Biła się po pośladkach, ciągnęła za nos i uszy. Powtarzała przy tym: „moja wina, moja wina, moja wina!” — opowiada ojciec sześcioletniej Izy. Okazało się, że sposób, w jaki bije się po ciele, odpowiada temu, co robi z nią wychowawczyni w lubelskim przedszkolu, siostra zakonna.
O przedszkolu integracyjnym prowadzonym w Lublinie przez siostry ze Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia (potocznie: duchaczki) przeczytałam na Facebooku. Matka byłego przedszkolaka prosiła o kontakt rodziców dzieci, które chodziły do tej placówki. Pod postem pojawiło się kilkadziesiąt komentarzy. Pisali zadowoleni z pracy sióstr, ale też niezadowoleni ze sposobu traktowania dzieci.
Po stronie pierwszych powtarzały się pochwały o indywidualnym i serdecznym podejściu sióstr do każdego dziecka, domowych obiadach, dużym placu do zabaw na świeżym powietrzu. Niezadowoleni pisali o podziale na przedszkolaki lepsze i gorsze: w zależności od stopnia zaangażowania ich rodziców, np. w darmowe prace remontowe. Powtarzały się też informacje o rzekomej przemocy stosowanej przez siostry wobec dzieci.
Ktoś wspomniał o donosach na rodziców wysyłanych przez kanoniczki do rozmaitych lubelskich instytucji. „Porozmawiam, ale anonimowo. Boję się zemsty sióstr” — odpisywali autorzy negatywnych komentarzy, których pod ogłoszeniem na FB poprosiłam o kontakt. Część z nich zrezygnowała na etapie autoryzacji swoich wypowiedzi. Do zadowolonych z pracy sióstr, z którymi również chciałam porozmawiać, straciłam dostęp tydzień po publikacji ogłoszenia.
Matka byłego przedszkolaka, która prosiła o kontakt innych rodziców, musiała swój post usunąć po wezwaniu prawniczki Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego do zaprzestania naruszeń dóbr osobistych. Publikowała wprawdzie anonimowo, ale została zidentyfikowana przez zakon.
Takie same pisma otrzymali autorzy negatywnych opinii pod wizytówką przedszkola na Google. Pozostały tam wyłącznie wrzucane masowo tuż po pojawieniu się ogłoszenia na FB opinie z pięcioma gwiazdkami.
Moja wina!
Ojciec sześcioletniej Izy, która przez dwa lata chodziła do przedszkola kanoniczek, nie boi się pism przedprocesowych. — Wierzyłem, że te kobiety otoczą moje dziecko opieką. To przecież siostry zakonne! Kto, jak nie one, ma dawać swoim życiem świadectwo dobra i prawdy? — mówi.
Iza trafiła do tego przedszkola jako niespełna czterolatka. Wcześniej chodziła do trzech żłobków, ale wychowawczynie narzekały, że nie mogą sobie z nią poradzić: była nadmiernie ruchliwa, płaczliwa, bywała agresywna. Po zdiagnozowaniu autyzmu i orzeczeniu o potrzebie kształcenia specjalnego rodzice postanowili znaleźć dla niej dobre przedszkole integracyjne. Placówka prowadzona przez duchaczki wydawała się idealna: z małymi grupami, wykwalifikowanymi nauczycielami wspomagającymi i dodatkowymi zajęciami, m.in. z logopedą i psychologiem. No i pulą wolnych miejsc, co w Lublinie jest ewenementem.
— Siostry powtarzały, że dla dobra dziecka musimy im zaufać i robić to, co każą — wspomina ojciec Izy. — W przypadku córki musieliśmy się trzymać codziennej, twardej rutyny. Każde przekroczenie zasad miało być karane.
