katolikiem — nie uznawał już nie tylko środków antykoncepcyjnych, ale nawet stosowania kalendarzyka. Ile ja nocy przepłakałam w strachu przed następną ciążą […]. Na moim mężu nie zrobiło to wrażenia. Twierdził z naciskiem, że prawdopodobnie jestem zboczona seksualnie, jeśli unikam zbliżeń” — wspominała inna kobieta. Męska dyktatura w sferze seksu przyjmowała może zwykle łagodniejsze formy, ale istniała. Należała do uświęconego porządku stosunków odbywanych „po Bożemu”, czyli z męskiej inicjatywy i podobnych do siebie, polegających na penetracji i oszczędnych w pieszczoty. Ten porządek w jakiejś mierze podtrzymywały seksuologiczne autorytety, które […], wypowiadając się coraz częściej i śmielej, przypisywały jednak płciom ustalone role. Mniej więcej tak jak autorzy poradnika dla kobiet wiejskich z lat sześćdziesiątych: „Stroną kierującą w intymnym życiu małżeńskim jest mężczyzna, bo tak jest zbudowany i takie już jest prawo przyrody. Jednakże i kobieta nie może zachowywać się biernie, a tym bardziej okazywać niechęci do współżycia z mężem. Do obowiązków małżeńskich kobiety należy współuczestniczenie w zbliżeniu płciowym, a nawet troska o nadanie mu atrakcyjniejszej, bardziej estetycznej i higieniczniejszej oprawy.
Czysta pościel oraz czysta i możliwie ładna bielizna, wymyte i pachnące świeżością ciało, miły uśmiech i okazana szczera serdeczność na pewno wpłyną na wzajemne uprzyjemnienie pożycia małżeńskiego i przyczynią się do pełni przeżyć, łączących silną więzią obydwoje małżonków”.
Stosunki intymne często odbywały się w pomieszczeniu, w którym spali inni członkowie rodziny. Były więc ograniczone w czasie i ekspresji, co zresztą stanowiło odbicie logiki życia małżeńskiego, które zwykle nie miało charakteru partnerskiego. Z relacji lekarzy omawiających z pacjentkami te sprawy, można wnosić, że rzadkością była gra wstępna, a zakres kontaktu przeważnie był podporządkowany doraźnym męskim potrzebom.
Pragnienia czy obawy kobiety sporadycznie pojawiały się w polu wspólnego zainteresowania. W dużej mierze wynikało to z ogólnej szorstkości codziennego obcowania ludzi zmęczonych pracą, skupionych na konkretnych zadaniach i niestarających się wyrażać bardziej złożonych pragnień. W każdym razie taki obraz wyłania się z wielu relacji kobiet — dominujący model małżeństwa chłopskiego nie był obietnicą nie tylko spełnienia seksualnego, lecz także bezpieczeństwa cielesnego. Kobieta urodzona w 1938 r. we wsi pod Wadowicami, zaznawszy życia w wielodzietnej rodzinie, której ojciec był surowy, a matka udręczona i chora, wyznawała, że naprawdę boi się wyjść za mąż.
