Tusk wielokrotnie pytał Czarzastego: „Jak ty z nią wytrzymujesz”, ale sam też wytrzymuje — śmieje się polityk lewicy pytany o Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Sejmowa debata nad rządowym projektem zmian w Państwowej Inspekcji Pracy. To o tę ustawę ministra stoczyła bój z premierem, który jej poprzedni projekt wywalił do kosza jednym zdaniem na konferencji prasowej. Debata odbywa się wieczorem, na sali jest 33 posłów. Za to w ławach rządowych wokół Agnieszki Dziemianowicz-Bąk siedzi przynajmniej siedem osób z jej resortu rodziny, pracy i polityki społecznej: wiceminister, asystenci, eksperci, ludzie odpowiedzialni za komunikację.
— Ona to uwielbia. To ją chyba kręci najmocniej — opowiada jeden z ministrów. — Idzie po schodach kancelarii premiera, a obok troje asystentów: jeden dźwiga segregatory, drugi niesie teczkę Agnieszki, a trzeci podtyka dokumenty do podpisania. Wtedy ona naprawdę czuje, że jest ministrem. Sam widziałem, jak Tuska zamurowało, kiedy to zobaczył.
Ma plan, dlatego tak ciśnie
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk chciała być ministrem, od kiedy wiadomo było, że lewica wejdzie do rządu i dostanie przynajmniej jeden resort. Najlepiej, żeby to była edukacja.
— Ale że 30 mld miało pójść na podwyżki dla nauczycieli, nie było szans, żeby Tusk nam to oddał. To był sukces na otwarcie rządu, więc musiał to być jego sukces. A jeszcze prawica by oszalała, gdyby „lewaczka” została ministrem edukacji, choć umówmy się, że Baśka Nowacka furory wśród uczniów, rodziców i nauczycieli nie robi — opowiada nam jeden z polityków, który dwa lata temu brał udział w rozmowach o przyszłym rządzie.
Dziemianowicz-Bąk nie byłaby też ministrą pracy, rodziny i polityki społecznej, ale z pomocą przyszła jej Katarzyna Kotula. — Nikt nikogo nie wygryzł. Po prostu Kasia się posunęła, bo Agnieszce naprawdę bardzo zależało — tłumaczy mój rozmówca z lewicy. — One się doskonale znają, chyba nawet przyjaźnią i Kotula uznała, że tak będzie najlepiej. Mam wrażenie, że ona gra na Agnieszkę, która ma potężne ambicje i może doszła do wniosku, że to stanowisko ją zbuduje.
I tak było. Pozycja Dziemianowicz-Bąk mocno urosła i w partii, i w lewicowym elektoracie, chociaż nie przysporzyła jej przyjaciół w polityce. Partyjni koledzy na pytanie, jak opisaliby ministrę, odpowiadają często „wkur***ca prymuska”.
— Ale to prawda! — śmieje się Katarzyna Kotula i potwierdza, że jej przyjaciółka jest zawsze świetnie przygotowana. — Potrafi po godzinnej dyskusji wyciągnąć z teczki gotowy projekt, który odpowiada na wątpliwości, jakie wysuwaliśmy. Po prostu przewiduje, co może się wydarzyć — tłumaczy sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. — Wiem, że to dla wielu może być trudne, ale Agnieszka ma plan. Kompletnie nie interesuje jej władza dla władzy czy prestiżu. Chce po sobie coś zostawić i dlatego tak ciśnie — tłumaczy Kotula.
Totalnie przegięła
„Jesteś tak samo wkur***ca jak ja” — miał jej kiedyś powiedzieć Donald Tusk po długiej dyskusji. Od początku było jasne, że premier nie ma z nią chemii, a jeszcze pani minister za punkt honoru uznała wypowiadanie się na każdy temat na posiedzeniach rządu. I nie chodziło tylko o jej projekty, ale każdego resortu. Szefowa Rządowego Centrum Legislacji co rusz musi odnosić się do uwag ministry pracy.
— Tusk wielokrotnie pytał Czarzastego: „Jak ty z nią wytrzymujesz”, ale jakimś cudem sam też wytrzymuje — śmieje się polityk lewicy.
Kilka tygodni temu jej rządowa kariera wisiała jednak na włosku. Poszło właśnie o Państwową Inspekcję Pracy. Projekt ustawy przygotowany przez resort Dziemianowicz-Bąk napotkał opór Macieja Berka, ministra odpowiedzialnego za wdrażanie rządowych projektów, i samego premiera. W dodatku z przecieków z KPRM wynikało, że Tusk poczuł się oszukany przez ministry Pełczyńską-Nałęcz i Dziemianowicz-Bąk. A oszukiwanie premiera raczej nie jest dobrym pomysłem. Wśród posłów lewicy można było usłyszeć, że Włodzimierz Czarzasty zaczął rozważać, czy nie poświęcić swojej partyjnej koleżanki dla utrzymania dobrych stosunków z Tuskiem.
