Dobrze ubrany, wygadany, ale dziesiątki już takich widziałem. A tu nagle bum, pierwsza liga. I podejrzewam, że to nie jest szczyt jego ambicji — mówi o Zbigniewie Boguckim polityk PiS.
No więc go wykończyli. Ja chyba nawet domyślam się kto, ale nie powiem — tak Donald Tusk skomentował odejście Sławomira Cenckiewicza z Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Niby zrobił to na własną prośbę i w trosce o Polskę oczywiście, ale cała polityczna Warszawa huczy, że za „odstrzeleniem” Cenckiewicza stoi reszta prezydenckiej załogi, a najbardziej przyczynił się do tego Zbigniew Bogucki. To jego bojowy chrzest na „cyngla” w poważnej politycznej rozgrywce.
Bo Cenckiewicz to nie byle kto. Uchodzi przecież za ojca kariery Karola Nawrockiego. Najpierw promował bardzo przeciętnego gdańskiego historyka bez dorobku na stołek dyrektora Muzeum II Wojny Światowej, potem do IPN, a w końcu do pałacu. Prezydent liczył się z jego zdaniem bardzo, a moi rozmówcy z rządu śmieją się, że Nawrocki nawet „mówi Cenckiewiczem”.
— Zaskoczony jestem, jak bardzo Zbyszek się wyostrzył w ostatnich miesiącach — mówi polityk PiS. — Może to wpływ prezydenta, a może w końcu zrozumiał, o co chodzi w tej zabawie.
— Kiedy w 2023 r. dostał się do Sejmu, wyglądał raczej na pracowitego gościa z tylnego rzędu i do głowy by mi nie przyszło, że będzie gwiazdą — wspomina doświadczony poseł partii Kaczyńskiego. — Dobrze ubrany, wygadany, chciał być zauważony, więc biegał do mediów, a te od razu go polubiły. Ale dziesiątki takich widziałem, a tu nagle bum, pierwsza liga. I podejrzewam, że to nie jest szczyt jego ambicji.
***
Jeszcze trzy lata temu o Zbigniewie Boguckim nie słyszała nawet spora część polityków PiS. Był sobie wojewodą na zachodniopomorskich kresach, ale ani skąd się wziął, ani jakie ma plany, ani jakie plany ma wobec niego prezes — nikt nie wiedział.
Pochodzi z niewielkiej miejscowości Góra na Dolnym Śląsku, gdzie jego ojciec przez lata był — a po ostatnich wyborach znów jest — starostą i po którym odziedziczył przynależność do PiS. Na studia pojechał do Szczecina, skończył prawo i przez jakiś czas próbował sił w zawodzie, ale z mizernym skutkiem. Odwrotnie żona, która niczym nadzwyczajnym się nie wyróżniała w prokuraturze rejonowej, by nagle w 2017 r. z pominięciem dwóch szczebli trafić prosto do Prokuratury Krajowej. Stowarzyszenie Iustitia w raporcie „Królowie życia w prokuraturze »dobrej zmiany«” wymienia ją jako beneficjentkę rządów Zbigniewa Ziobry.
To prokurator Dziedzic-Bogucka nadzorowała śledztwo w sprawie senatora KO Stanisława Gawłowskiego, co wywołało poważne wątpliwości, bo w tym samym czasie jej mąż był już radnym PiS. Wyłączyła się na pewnym etapie śledztwa z tej sprawy, a Gawłowski został w I instancji skazany w tak zwanej aferze melioracyjnej za korupcję na 5 lat więzienia. Wyrok jest nieprawomocny, senator złożył apelację.
Do zeszłego roku — jak wynika z poselskiego oświadczenia majątkowego — Boguccy dorobili się z żoną czterech mieszkań wartych ok. 2,5 mln zł. Bogucki ani w prokuraturze, ani w kancelarii nie zabłysnął, więc porzucił prawo dla polityki. Wielokrotnie próbował się dostać do samorządu i do Sejmu, aż w 2018 r. został radnym wojewódzkim. Dwa lata później to wiceszef MSWiA Paweł Szefernaker rekomendował Boguckiego na wojewodę zachodniopomorskiego.