Antykoncepcja
Skoro mężczyzn uważano za naturalnych inicjatorów seksu, przypisywano im inicjatywę w sferze ściśle z nim powiązanej — antykoncepcji. Do lat siedemdziesiątych, jeśli partnerzy chcieli uniknąć ciąży, większość odbywanych stosunków miała charakter przerywany, czyli były kończone przez mężczyznę tuż przed ejakulacją. Ten sposób, nazywany wśród łódzkich robotników „odrywaniem się”, stanowił podstawową formę antykoncepcji, choć obciążoną moralnie, bo powodujący „marnowanie się” nasienia. W ankiecie przeprowadzonej wśród pacjentek kliniki kobiecej w Lublinie w 1958 r. 65 proc. deklarowało stosowanie właśnie takiej formy antykoncepcji, a około 25 proc. — używanie środków mechanicznych i chemicznych. Na początku lat siedemdziesiątych stosunek przerywany uprawiało około połowy par chcących się „zabezpieczyć”, ale dekada gierkowskiej modernizacji przyniosła spadek tej praktyki do około 35 proc. w 1977 r. (i 22 proc. w ankiecie przeprowadzonej w Krakowie w 1979 r.), po czym nastąpił wspominany już niezwykły wzrost do ponad połowy deklaracji. Stosunek przerywany pozostawiał mężczyźnie odpowiedzialność za jego skuteczny przebieg, odbierając kobiecie kontrolę nad seksem i zmniejszając zwykle satysfakcję obydwu stron. A jednak z jakiegoś powodu mężczyźni mniej chętnie używali prezerwatywy — pod koniec lat siedemdziesiątych jej stosowanie deklarowało około 18 proc. par. Być może wydawało się, że wyraźniej narusza ona religijne normy niechętne antykoncepcji, chociaż już na początku lat sześćdziesiątych jej stosowanie uznawało za niemoralne tylko 17 proc. pytanych o to mieszkańców wsi. Zapewne wstydzono się samego zakupu prezerwatyw, a może po prostu nie wierzono w jakość przemysłu gumowego PRL.
Kontrola kobiet nad prokreacją polegała na stosowaniu kalendarzyka małżeńskiego, w którym zaznaczało się dni płodne. Ta metoda, zalecana przez Kościół, stała się powszechniejsza w latach sześćdziesiątych. Był to okres wielkiego konfliktu między Kościołem a państwem, który obejmował sprawy prokreacji. Z punktu widzenia hierarchii kościelnej wspierane przez państwo akcje uświadamiające i poradnie K wpisywały się w ogólne dążenie do wykorzenienia etyki katolickiej i laicyzacji społeczeństwa.
Wiele wskazuje na to, że seks w stałym rytmie wieczornym był dogodny dla kobiet, jeśli same decydowały się zabezpieczyć przed niechcianą ciążą. Od schyłku lat pięćdziesiątych mogły kupić w aptekach środki zapewniające im względną kontrolę nad prokreacją.
Były one jednak dość uciążliwe — wymagały sekretnych zabiegów i interwencji w ciało, od których mężczyźni czuli się wolni i nie chcieli o nich wiedzieć. Kobiety natomiast musiały przestrzegać czystości tamponów, krążków czy kapturków, przechowywać je w specjalny sposób, sterylizować, nasączać, biegle umieszczać i wyjmować w odpowiednich porach. I liczyć na ich skuteczność.
Około 1960 roku płyn antykoncepcyjny Amo sprzedawano w butelce przypominającej flakon perfum, co miało zapewne zmniejszyć niepokój związany z jego stosowaniem. Płynem nasączało się tampon, wykonany z gazy i zaopatrzony w długi sznurek — fabryczne tampony były jednak trudno dostępne, dlatego w poradnikach wyjaśniano, jak można je wykonać samodzielnie.