Po pierwszym dniu w przedszkolu Iza wróciła do domu z płaczem. Nazajutrz nie chciała wstać z łóżka, ubrać się ani wyjść z pokoju. Ojciec zabrał ją siłą. Siłą też przekazał szlochające dziecko opiekunce. „Przejdzie jej” — słyszał od sióstr. „Nie wpuszczamy nikogo do sal zajęciowych” — powtarzały, gdy chciał zobaczyć, jak Iza integruje się z grupą. — Kiedy pytaliśmy córkę, co się działo w przedszkolu, słyszeliśmy: „nie mogę o tym mówić” — wspomina ojciec Izy. — Pojawiły się u niej zachowania autoagresywne — dodaje. — Biła się po pośladkach, ciągnęła za nos i uszy. Powtarzała przy tym: „moja wina, moja wina, moja wina!”. Po długich rozmowach okazało się, że to, w jaki sposób bije się po ciele, odpowiada temu, co robi z nią wychowawczyni, siostra zakonna.
Donos i Niebieska Karta
Iza, podobnie jak wiele innych dzieci z autyzmem, sztywno trzyma się zasad. Nauczyła się, że nie wolno kłamać, i nigdy nie złapaliśmy jej na konfabulacji. Nie mieliśmy podstaw, żeby nie ufać dziecku — mówi ojciec Izy. — Zabraliśmy ją z placówki.
Po wypisaniu z przedszkola Iza zaczęła się dziwnie zachowywać: rzucała zabawkami, przeklinała albo zamykała się w sobie. Na widok kościoła, krzyża czy figurek świętych zastygała w przerażeniu. Psychiatra przepisała dziecku leki. — Do nowego przedszkola córka chodzi z przyjemnością, ataki autoagresji znikły, chętnie opowiada o zajęciach i zabawach z innymi dziećmi — mówi ojciec Izy. — Niestety, zabranie jej od sióstr kanoniczek nie oznaczało końca problemów. Tuż po odejściu z przedszkola dostaliśmy — z powodu doniesienia o rzekomym zaniedbywaniu dziecka — pismo z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Lublinie o konieczności przyjęcia w domu pracownika instytucji. Udało nam się ustalić, że MOPR zainteresował się nami z powodu donosu od siostry dyrektorki z przedszkola duchaczek. Odmówiliśmy współpracy z MOPR. Wierzyliśmy, że skoro nic nie mamy na sumieniu, nic nam nie grozi. Niestety dostaliśmy Niebieską Kartę — tym z automatu zazwyczaj kończą się doniesienia o przemocy wobec dziecka. Brak współpracy skutkował też rozprawą w sądzie rodzinnym, ograniczeniem władzy rodzicielskiej nad Izą i trwającym rok dozorem kuratorskim. Co miesiąc odpowiadamy twierdząco kuratorce na te same pytania: czy dziecko ma opiekę psychologa, psychiatry, logopedy. Zdarzają się też pytania zaskakujące, np. czy śpimy z dzieckiem. Pokornie na wszystkie odpowiadamy. W tyle głowy czai się lęk, że ktoś może nam zabrać córkę.
Zabierzcie stąd dziecko!
Mama pięcioletniego Ignacego błyskawicznie odpowiedziała — przed zniknięciem z FB postu o poszukiwaniu rodziców przedszkolaków — na moją prośbę o kontakt. „Dzieci z orzeczeniem to zastrzyk gotówki dla sióstr — napisała. — Kwota subwencji na zapewnienie odpowiednich warunków nauki zależy od rodzaju niepełnosprawności dziecka. W naszym przypadku — u syna zdiagnozowano autyzm — to 4 tys. zł miesięcznie. Przesyłane bezpośrednio na konto przedszkola”.
Umówiłyśmy się w kawiarni w centrum Lublina, kilkanaście minut drogi do klasztoru sióstr kanoniczek. — Syn późno zaczął mówić — opowiadała mama Ignacego. — Kiedy po raz pierwszy zaprowadziliśmy go do przedszkola sióstr, miał trzy lata. Porozumiewał się krótkimi zwrotami, ale pozostawał w kontakcie. Przez trzy tygodnie było OK. Potem zaczął się dramat: nie chciał się myć, ubierać, wychodzić z domu. Na pytania, co się dzieje w przedszkolu, odpowiadał, że to tajemnica. I wył z rozpaczy, kiedy wieźliśmy go do sióstr. Któregoś dnia, wychodząc z przedszkola, spotkaliśmy przechodzącego obok mężczyznę z dwójką dzieci. Powiedział: „Radzę wam, jak najszybciej zabierzcie stąd dziecko!”.
