Ich listy potrafią być pikantne i erotyczne. Sobieski pisze o włosie łonowym Marysieńki, który obcałowuje i uznaje za najpiękniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widział.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Newsweek: Dlaczego wiele źródeł uznaje Jana III Sobieskiego i Marysieńkę za najsłynniejszy związek w historii Polski?
Kamil Janicki: Powód jest trywialny, bo wcale nie chodzi o samą relację, która była zresztą mocno toksyczna, ale o ich korespondencję, która się zachowała. Zwłaszcza listy Sobieskiego do Marysieńki — prywatne, wręcz intymne, pełne szczegółów, których na ogół w innych źródłach nie znajdziemy. Co ważne — nie znajdziemy ich nie dlatego, że ich nie podawano, tylko dlatego, że takie listy, co do zasady, po lekturze były palone. Po lekturze korespondencji między Janem II Kazimierzem a Ludwiką Marią Gonzagą, czyli mentorką Marysieńki, możemy przypuszczać, że ich listy były podobne, ale zachowało się ich jedynie około trzydziestu. W przypadku Sobieskiego mamy całe tomy, zwłaszcza po koronacji, kiedy wydawało się, że są już na szczycie władzy, listy stały się niesamowicie pikantne, erotyczne. To moment, kiedy znajdujemy długie wywody Sobieskiego o włosie łonowym Marysieńki, który obcałowuje i uznaje za najpiękniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widział. To korespondencja, która zbudowała mit.
To zburzmy ten mit. Dlaczego ich relacja była toksyczna?
— Może zacznijmy od początków, które z dzisiejszej perspektywy są dość ohydne. Gdy cała ta relacja się zaczyna, Maria Kazimiera d’Arquien ma zaledwie 14 lat. 26-letni magnat Jan Sobieski widzi ją na dworze i stwierdza, że musi poślubić.
W drugim etapie Marysieńka, która jest dwórką królowej Ludwiki Marii, wychodzi za mąż za magnata Jana Zamoyskiego, za jego plecami prowadzi z Sobieskim, który jest jej sąsiadem, długą i manipulatorską korespondencję, w której pojawia się m.in. wątek haremu, który utrzymuje Sobieski, przyjmując różne uciekinierki z ogarniętej wojną ówczesnej Ukrainy i zmuszając je w zamian za schronienie do czynności seksualnych.
Narzeka też na swego męża i deklaruje chęć ucieczki od niego właśnie z Sobieskim. Gdy tylko ten milknie, natychmiast robi mu awantury albo wysyła identyczne listy do obu mężczyzn, co jasno pokazuje, że nie mogła być szczera.
Co pisze do męża i adoratora?
— Do obydwu to samo — że jeśli nie będą jej poświęcać więcej uwagi, umrze z tęsknoty lub popełni samobójstwo. Podejrzewa, że pewnie już ją zastąpiła inna kobieta.
A jak oni reagują?
— Sobieski był jej oddany, więc w jego przypadku próby szantażu były bardziej udane. Inaczej wyglądało to w relacji z Janem Zamoyskim, potężnym magnatem, który sam się tytułował księciem. Na niego wiele argumentów zupełnie nie działało.
Sobieski był jej wierny? W jednym z listów pisał, że jego znajomi nie wierzyli, żeby dał radę ograniczyć się do jednej kobiety.
— Zanim poznał Marysieńkę, był z wieloma kobietami. Wiemy, że odprawiono nauczycielkę z dworu, bo zaszła z nim w ciążę i trzeba było szybko wydać ją za mąż. Po ślubie faktycznie nie mamy już informacji na temat ewentualnych romansów, ale czy to możliwe? Pamiętajmy, że są to czasy, kiedy wierność małżeńska na szczytach władzy była ewenementem.
A czy używanie kodów i pseudonimów w korespondencji też było czymś oryginalnym?
— To zależy. W przypadku Sobieskiego i Marysieńki był to m.in. zapis pewnej przemiany.
Gdy się poznają, on jest hulaką, ale później ona zaczyna mu podsyłać różne romantyczne książki pokazujące uduchowioną francuską miłość, które zresztą pożycza mu z biblioteki swego męża. To zmienia charakter tej korespondencji i sprawia, że zaczynają prowadzić ze sobą literacką grę. Ona się staje chłodną Astreą, on zabiegającym o jej względy Celadonem. A jej pierwszy mąż w pewnym momencie Fujarą.
