Fakt, że Karol Nawrocki ku zaskoczeniu wszystkich rzuca na stół swoją ustawę, pokazuje, że problem sklejenia go z lobby kryptowalutowym staje się dla prezydenta i jego otoczenia coraz większym problem. Istotną rolę odegrał też ruch Donalda Tuska.
Nie trzeba było długo czekać. Prezydent Nawrockiego odpowiedział na zapowiedź skierowanej przez rząd do Sejmu po raz trzeci dwukrotnie zawetowanej ustawy regulującej rynek kryptowalut. Już dzień później, w środę, prezydencki minister Zbigniew Bogucki ogłosił, że prezydent skierował do Sejmu swój własny projekt. Jak mówił szef prezydenckiej kancelarii, projekt to „wyciągnięta ręka pana prezydenta” w kierunku rządu, kompromis dający państwu skuteczne narzędzia do kontrolowania rynku kryptowalut, zapewniający ochronę zarówno korzystającym z nich konsumentom, jak i obecnym w branży przedsiębiorcom.
Niestety trudno uwierzyć ministrowi Boguckiemu, że prezydentowi chodzi o kompromis i sensowne uregulowanie branży. Tak jak w zapowiedzi skierowania ustawy po raz trzeci do prac parlamentu chodziło głównie o to, by przeczołgać prezydenta, tak samo projekt prezydencki to przede wszystkim próba zablokowania rządowego politycznego ciosu i wyprowadzenia własnego.
To pokazuje jak wielkim problemem stały się kryptowaluty dla Pałacu
Wskazuje już na to sam termin skierowania przez prezydenta ustawy do Sejmu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby nie zapowiedź rządu, to projekt prezydencki nie trafiłby w tym tygodniu do parlamentu, tylko leżał sobie spokojnie w szufladach prezydenckiej kancelarii czekając na stosowny polityczny moment.
Prezydent zapowiadał co prawda wcześniej przedstawienie własnej ustawy, ale mimo dwóch wet nic nie wskazywało, by kancelaria miała gotowy projekt. W pewnym momencie Nawrocki zapowiadał, że gotów byłby podpisać projekt Polski 2050, uwzględniający kluczowe wątpliwości, jakie wobec rządowej ustawy przedstawiał w uzasadnieniu do swoich wet.
Fakt, że prezydent teraz ku zaskoczeniu wszystkich rzuca na stół swoją ustawę pokazuje, że problem sklejenia go z lobby kryptowalutowym staje się dla Karola Nawrockiego i jego otoczenia coraz większym problem, wraz z kolejnymi rewelacjami na temat Zondacrypto, ujawnianymi przez media. Istotną rolę odegrał też ruch Tuska z wtorku. Inicjatywa ustawodawcza prezydenta jest przede wszystkim próbą ucieczki z politycznej pułapki, jaką usiłuje zastawić na prezydenta premier, przed scenariuszem, gdy prezydent ma do wyboru albo przyznać się, że się mylił i podpisać ustawę albo zawetować ją po raz trzeci, narażając się w ten sposób na zarzuty, że broni budzącą coraz większe kontrowersje branżę.
Zrzucić odpowiedzialność na rząd
Prezydencki projekt zdejmuje trochę ciśnienie z Nawrockiego i daje podkładkę do narracji: „to rząd, odmawiając rozsądnego kompromisu, blokuje uregulowanie kryptowalut. Jeśli zobaczymy kolejną aferę Zondacrypto, to będzie to wina Tuska”. To dziś wydaje się podstawowym i ostatecznym horyzontem prezydenckiego projektu.
Być może Nawrocki liczy też na to, że w bonusie uda się mu wywołać napięcia w koalicji. Sceptycyzm wobec planu uchwalania po raz trzeci tej samej, zawetowanej już dwukrotnie wcześniej ustawy o kryptowalutach, wyraziła już Polska 2050, która chciała przedstawić własny, kompromisowy projekt. Koalicję znów może więc podzielić spór wokół tego, co zrobić z prezydencką ustawą.
