Wojskowa parada z okazji 250-lecia armii USA, a przy okazji urodzin wodza naczelnego Donalda Trumpa, kosztuje podatników 45 mln dol. Większość z nich uważa, że pieniądze można było wydać sensowniej. Ale zwolennicy prezydenta są zachwyceni.
Możemy się śmiać z wojskowej parady Trumpa powielającej najlepsze wzorce dyktatur od Moskwy przez Pekin po Pjongjang, lecz jego twardy elektorat jest zachwycony. Większość wojskowych też. Prezydent naprawdę kocha śmiercionośne zabawki dla dużych chłopców. Raduje się, widząc równe szeregi maszerujących w nogę wojowników. Kocha wzniosłe gesty, hasła, symbole. Dlatego jesienią zeszłego roku zgarnął głosy 65 proc. weteranów, Kamala Harris – 34 proc. Wśród żołnierzy służby czynnej proporcja ta wynosiła 70 do 20. Nic dziwnego. 57 proc. wojaków to zarejestrowani republikanie. Z Partią Demokratyczną identyfikuje się zaledwie jeden na dziewięciu.
Liberałowie, owszem, przy każdej okazji deklarują szacunek dla najlepszych synów i cór ojczyzny strzegących bezpieczeństwa kraju, dziękują im za poświęcenie, wynoszą na piedestał, ale nie czują etosu. Starczy porównać obrazki z wizyt oficjeli w garnizonach. Republikanie są wyluzowani, pohukują wraz z żołnierzami „Hooah” (piechota, lotnictwo), „Ooroah” (piechota morska), „Hooyah” (marynarka, straż przybrzeżna), łechczą próżność, wcinają przysłowiową grochówkę.