Marysieńka lubi tę zabawę, ale warto pamiętać, że ona ma specyficzne podejście do języka polskiego. Jest Francuzką, urodziła się w starym, ale zubożałym rodzie d’Arquien, wychowała na dworze Ludwiki Marii Gonzagi, która kiedy została królową polską, poślubiwszy Władysława IV Wazę, zabrała czteroletnią Marysię do Polski. Władała polskim dużo lepiej niż jakakolwiek inna francuska dama dworu, ale często też używała bardzo prostego języka. Wręcz lubowała się w różnych wulgaryzmach, których nie spodziewalibyśmy się po jej wysokości.
Dlaczego historycy do dzisiaj nie rozszyfrowali wszystkich tych kryptonimów, którymi się posługiwali?
— Bo nigdy nie przeprowadzono wielkich badań na ich temat, nie zrobiono analizy porównawczej ani nie poświęcono im wymaganej do rozszyfrowania ilości czasu. A nie zrobiono tego, bo one nie mają żadnego znaczenia dla historii przez wielkie „H”. To korespondencja małżeństwa, które czyta pewne wspólne lektury i bawi się językiem. To, że rozszyfrujemy konkretne słowa, nie zmieni naszego postrzegania ich związku, a tym bardziej postrzegania Polski.
O czym są ich pierwsze listy?
— W najstarszym z zachowanych Marysieńka robi Sobieskiemu wyrzuty. On z kolei namawia ją do niewierności mężowi, ona nie może się na coś takiego zgodzić… Słowem: od początku sporo się u nich dzieje.
W momentach, gdy Marysieńka wydaje się bardziej otwarta na to, żeby pozbyć się męża, Sobieski traci zaangażowanie. Gdy ona nie odzywa się przez chwilę, on nagle nabiera ochoty, żeby rozbić jej związek. Mamy manipulację i toksyczność na wielu poziomach. Jest więcej i ostrzej, niż mógłby wskazywać na to pseudonim Marysieńka.
No właśnie, bo „Marysieńka” musi być przecież ciepłą, spokojną i dobrą kobietą.
— Tymczasem królowa Maria Kazimiera tak naprawdę była kobietą dumną, pyszną i nie pozwoliłaby sobie, żeby ktoś tak o niej mówił. Zresztą w społeczeństwie szlacheckim nie była szczególnie lubiana ani szanowana.
Pamiętajmy, że pochodziła z niższej szlachty. Owszem, wychowywała się na dworze Ludwiki Marii Gonzagi niczym jej przybrana córka, ale nią nie była. I całe życie łaknęła pochwał, honorów i pewnego statusu. Dlatego właśnie rozgrywała ludzi. Małżeństwo z Sobieskim z pewnością pomogło jej zrealizować największe życiowe pragnienia. Poza tym nie interesowała się racją stanu, co jest jednym z kluczy do zrozumienia dobrych relacji z mężem. Nie mówiła, z kim zawierać sojusze ani jak prowadzić sprawy państwa. Dla niej najważniejsze było wygodne życie oraz korzyści dla własnej rodziny. I dla tych rzeczy mogła manipulować.
Jak wyglądał ich ślub w 1665 r.?
— Finalnie Sobieski i Maria Kazimiera wzięli trzy śluby. Najpierw w kościele, potajemnie przyrzekli sobie wierność na osobności — ale to była tylko taka romantyczna zabawa. Po tym, jak w 1665 r. do pałacu dotarła wiadomość o śmierci Jana Zamoyskiego, który już od jakiegoś czasu nie mieszkał z żoną, Marysieńka oczekiwała szybkiego ślubu z ukochanym. Ale ten przerwał korespondencję.
I tu warto znać szerszy kontekst polityczny. To bowiem niezwykle burzliwy w dziejach Polski moment, kiedy rodzi się bunt jednego z najwyższych dostojników państwa — Jerzego Sebastiana Lubomirskiego. Dla królowej Ludwiki Marii niezwykle ważne było, żeby jak najszybciej mieć w Sobieskim sojusznika i móc na nim budować dodatkowe stronnictwo wojskowe. Ale ten miał doskonałą świadomość swoich decyzji, dlatego był gotów opóźniać sprawę.
I wtedy do gry wkroczyła Marysieńka.