Nasączony tampon należało wsunąć na tyle głęboko do pochwy, by wypełnił ujście szyjki macicy. „Tampon najwygodniej zakładać przy wieczornym myciu” — instruowano, wskazując tym samym na typowy rytm kontaktów seksualnych. Tampon był jednorazowy i należało pamiętać, aby usunąć go kilka godzin po stosunku. Zamiast niego można było stosować wielorazową nylonową gąbkę nasmarowaną kremem Proven. Po użyciu należało ją wygotować dla odkażenia. Innymi środkami były pieniące się tabletki Non, które rozpuszczając się w pochwie, hamowały drogę plemników. Podobnie działały globulki. Natomiast zestawy Proven sprzedawano „w estetycznym i dyskretnym opakowaniu”, czyli kraciastej saszetce wyglądającej jak kosmetyczka. Wewnątrz znajdował się elastyczny krążek (o wielkości dobranej przez lekarza) oraz tubka kremu, który nakładało się po jego wklęsłej stronie. Dodatkowo można było użyć okazałej szklanej strzykawki i nałożyć krem. Poza krążkami sprzedawano podobnie działające gumowe kapturki, również dobierane przez lekarza. Te metody nie były zupełnie skuteczne, wiele zależało bowiem od dobrego osadzenia krążka czy kapturka, który zresztą mógł się przemieścić podczas stosunku i nie spełnić swego zadania. Pozostawało zatem uczucie niepokoju — może lekkiego, ale wpływającego na doznania kobiety. Kłopoty bywały także ze spiralami antykoncepcyjnymi wzorowanymi na Lippes Loop amerykańskiego ginekologa Jacka Lippesa. Ich polskie odpowiedniki łatwo pękały.
Regres w latach 80.
Lepszym środkiem mogła być hormonalna antykoncepcja doustna, opracowywana na Zachodzie od połowy lat pięćdziesiątych.
Wieści do niej docierały do PRL w następnej dekadzie, a same środki pojawiły się w czasach Gierka. Pod koniec lat siedemdziesiątych ich stosowanie deklarowało jednak zaledwie kilka procent par. Problem polegał nie tylko na dostępności, lecz także efektach ubocznych.
Pojawiły się więc publicznie oczekiwania wprowadzenia pigułek dla mężczyzn. W latach osiemdziesiątych nastąpił ogólny regres w kwestii dostępności antykoncepcji. Rzecz jasna stosunek do niej — jak i do samego seksu — był ściśle związany z cechami społecznymi partnerów. Obrazowała to ankieta z 1981 r., wedle której na przykład uprawianie stosunku przerywanego stawało się rzadsze wraz ze wzrostem wykształcenia (taką metodę antykoncepcji deklarowało prawie 60 proc. ankietowanych wśród osób z wykształceniem niepełnym podstawowym, a z wyższym — około 25 proc.) — wśród osób najgorzej wykształconych stosowanie środków doustnych i spiral było bliskie zera, a sięgało 35 proc. wśród inteligencji. Istniała też korelacja postaw wobec seksu z religijnością. Jak wynikało z różnych ankiet, wśród katoliczek szczególnie silne było powiązanie erotyki z lękiem i zapewne dlatego kobiety deklarujące się jako gorliwe religijnie odczuwały wyjątkowo mało satysfakcji we współżyciu (a może z powodu swej religijności nie chciały się przyznać?).
Na marginesie — z badań wśród kobiet różnych wyznań przeprowadzonych w USA wynikało, że tylko katolicyzm powoduje dostrzegalne obniżenie zdolności kobiet do przeżywania orgazmu. Wśród ankietowanych robotnic wrocławskich blisko jedna trzecia nie przeżywała go nigdy, ale tylko osiem procent mówiło o tym partnerowi. Stanowiło to dowód na niewielką komunikację w zakresie seksu — zresztą mówienie o tego rodzaju potrzebach ciała było trudne w badanej społeczności. Otóż dziesięć procent kobiet przyznało się do masturbacji, ale ogólnie biorąc, „chętniej udzielały informacji nawet o stosunkach pozamałżeńskich niż o masturbacji, gdyż wiele uważało masturbację za zboczenie”. Tu można dodać, że praktyka ta należała w ogóle do najrzadziej ujawnianych, także dlatego, że uchodziła za zastępczą wobec „prawidłowego” seksu, za dowód kryzysu życiowego. W ten sposób została zobrazowana — a mówimy o niezwykle rzadkim przedstawieniu — w filmie Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni” (1978), w którym masturbuje się kobieta w kryzysie małżeńskim.
Fragment książki Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL„, wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy
Okładka książki Błażeja Brzostka „Życie codzienne kobiet w PRL”
Foto: Materiał prasowy