Wytłumaczyli sobie: widocznie przedszkole nie jest dla wszystkich. A zasady u sióstr były twarde: zostawiasz dziecko w szatni i nie masz wpływu na to, co się dzieje dalej. Mamie Ignacego raz udało się wejść do jednej z sal. Ignacy siedział sam. W tym czasie pozostałe dzieci bawiły się na podwórku. Siostry nie odpowiedziały, dlaczego odseparowały syna od grupy. Nie umiały też odpowiedzieć na pytania o powody smutku dziecka, jego rosnącej niechęci do wychodzenia z domu i dziwnych zachowań związanych z wiarą katolicką. — Po powrocie do domu syn non stop powtarzał fragmenty „Ojcze nasz” — wspomina mama Ignacego. — Każdego dnia klękał też i za coś przepraszał. Co noc, o trzeciej nad ranem budził się z krzykiem: „diabeł!”. Po kilku miesiącach doszło coś jeszcze: zaczął bić się po pupie, ciągnąć za uszy i nos. Powtarzał przy tym imię siostry opiekującej się jego grupą. Nie było na co czekać: zabraliśmy go z placówki.
Przeprosiliśmy, wybaczył
Dalsza historia rodziny Ignacego przypomina to, co spotkało rodziców Izy. Kilka tygodni po zabraniu dziecka z przedszkola kanoniczek do lubelskiego MOPR wpłynęło pismo od siostry dyrektorki. A w nim zarzuty o zaniedbywanie przez rodziców Ignacego, głodzenie go i bicie. — Przyjęliśmy w domu pracownicę opieki, która sprawdziła, czy synowi nie dzieje się u nas krzywda — mówi mama Ignacego. — Mimo że nie miała żadnych zastrzeżeń, MOPR założył nam Niebieską Kartę. Usłyszeliśmy, że zarzuty w donosie były na tyle poważne, że nie można ich ignorować. Trzy miesiące później do naszych drzwi zastukał kurator. Ustanowiony zdalnie i bez naszej obecności przez sąd rodzinny. Podczas rozmowy powtarzał zarzuty z donosu siostry dyrektorki.
Kurator odwiedza ich raz w miesiącu, wpada na kwadrans. Sprawdza, czy Ignacy dobrze się rozwija, ma zabawki, książeczki, ubrania. Czasem zagląda do lodówki. — Odliczamy kolejne miesiące do końca jego wizyt — mówi mama Ignacego. — Zgłosiłam się do kierowniczki MOPR z prośbą o udostępnienie treści donosu, ale odmówiono mi wszelkich informacji. Wiem tylko, że siostry na bieżąco obserwują losy naszego syna. Znają np. adres szkoły, do której chodzi.
A Ignacy świetnie się rozwija. Jest najlepszym uczniem w klasie. Pięknie pisze, rozwiązuje zadania matematyczne dla starszych klas. Mówi całymi zdaniami, ma bogate słownictwo. — Kiedy wspominamy przedszkole kanoniczek, wpada w złość — mówi mama Ignacego. — Przeprosiliśmy, że nie zabraliśmy go stamtąd wcześniej. Przebaczył. Sami sobie nie jesteśmy jednak w stanie wybaczyć, że uwierzyliśmy w dobre intencje sióstr.
Szczera do bólu
Strata zaufania dziecka to najwyższa cena, jaką rodzic może zapłacić za nietrafione decyzje — przyznaje ojciec siedmioletniej Agnieszki. — Córka była w przedszkolu u sióstr zaledwie trzy tygodnie, ale do dziś odbudowujemy jej zaufanie.