— Namówiła Sobieskiego na miłosną schadzkę w rezydencji królowej, kilka pokojów od pokoju Ludwiki Marii. Oczywiście doszło do pierwszego intymnego zbliżenia, w którego trakcie do komnaty wparowała królowa, niby przypadkiem… Para została więc przyłapana in flagranti. Królowa, udając wielkie oburzenie, wezwała kapelana, a Maria Kazimiera i Sobieski wzięli potajemny ślub o północy.
W ten sposób Ludwika Maria przerwała gierkę Sobieskiego i wymusiła ślub, który po dwóch miesiącach został potwierdzony publicznie. Przy pomocy swojej podopiecznej wygrała na tej intrydze najwięcej. Dopóki żyła, Maria Kazimiera pozostawała jej dwórką i oddaną pomocnicą.
Mamy więc etap trzeci — ślub, który był efektem manipulacji. Tak generalnie wydawanie dwórek za mąż za magnatów przez królową było jednak typowym rozwiązaniem, prawda?
— Tak, natomiast Ludwika Maria zaczęła robić coś, czego w Polsce wcześniej nie obserwowano: planowo i celowo wychowywała swoje dwórki, a potem wydawała je za mąż za polityka, który był dopiero na początku swojej kariery. Dwórka miała przekonywać go do sojuszu z królową, dzięki któremu po ślubie człowiek ten szybko awansował. Królowa zyskiwała sojusznika, który był już wyżej. I tak właśnie wygląda historia małżeństw Marii Kazimiery. Pierwsze małżeństwo z Janem „Sobiepanem” Zamoyskim, który był hulaką, pijakiem i pogardzał żoną, i drugie z Sobieskim. Oba służyły królowej, choć to drugie było oparte na uczuciach.
A co robi Marysieńka po śmierci męża?
— Kiedy Sobieski umierał, Maria Kazimiera czuwała przy jego łóżku. Dbała o niego. Gdy dzień przed śmiercią został wyniesiony do ogrodu, ona wybiegła, żeby go przeniesiono w inne miejsce, tak by na niego nie wiało zimne powietrze. Natomiast jak tylko umarł 17 czerwca 1696 r., zgodnie z informacjami, jakie mamy, kazała przenosić z całego pałacu cenne przedmioty do swoich pokojów, żeby mieć pewność ich przejęcia.
Ale za mąż ponownie już nie wyszła.
— Bo też po co miałaby to robić? Moment, w którym kobieta miała największą samodzielność i największe prawo do decydowania o sobie, był właśnie w sytuacji wdowieństwa. Po śmierci Sobieskiego Marysieńka zyskała idealny status dla szlachcianki w Polsce. Mogła rządzić majątkiem, miała pełną osobowość prawną i nie potrzebowała męża. Co nie znaczy, że w ogóle o tym nie myślała. Była skłócona z najstarszym synem, z którym wyszarpywali sobie wzajemnie elementy rodzinnego majątku, więc rozważała różne scenariusze. Nie chciała wesprzeć go w walce o tron, ale mogła wesprzeć któregoś z młodszych synów lub wziąć ponowny ślub z magnatem polskim albo kandydatem francuskim, który zostałby wyniesiony na polski tron.
Co jeszcze wyróżniało Sobieskiego i Marysieńkę na tle innych par magnackich w Polsce w tamtym czasie?
— Małżeństwa na szczytach władzy zawiązywano wówczas dla celów politycznych, były układami czysto strategicznymi, które dopiero z czasem przeradzały się w coś prawdziwszego. Ich relacja była żywa od początku. Polityka towarzyszyła im cały czas obok, ale nie stanowiła jedynego spoiwa. Dlatego to nie był całkiem typowy związek. W przeciwieństwie do tego z Janem Zamoyskim, w którym odbijają się wszystkie typowe motywy tamtej epoki.
Jak patriarchat?
— Tak, wśród magnaterii relacje były wybitnie patriarchalne, choć nie tak mocne jak wśród szlachty. Kobiety miały pięknie wyglądać, znać francuski, dyskutować o literaturze i brać udział w listowej grze, ale nie zarządzać majątkiem. Za każdym razem, gdy Maria Kazimiera chciała aktywnie podejmować decyzje, wyznaczać nurt polityki, pojawiał się ogromny sprzeciw na szczytach władzy. Kobiety, które chciały mieć wpływ, nie miały łatwej sytuacji. No ale właśnie wszystko się zmieniało, gdy zostawały wdowami. I Marysieńka też nią w końcu została.