To doskonała posada, żeby robić polityczny PR. Bogucki uwijał się jak mrówka przy dożynkach, przecinał wstęgi, a kiedy w 2022 r. doszło do katastrofy ekologicznej na Odrze, wrócił z urlopu i codziennie bez marynarki, w koszuli z podwiniętymi rękawami (znaczy, że polityk ciężko pracuje) na konferencjach prasowych relacjonował walkę.
Politycy konkurencji ze Szczecina śmieją się, że najbardziej wojewoda pokochał wtedy swoje ego. A było tak. Tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2023 r. na urzędzie wojewódzkim zawisło wyremontowane godło. Tuż pod lewą łapą białego orła na czerwonym tle znalazł się napis „Wojewoda Zachodniopomorski Z.B.”. Kiedy RMF opisał tę historię, Bogucki z pełną powagą tłumaczył, że po pierwsze podpis nie jest na godle czy na tarczy herbowej, bo to nie jest tarcza herbowa, tylko „przestrzeń wewnątrz kartusza pomalowana na czerwono”, a poza tym napis jest malutki. — Przyjętym powszechnie zwyczajem jest, że na ważnych, nowych albo rewitalizowanych obiektach umieszcza się datę/rok powstania lub rewitalizacji z oznaczeniem fundatora lub organu, za czasów którego miało to miejsce, w formie tablicy albo np. inskrypcji, jak jest w tym przypadku — wyłuszczył były już wojewoda Bogucki.
Lubi dużo słów. Najlepiej wielkich, nawet jak tłumaczy sprawy wagi lżejszej: konstytucja, imperatyw patriotyczny, tożsamość narodowa…
Po jego urzędowaniu w Zachodniopomorskiem zostały dwie sprawy w prokuraturze. Jedna to sprawa gadżetów ewidentnie wyborczych z nazwiskiem wojewody opłaconych z budżetu covidowego. Doniesienie do prokuratury złożył Stanisław Gawłowski, który wyliczał, że ponad 140 tys. zł poszło na 550 kubków termicznych z napisem „Zbigniew Bogucki Wojewoda Zachodniopomorski”, na zakup 250 termosów również z takim napisem; na powerbanki, maskotki i kredki. Druga sprawa to doniesienie Najwyższej Izby Kontroli także w związku z epidemią COVID-19. W Szczecinie powstał jeden ze szpitali tymczasowych, który w czasie epidemii nie przyjął ani jednego pacjenta. Kosztował ponad 29 mln zł.
Sprawy pewnie będą toczyć się długo, ale wojewoda Bogucki tak się wypromował, że z piątego miejsca na liście PiS osiągnął drugi wynik i bez problemu wszedł do Sejmu.
***
Idealnie trafił w czas i miejsce, bo akurat Jarosław Kaczyński szukał kandydata na kandydata do każdego miejsca. Jego faworyt ma być względnie młody, czyli młodszy od prezesa, o co nietrudno, atrakcyjny, ma znać języki, sprawiać wrażenie obytego i — co najważniejsze — nie mieć opatrzonej w polityce twarzy i nazwiska. W PiS się śmieją, że fizjonomia subiekta Rzeckiego z „Lalki” sprawia, że Kaczyński uważa Boguckiego za człowieka wysokiej kultury, ulepionego z lepszej gliny, godnego urzędów.
— Zbyszek dobrze wie, jak mówić, żeby się przebić do ucha prezesa — mówi polityk PiS z podziwem. Bogucki nigdy nie wychodzi przed szereg, kiedy pojawia się jego nazwisko w kontekście potencjalnych stanowisk, jest skromny, niemal uniżony, a jednocześnie okłada Tuska dokładnie w takim stylu, jak Kaczyński tego sobie życzy. — Prezes naprawdę lubi patrzeć, jak Bogucki atakuje premiera. Gdy podczas debaty o kryptowalutach albo o SAFE Zbyszek wszedł na sejmową mównicę i po prostu ich zmiażdżył, dawno nie widziałem tak uradowanego Kaczyńskiego.