Jednocześnie scenariusz, w którym ustawa prezydencka przechodzi wbrew rządowi głosami jakiejś egzotycznej koalicji, od Konfederacji po Polskę 2050 wydaje się skrajnie nieprawdopodobny. Jak bardzo „asertywnej” strategii nie przybierałaby Polska 2050, to w imię kompromisu z prezydentem wokół kilku zapisów o kryptowalutach nikt nie będzie zrywał koalicji.
Idiotyczna polaryzacja
Oczywiście, najlepiej byłoby, gdyby doszło do jakiegoś rozsądnego porozumienia — bo Polska bardziej potrzebuje uregulowania rynku kryptowalut niż tego, by bardziej na wierzchu było Nawrockiego albo Tuska. Takie porozumienie wymagałoby jednak cofnięcie się przez obie strony — z całą pewnością nie może ono polegać po prostu na tym, że Sejm w niezmienionej formie przyjmie projekt prezydencki.
Niestety, tak jak wcześniej z SAFE, tak i teraz sprawa kryptowalut padła ofiarą polaryzacji uniemożliwiającej rozsądną współpracę ośrodka rządowego i prezydenckiego. W przypadku SAFE tłem tej polaryzacji była realna różnica w rozumieniu bezpieczeństwa Polski, na czele z coraz głębszą nieufnością wobec jego europejskiego filaru.
W przypadku kryptowalut tłem są relacje prezydenta z młodym, konfederackim elektoratem, zafascynowanym kryptowalutami i wrogim jakiejkolwiek formie regulacji tego rynku. To była przyczyna pierwszego weta prezydenta, które po tym, gdy zaczęły się problemy klientów Zondacrypto, a do mediów zaczęły przedostawać się sensacyjne historie na temat spółki, stało się politycznie toksyczne dla prezydenta.
W logice polaryzacji Nawrocki nie miał jednak wiele przestrzeni, by się wycofać z weta, bo to oznaczałoby przyznanie racji rządowi, z którym w sprawie kryptowalut zakleszczył się w egzystencjalnym sporze. Nie można więc wykluczyć, że Sejm odrzuci projekt Nawrockiego, a Nawrocki po raz trzeci zawetuje projekt rządowy. Tusk o brak regulacji kryptowalut obwiniać będzie prezydenta, a prezydent rząd.
Prezydent chce też władzy ustawodawczej
W całej sprawie jest jeszcze element utrudniający porozumienie: prezydent zachowuje się jakby chciał dla siebie także władzy ustawodawczej. W polskim systemie konstytucyjnym to parlament przygotowuje i uchwala prawo. Prezydent posiada prawo do inicjatywy ustawodawczej, przed Karolem Nawrockim prezydenci bardzo ostrożnie korzystali z tej prerogatywy, często milcząco przyjmując, że powinna ona dotyczyć obszarów kompetencji prezydenta — a kryptowaluty z pewnością do nich nie należą. Podobnie ostrożnie sięgano po weto — traktując je jako hamulec awaryjny, po który sięga się wtedy, gdy ustawa jest naprawdę zła.
Tymczasem prezydent Nawrocki w sprawie kryptowalut łącząc weto i inicjatywę ustawodawczą mówi posłom i senatorom: albo przyjmiecie ustawę dokładnie taką, jak ja chcę, albo żadnej ustawy nie będzie. Próbuje zarządzać procesem stanowienia prawa do poziomu kształtu szczegółowych przepisów, co wypacza ducha konstytucji i to, jak definiuje ona relacje prezydenta z parlamentem i jego rolę w procesie stanowienia prawa. Bo w takim układzie Sejm i Senat zostają zredukowani do roli organów mających zatwierdzać ustawy przychodzące do nich z kancelarii prezydenta.
Już samo to może zniechęcać posłów do kompromisu. Bo znając polityczne apetyty Karola Nawrockiego, jeśli uda się z ustawą o kryptowalutach, to prezydent będzie próbował w podobny sposób narzucać swoją wolę Sejmowi przy kolejnych projektach. A w polskim porządku konstytucyjnym to jednak Sejm i Senat, a nie prezydent mają tworzyć prawo.