U Agnieszki wcześnie zdiagnozowano zespół Aspergera. Już jako czterolatka płynnie czytała, liczyła. Gorzej z umiejętnościami społecznymi. Dofinansowany przez gminę pobyt w przedszkolu duchaczek miał być sposobem na naukę relacji międzyludzkich. Początkowo siostry wydawały się miłe. Ta pozłotka — jak mówi ojciec Agnieszki — szybko jednak zeszła. Pojawiły się nieporozumienia. „Córka potrzebuje dyscypliny — mówiła siostra dyrektorka. — Do niektórych rzeczy, np. sikania w konkretnej toalecie, trzeba córkę zmusić”.
„Warto dać jej więcej czasu na adaptację. Czasem trzeba nawet roku, żeby się do czegoś przekonała” — odpowiadał na to ojciec dziewczynki.
Któregoś dnia odbierał ją wcześniej. Córka przestraszyła się czegoś, biegła w jego stronę i płakała. Siostra (ta sama, którą o rzekomą przemoc oskarżają rodzice Izy i Ignacego) złapała ją za nadgarstki, potrząsnęła i krzyknęła kilkakrotnie: „przeproś!”.
Dwa dni później siostra dyrektorka zaprosiła rodziców Agnieszki na spotkanie. Usłyszeli, że córka jest agresywna, stanowi zagrożenie dla reszty dzieci i trzeba ją wychować. „Najlepsze dla dziecka byłoby podawanie leków psychotropowych” — oświadczyła siostra dyrektorka. Ojciec Agnieszki poszedł z dzieckiem do specjalisty, który stwierdził, że nie ma sensu podawać psychotropów. W międzyczasie córka zaczęła się skarżyć, że siedzi sama, odizolowana od reszty dzieci. Powtarzała też, że siostry nie reagują, kiedy grupa wyzywa ją od głupich. Jeden z chłopców miał ją dusić. — Zapytałem o to siostrę, ale odpowiedziała, że nic takiego nie miało miejsca — mówi ojciec dziewczynki. — Córka zawsze była szczera do bólu. Nie rozumiałem, dlaczego miałaby kłamać. Kilka dni później wypisałem ją z placówki.
Przez kilka dni odbierał maile, SMS-y i telefony od sióstr. Wzywały go do stawienia się w przedszkolu, zwrotu pieniędzy za rzekomo zniszczone zabawki. — A potem zadzwonił telefon z MOPR o konieczności wpuszczenia do domu pracownika ośrodka. Powód: donos o tym, że w naszym domu dochodzi do przemocy wobec dziecka — wspomina ojciec Agnieszki. — Nikogo nie wpuściłem, a kilka dni później zgłosiłem się do MOPR z żądaniem podania źródła i treści donosu. Udało mi się ustalić — pracownica ośrodka pozwoliła zerknąć na treść maila — że informacje o tym, że źle wychowujemy dziecko, zostały wysłane z adresu siostry dyrektorki i przez nią zostały podpisane.
Na szczęście po rozmowie z kierownictwem MOPR procedura Niebieskiej Karty nie została uruchomiona wobec rodziców Agnieszki.
Mnieście uczynili
Siostra Pia Kaczmarczyk, odpowiedzialna za kontakt Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego z mediami, twierdzi, że dzieci w lubelskim przedszkolu nigdy nie doświadczyły jakichkolwiek form przemocy ze strony sióstr. Nigdy nie były też karane odosobnieniem od grupy.
„W przedszkolu obowiązują Standardy Ochrony Małoletnich oraz Polityka Ochrony Dzieci, które są publicznie dostępne na stronie internetowej kanoniczki.org.pl — pisze w mailu siostra Pia Kaczmarczyk. — W preambule dokumentu odwołujemy się do słów Ewangelii: »Wszystko cokolwiek zrobiliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25.40)«. Te słowa stanowią ważny fundament wychowawczy naszego przedszkola i inspirują sposób codziennej pracy z dziećmi i ich rodzinami”.