Bogucki nie tylko mówi, ale też chodzi tak, by zadowolić Kaczyńskiego. Dziesiątego dnia każdego miesiąca jest pod pomnikiem smoleńskim razem z prezesem. W swoim CV podkreśla, że „był członkiem Społecznego Komitetu Budowy Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego”. Doskonale wie, że kontakty z Nowogrodzką są na razie kluczowe. Dlatego nie odmawia prezesowi ani nie kręci nosem. Kiedy dwa lata temu PiS nie miało kogo wystawić na prezydenta Szczecina, podjął rękawicę, choć był to start skazany na porażkę. Prezes to docenił i w nagrodę Bogucki dostał szefowanie szczecińskiej strukturze partii.
— Zbyszek zaskakująco dobrze radzi sobie z prezesem, bo wie, że taki kontakt otwiera wiele drzwi kariery. Ma w sobie wystarczająco dużo szacunku i uniżoności, prezes nie widzi w nim arogancji, nie każe się o nic prosić, po Mastalerku przy Dudzie to naprawdę odświeżające — tłumaczy mój rozmówca z PiS.
Prezes Kaczyński miał bardzo złe doświadczenia z Marcinem Mastalerkiem, zapewne także dlatego bardzo sobie ceni telefony od Zbigniewa Boguckiego i to, że szef kancelarii na razie nie zasugerował nawet, że mógłby być wobec prezesa nielojalny.
— On pojawił się w dyskusjach i o prezydenturze, i o premierostwie nie przypadkiem — tłumaczą politycy PiS. — Dał się zauważyć prezesowi, bo niemal natychmiast poszedł się bić z Tuskiem.
***
Jeden z polityków śmieje się, że Bogucki wszystko zawdzięcza Koalicji Obywatelskiej. — Jest ze Szczecina, tak samo jak dwóch największych zakapiorów Tuska: Nitras i Arłukowicz. Po prostu od razu wiedział, że musi iść na zwarcie, a oni doskonale się do tego nadają, bo też nie schodzą z placu, i takie starcia zawsze są widowiskowe.
Do pałacu prezydenckiego trafił trochę z przypadku, bo nic nie wskazywało na to, że tak szybko przebije się do pierwszej politycznej ligi. Kaczyński po wygranych wyborach oczywiście chciał obsadzić otoczenie prezydenta ludźmi wiernymi partii, bo może i Karol Nawrocki udawał niezależnego kandydata w kampanii, ale przecież prezes nie zamierzał udawać, że jest on niezależny nadal. Nawrocki uparł się na Cenckiewicza i na Jarosława Dębowskiego (przyszedł z nim z IPN). Prezes uznał, że przy samym prezydencie też chce mieć co najmniej dwóch swoich ludzi. Zaproponował Przemysława Czarnka na szefa kancelarii i Pawła Szefernakera na szefa gabinetu (Dębowski został w końcu jego zastępcą). Jednak Czarnek doszedł do wniosku, że prezydencka kancelaria to nie jest miejsce, z którego można toczyć poważną partyjną rozgrywkę. Rzeczywiście nie da się być jednocześnie szefem Kancelarii Prezydenta i kandydatem prezesa na premiera.
Prezes musiał kogoś do pałacu wsadzić i postawił na Boguckiego. Nie bez zasięgnięcia rady u swojego najwierniejszego wiceprezesa Joachima Brudzińskiego. Brudziński co prawda zniknął w ostatnich latach z pierwszej linii frontu i zaszył się w Brukseli, ale nadal jest tym, który organizuje prezesowi wakacje, a to w PiS coś znaczy. Brudziński był politycznym mentorem i protektorem Pawła Szefernakera, a Szefernaker wciągnął do dużej polityki Boguckiego, i tak politycy ze Szczecina przejęli otoczenie prezydenta.
***
Czy to pod Kaczyńskim, czy pod Nawrockim, Bogucki doskonale wie, że kluczem do kariery jest strzelanie do wszystkich, którzy znajdują się po przeciwnej stronie barykady. Żadnych układów, paktowania, zawieszenia broni.
Gdy po prezydenckim wecie wobec programu SAFE przyjechał na posiedzenie rządu, część ministrów była pewna, że to misja z gałązką oliwną.