— Totalnie przegięła, przynosząc do Tuska turbolewicowy projekt i jeszcze go postraszyła, że jak stracimy 11 mld z KPO, to będzie jego wina i odpowiedzialność. Tak się nie da rozmawiać — mówi jeden ze starych partyjnych towarzyszy.
Współpracownicy Dziemianowicz-Bąk są jednak przekonani, że od początku miała plan B. Po prostu zagrała ostro, żeby mieć z czego ustąpić w czasie negocjacji.
— Szczerze mówiąc, to jestem w szoku, że mamy to w Sejmie, bo to była bardzo brutalna rozgrywka. W dodatku żadna inna ustawa u nas w resorcie nie była poddana takiemu lobbingowi. Przynajmniej kilka dużych agencji PR zostało wynajętych, żeby urabiać naszych koalicjantów w Sejmie, ministrów i opozycję, i uwalić projekt jeszcze przed wysłaniem do parlamentu. Teraz też nie będzie łatwo — tłumaczy współpracownik ministry.
W środku klasowego sporu
Sama Agnieszka Dziemianowicz-Bąk na pytanie, jakie to przeżycie zebrać cięgi od premiera, a potem jeszcze od posłów Koalicji Obywatelskiej usłyszeć, że się nigdzie nie pracowało i nie ma się pojęcia, czego potrzebuje rynek pracy, nabiera powietrza i bardzo waży słowa.
— Pracowałam na studiach w barze, w pizzerii. Zawsze na śmieciówkach, a kiedy już podpisałam pierwszą umowę o pracę, to nie dostałam pensji i skończyło się to w sądzie. A jak poszłam do inspektora pracy, to mi poradził wziąć prawnika i ostatnie oszczędności wydałam na mecenasa. Doskonale wiem, w jakiej sytuacji są młodzi ludzie wykorzystywani przez rynek pracy — opowiada ministra.
Znów bierze oddech i wraca do ustawy o PIP. — To doświadczenie było bardzo trudne, bo jestem lewicowym ministrem pracy w liberalnym rządzie. To nie jest obelga, tylko opis. Największa partia koalicji to liberałowie, w drugiej są chadecy, kolejna to coś pomiędzy liberałami a chadecją. A ja mam resort w środku tego klasowego sporu. Przyjęłam więc założenie, które czasem kosztuje mnie sporo emocji, że jak się walczy, to się przegrywa czasami, ale jak się nie walczy, to się przegrywa zawsze.
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk tłumaczy: — Gdyby do Sejmu trafił projekt lewicy, byłyby w nim zapisy o skutkach wstecznych z natychmiastową wykonalnością [przekształcenia B2B w umowę o pracę — red.], bo z patologiami rynku pracy trzeba walczyć. Ale lepiej zmodyfikować coś i naprawić, żeby miało szanse wejść w życie. W Sejmie mamy dziś projekt rządowy i to, jaki ma kształt, wynika z ustaleń rady ministrów. Są tam uwagi wicepremiera Kosiniaka-Kamysza i oczywiste wytyczne premiera.
To jest mój prawdziwy tata
Pochodzi z Wrocławia. Skończyła pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest doktorem filozofii (temat pracy: „Reprodukcja — Opór — Upełnomocnienie. Radykalna krytyka edukacji we współczesnej zachodniej myśli społecznej”). Matka jest profesorem nauk społecznych, wykłada na kilku dolnośląskich uczelniach. Biologiczny ojciec — Remigiusz Dziemianowicz —zniknął z jej życia, kiedy miała niewiele ponad dwa lata.
Ministra pokazuje mi zdjęcie zrobione niewiele później, ma może 3 lata, obok mężczyzna pokazuje jej coś na placu zabaw. — To jest mój prawdziwy tata, w moim życiu od zawsze. To on mnie wychował, to on ogląda każde moje wystąpienie i wzrusza się, kiedy osiągam sukcesy — mówi o mężu matki. Pytaniem, dlaczego więc nie zmieniła nazwiska, wydaje się zaskoczona i odpowiada, że takiego tematu właściwie nigdy nie było.
Remigiusz Dziemianowicz postanowił przypomnieć o sobie córce po niemal 40 latach, kiedy w grudniu 2023 r. toczyła się debata, jaką tekę mogłaby objąć w rządzie Donalda Tuska.
„Jeżeli córka zostanie ministrem edukacji, to współczuję dzieciom, ponieważ wpadną w pełen nowomowy nazi-bolszewicki socrealizm (…) ale niech ludzie nie skarżą się potem, że jest syf, ostrzegam przed taką minister” — pisał na swoim profilu na Facebooku. „(…) córeczka jest typową nazi-bolszewiczką, ale nie ja ją tak wychowywałem, a więc jedynie może mi być przykro”.
