Minister finansów Sławomir Mentzen, minister spraw zagranicznych Grzegorz Braun, minister kultury Krzysztof Bosak? To nie jest ani political fiction, ani prognoza wyborcza. Po kolejnych wyborach parlamentarnych rząd mogą stworzyć PiS, Konfederacja i jej przystawki. Polska polityka udowadnia, że wszystko jest możliwe, więc czas zastanowić się, jakie mogą być konsekwencje dopuszczenia populistów do władzy.
Może właśnie przez te rządy prowadzi droga do powstrzymania różnej maści ekstremistów i populistów? Ta myśl przyszła do mnie, gdy wgryzłem się w przyczyny upadku holenderskiej rady ministrów. Dwa lata temu wybory wygrała tam Partia Wolności (PVV). Jej szef Geert Wilders od lat robi karierę na skrajnie ksenofobicznych, antymuzułmańskich hasłach – Mahometa nazwał pedofilem, Koran porównał do „Mein Kampf”. Dostawał tyle gróźb śmierci, że został objęty stałą ochroną. W Polsce skrajna prawica miała twarz Janusza Korwin-Mikkego, gdy Wilders był już nazywany najgroźniejszym człowiekiem w Europie. Takiego sukcesu jak w 2023 r. nie odniósł jednak nigdy. 37 miejsc w 150-osobowej niższej izbie parlamentu zmuszało, jak to w Holandii, do szukania koalicjantów, ale też dawało najsilniejszą pozycję. Tylko co z tego, skoro niektórzy nie chcieli w ogóle z Wildersem rozmawiać (w niderlandzkim parlamencie zasiada 15 ugrupowań), a inni grymasili.
Dopiero po sześciu miesiącach negocjacji PVV udało się sklecić koalicję z konserwatywnymi liberałami (VVD), chadekami (NSC) i agrarnymi populistami (BBB). Partnerzy nie zgodzili się, by to Wilders stanął na czele rządu, kompromisowym premierem został bezpartyjny biurokrata Dick Schoof, od lat pełniący różne funkcje w służbie cywilnej (był szefem agencji antyterrorystycznej, szefem służb bezpieczeństwa i sekretarzem generalnym w ministerstwie sprawiedliwości). To taka niderlandzka wersja „premiera technicznego”, bardziej administratora niż ideologa.