— Wydawało się, że uwalenie ustawy to jakaś gra Nawrockiego, że padnie coś w rodzaju: „dobra, zawetowaliśmy, ale rozumiemy, że trzeba ten program przyjąć, dorzućcie coś do ustawy albo zapiszcie inaczej i prezydent to klepnie”. Ale gdzie tam. Bogucki zaczął na nas krzyczeć i straszyć odsiadką. Nawet najbardziej przyjaźnie nastawieni ministrowie byli w szoku — opowiada nam uczestnik posiedzenia rządu.
Bogucki wali w politycznych przeciwników, nie dzieląc włosa na czworo. Zdaniem młodszego o niemal ćwierć wieku prezydenckiego ministra Tusk „albo nie rozumie polityki, albo jest jeszcze gorzej”, „podprogowo wpisuje się w ruską narrację”. Pyta też retorycznie, czy działania premiera czynią z niego „idiotę”, czy „zdrajcę”.
— Premiera to nawet chyba trochę bawi, bo docenia dobre starcia — mówi mi osoba z kancelarii Tuska. — Ale przecież nie z Boguckim dyskutuje Donald, tylko z Nawrockim. Bogucki to jest tylko przekaźnik, bardzo głośny i aktywny, ale przekaźnik.
Ciężko zbić go z tropu, bo gdy pada trudne pytanie (jak w sprawie prezydenckiej ustawy o kryptowalutach, którą Bogucki obiecał w grudniu i do tej pory jej nie ma), idzie w zaparte i albo odpowiada naokoło, albo zwyczajnie kłamie. Przy czym natychmiast zarzeka się: „Proszę nie zarzucać mi kłamstwa”.
Kryptowaluty to właściwie pierwsza rafa, jaką napotkał w swojej krótkiej karierze w dużej polityce. To Bogucki odpowiada bowiem za wszystkie prezydenckie weta i projekty ustaw wychodzące z pałacu. Także za te dwie dotyczące rynku kryptowalut. Od kilkunastu dni to temat, który grzeje, dlatego Bogucki kluczy i wije się, jak może.
— Chciałem się z państwem spotkać, żeby przekazać także w imieniu pana prezydenta informacje na temat tego zalewu kłamstw na temat kryptowalut, kryptorynków. W istocie mówimy tutaj o kryptkokłamstwach rządu Donalda Tuska, jego ministrów, samego premiera i chyba jednak kryptorządu, bo tego rządu nie było w tej sprawie od samego początku. Rząd nie działał. Można powiedzieć, że to nie jest tylko rząd z tektury, tylko w ogóle tego rządu nie ma. To jest jakiś ukryty kryptorząd, który próbuje prowadzić różnego rodzaju narracje o charakterze politycznym, propagandowym, a jeśli chodzi o realne działania, które powinny podejmować służby, organy państwa, prokuratura, poszczególni ministrowie na czele z panem premierem, to tych działań nie ma — peroruje minister, słowem nie wspominając o prezydenckich wetach, które mocno utrudniają organom państwa (np. Komisji Nadzoru Finansowego) kontrolę nad rynkiem kryptowalut.
— A myślała pani, dlaczego on tak walczy? Przecież by się aż tak nie angażował, gdyby nie czuł smrodu wokół weta — słyszę od jednego z posłów PiS.
Na szczęście sprawa kryptowalut obciąża nie tylko prawnika-szefa kancelarii, ale po równo PiS i Nawrockiego (oraz Konfederację), więc Bogucki nie musi wybierać, wobec kogo ma być lojalny. Między Nowogrodzką a pałacem na razie nie ma sporu.
Nie ulega jednak wątpliwości, że w tej chwili numerem jeden polskiej prawicy jest Nawrocki i powszechne jest przekonanie, że jeśli za rok PiS wygra wybory, to nie Kaczyński wskaże kandydata na premiera. I nie namaszczony przez prezesa Przemysław Czarnek będzie faworytem w tym wyścigu, tylko Zbigniew Bogucki.
Prezydent jest przekonany o jego lojalności, prezes PiS go lubi, więc zaakceptuje, tak samo Konfederacja, bo nie obciąża go (jak Czarnka) udział w rządzie Mateusza Morawieckiego. Po prostu kandydat idealny.