Na pytanie o ingerencję sióstr w życie rodzin przedszkolaków dostaję zapewnienie, że personel placówki ma obowiązek reagowania w sytuacjach, które mogą budzić niepokój o dobro lub bezpieczeństwo dziecka. Przepisy nakładają na personel obowiązek podjęcia działań już na etapie uzasadnionego podejrzenia krzywdzenia dziecka. Brak reakcji może się wiązać z odpowiedzialnością karną.
„Wszelkie informacje dotyczące ewentualnych zgłoszeń wynikających z troski o bezpieczeństwo dzieci podlegają szczególnej ochronie, dlatego przedszkole ich nie ujawnia — pisze siostra Pia. — Na przestrzeni ostatnich 12 lat skierowano do właściwych instytucji cztery pisma wynikające z uzasadnionych obaw o dobro dziecka. Moment podjęcia odpowiednich działań zależał od indywidualnych okoliczności. Zdarzały się sytuacje dotyczące dzieci zapisanych do przedszkola na długi czas, ale też uczęszczających do placówki kilkanaście dni. W niektórych przypadkach niepokój kadry budziły sytuacje związane z nagłym pogorszeniem funkcjonowania dziecka, obrażeniami ciała czy wypowiedziami — w tym wulgaryzmami — wymagającymi szczególnej uwagi. Działania podjęte przez przedszkole nie miały jednak związku z nagłym wypisaniem dziecka z placówki. Nigdy nie miały też charakteru odwetu, represji, ingerencji w życie rodziny. Personel przedszkola nigdy nie dzielił też dzieci — w zależności od zaangażowania ich rodziców np. w prace remontowe — na lepszych i gorszych. Wszystkie dzieci są traktowane z jednakową troską i uwagą. Nie wykluczamy, że część pojawiających się w przestrzeni publicznej zarzutów może mieć związek z wcześniejszymi działaniami podejmowanymi przez przedszkole w trosce o dobro dziecka. Jednocześnie zaznaczamy, że rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji godzących w dobre imię pracowników przedszkola może skutkować podjęciem odpowiednich działań prawnych w celu ochrony dóbr osobistych”.
Sprawdzone przez przełożoną
Kilka dni przed oddaniem tego tekstu do druku na stronie Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia pojawiło się — powielone później przez media katolickie — oświadczenie sióstr na temat sytuacji w przedszkolu. „Wszelkie sygnały odnoszące się do dobra i bezpieczeństwa dzieci zostały potraktowane z najwyższą powagą i odpowiedzialnością. Przełożona Generalna niezwłocznie podjęła działania mające na celu weryfikację rozpowszechnianych informacji. Przeprowadzone rozmowy, analiza sytuacji oraz podjęte czynności wyjaśniające nie potwierdziły formułowanych publicznie zarzutów”.
Mniej więcej w tym samym czasie kanoniczki wrzuciły na swoje social media film z księdzem biskupem, który — pozując na tle przedszkola — przekonuje: „Rzecz wielką i dobrą, którą siostry robią, to prowadzą tutaj przedszkole. Również dla dzieci, które wymagają specjalnej uwagi, należności, opieki, i robią to perfekcyjnie”.
Ojciec Agnieszki zastanawia się nad oskarżeniem siostry dyrektorki o wykorzystywanie organów państwowych do prywatnej zemsty. W połowie maja rodzice Izy i Ignacego złożyli doniesienia na policję i do prokuratury o stosowanie przez siostry zakonne przemocy wobec ich dzieci. Wysłali również pisma z prośbą o przyjrzenie się funkcjonowaniu przedszkola sióstr kanoniczek m.in. do władz miasta, radnych i posłów z Lublina i okolic. Do momentu oddania tekstu do druku nie dostali żadnej odpowiedzi.
Dla dobra dzieci i ich rodzin zmieniłam niektóre szczegóły ułatwiające ich identyfikację