Ten wpis zrobił z niego gwiazdę prawicowych mediów, dopóki Piotr Woyciechowski z „Do Rzeczy”, którego bardzo trudno podejrzewać o sympatię do Dziemianowicz-Bąk, nie pogrzebał w przeszłości i nie ustalił, że w 1985 r. ojciec ministry podjął współpracę z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa jako TW „Mim”. Wrocławska bezpieka wykorzystała go między innymi w rozpracowywaniu środowiska reaktywowanej PPS, Pomarańczowej Alternatywy i w sprawie „Granica”, dotyczącej kontaktów opozycji z działaczami z krajów bloku wschodniego.
Woyciechowski w „Do Rzeczy”: „Odniosłem wrażenie, że mój interlokutor nie jest osobą w pełni zrównoważoną”. Nazwał Dziemianowicza „przemocowcem” i „kompletnie niewiarygodnym”.
Osobna w Razem
Obecna ministra rządu Tuska początkowo była związana z Razem, od 2015 r. zasiadała nawet w zarządzie partii, ale pożegnała się z nią cztery lata później. Poszło o przyszłość. Dziemianowicz-Bąk była zwolenniczką wspólnego startu do Parlamentu Europejskiego z powstającą wówczas Wiosną Biedronia.
„Powodów mojej decyzji jest wiele i są złożone. Jak to często bywa, w ich centrum leży różnica zdań co do kierunków, w jakich zmierza organizacja. Nie bez znaczenia są także styl oraz metody jej działania w ostatnim czasie, z którymi się głęboko nie zgadzam” — tłumaczyła, odchodząc z Razem.
Razem twierdziło, że propozycja Wiosny była skrajnie niepoważna — Chciała, żebyśmy schowali swoje sztandary, weszli do szafy, a następnie pozwolili im wybrać, kto ma być naszym kandydatem — opowiadał Adrian Zandberg. I o to chowanie sztandarów w sporze Dziemianowicz-Bąk z dawnymi kolegami chyba chodzi cały czas. Razem po prostu uważa, że lewica sprzedała się liberałom i nawet kiedy robi coś, co ma lewicowy sznyt, to jest pełne liberalnych błędów i wypaczeń.
— Oni chyba naprawdę liczyli, że Agnieszce nie uda się przeprowadzić zmian w PIP i będą mogli triumfalnie obwieścić: „No i po co jesteście w tym rządzie, skoro nic nie możecie”. Radykalna lewica potrzebuje skrzywdzonych przez los, żeby się nad tym losem pochylać, ale nie rozwiązywać problemy. Agnieszka jest inna — mówią politycy lewicy.
Związała się z Wiosną, która rekomendowała ją na listy do Sejmu, ale nie miała partyjnej legitymacji. W końcu przeszła do SLD. Na tyle mocno, że była nawet rozważana jako kandydatka partii w ostatnich wyborach prezydenckich.
— Włodek Czarzasty o tym poważnie myślał, bo miała być kobieta, ale było kilka problemów. Po pierwsze, Agnieszka jest bardzo zasadnicza, zachowuje się trochę jak robot, więc kontakt z wyborcami chyba nie byłby najlepszy. A po drugie, zabranie jej z resortu byłoby kłopotliwe. Sporo jej się tam udało, jest z czego czerpać, a Tusk nie pozostawił wątpliwości, że ministrowie prowadzący kampanię będą musieli odejść z rządu — opowiadają politycy lewicy.
Trudna jest
Jej przyjaźń z Katarzyną Kotulą narodziła się w ostatniej kampanii do parlamentu. Obie wylądowały w „nieswoich” okręgach wyborczych. Kotula została przeniesiona z rodzinnego Szczecina do Gdańska, bo zagrażała tam mandatowi starego partyjnego towarzysza Dariusza Wieczorka, Dziemianowicz-Bąk z ostatniego miejsca we Wrocławiu trafiła na pierwsze w Gdyni, bo o swój mandat na Dolnym Śląsku obawiał się Krzysztof Śmiszek. Na czas kampanii wynajęły razem dwa pokoje w Sopocie.
I to chyba jedyna polityczna przyjaźń ministry pracy. Nie dopuszcza do siebie zbyt blisko i nie pokazuje ludzkiej strony. Dlatego spora część moich rozmówców mówi, że „kompletnie nie wie, jak grać w zespole”.
— Umie otoczyć się asystentami, ale nie potrafi współpracować. Bywa skrajnie apodyktyczna i narzuca własne zdanie, aż w którymś momencie wybucha awantura. Ale jeśli chce pani typowego zadaniowca, to właśnie Agnieszka. Nie będzie jadła osiem dni, nie wróci na tydzień do domu, ale dowiezie — opowiadają politycy lewicy.
Ich zdaniem, trudny charakter skutecznie utrudni jej dalszą karierę i posada ministry pracy „to wszystko, co osiągnie”. Ale z Włodzimierzem Czarzastym potrafiła się dogadać i bez walki została wiceprzewodniczącą Nowej Lewicy, więc to nie musi być jej ostatnie słowo. Ambicje na pewno ma większe.





