Po co właściwie Prawo i Sprawiedliwość jest dziś obecne na polskiej scenie politycznej i o czyje interesy walczy? Politycy PiS sprawiają wrażenie, jakby nie znali odpowiedzi na to pytanie. To poważny problem i Jarosław Kaczyński musi mu szybko zaradzić. Tyle że każde z rozwiązań wiąże się z dużym ryzykiem.
W sobotę 7 marca Jarosław Kaczyński ma ogłosić kandydata PiS na premiera. Nie oznacza to oczywiście, że ta osoba stanie kiedykolwiek na czele rządu. Ba, nie jest pewne, że kandydat ten dotrwa do końca kampanii w 2027 r. To, kogo PiS wskaże w sobotę, będzie miało jednak fundamentalne znaczenie dla partii — określi nie tylko jej taktykę, ale i w dużej mierze tożsamość na rok 2026.
Po co i dla kogo jest dziś właściwie PiS?
A partia potrzebuje dziś bardzo takiego dookreślenia. Nie bardzo wiadomo bowiem, po co właściwie PiS jest dziś obecne na polskiej scenie politycznej i o czyje interesy walczy. Gdy twarzą PiS była Beata Szydło, PiS bez trudu odpowiadało na te pytania. Chodzić miało o socjalną korektę modelu społeczno-ekonomicznego III RP w imieniu grup słabszych ekonomicznie i Polski lokalnej. Gdy Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki, doszło do tego obsługiwanie aspiracji nowej klasy średniej. Ta zaś oczekiwała nie tylko redystrybucji, ale też wielkich projektów modernizacyjnych, zdolnych zakotwiczyć Polskę wśród najsilniejszych gospodarek świata.
Dziś PiS nie jest w stanie wygenerować z siebie żadnego spójnego komunikatu, o co i w imieniu kogo walczy. Partia sparaliżowana jest całkowicie przez wewnętrzny frakcyjny podział. Najbardziej radykalna część PiS niemal otwarcie odrzuca dziedzictwo rządu Morawieckiego, atakując go — językiem obu Konfederacji — za nadmierne ustępstwa wobec Unii Europejskiej, zbyt proukraińską politykę czy pandemiczne obostrzenia. Ta frakcja jest przy tym najgłośniejsza w mediach — zwłaszcza społecznościowych. Wyborcy mogą odnieść wrażenie, że partia zaczęła mówić językiem dawnej Suwerennej Polski. Ba, wielu polityków PiS wydaje się w ostrzejszej opozycji do dawnego rządu Morawieckiego niż obecnego Tuska.
Morawiecki i jego ludzie nie przyjmują tych ciosów w milczeniu. Odpowiadają swoimi salwami w mediach społecznościowych. Jedna część PiS próbuje więc wcisnąć do dechy pedał gazu w kursie na prawą ścianę. Druga próbuje wyrwać kierownicę i zaciąga ręczny hamulec. W efekcie partyjny samochód buksuje w miejscu, a obserwujący to z dystansu wyborcy widzą dość groteskową szarpaninę na przednich siedzeniach.
Wybór nowego premiera ma przede wszystkim zakończyć tę walkę. To nie ma być tylko komunikat: „na tę osobę stawiamy”, lecz także: „oto kierunek, w jakim podążać ma teraz partia”.
„Maślarz” to ryzyko rozpadu
Nic dziś nie wskazuje, by kandydatem został Morawiecki lub ktoś reprezentujący bardziej umiarkowany kurs partii. W praktyce wybór wydaje się sprowadzać albo do przedstawiciela radykalnej frakcji „maślarzy” — najpewniej Przemysława Czarnka — albo jakiegoś związanego z PiS, nieuwikłanego w partyjne konflikty samorządowca. Tu najczęściej pojawia się nazwisko prezydenta Stalowej Woli, Lucjusza Nadbereżnego i to on ma być najbardziej prawdopodobnym wyborem.
Wybór „maślarza” — a już zwłaszcza Czarnka — byłby bardzo jasnym politycznym sygnałem: PiS stawia na prawicową wyrazistość i idzie pod prawą ścianę bić się o wyborców Grzegorza Brauna. Czarnek stwierdził kiedyś, że zwycięstwo Trumpa pokazało, że nie ma już umiarkowanych wyborców i jako kandydat na szefa rządu w pełni wdrożyłby w praktyce wnioski z tej intuicji.
PiS z Czarnkiem jako kandydatem na premiera stałby się partią ustawiającą się w kontrze do Unii Europejskiej i podpinającą się pod ruch MAGA, sięgającą po ultratradycjonalistyczne postulaty kulturowe. Czarnek wyrażałby to wszystko w mocno konfrontacyjnym, czy wręcz agresywnym języku, który podoba się twardemu elektoratowi PiS.
Tylko czy PiS idący z Czarnkiem w szpicy pod prawą ścianę faktycznie byłby w stanie zatrzymać odpływ wyborców do partii Brauna? Taka teza jest mocno dyskusyjna. Z pewnością zraziłby bardziej umiarkowanych wyborców — co mogłoby okazać się prezentem dla PSL. Jednocześnie PiS stałoby się partią, w której prawicowość spod znaku Morawieckiego miałaby dla siebie jeszcze mniej przestrzeni. Do tego stopnia, że secesja mogłaby się zacząć wydawać środowisku Morawieckiego lepszym wyjściem niż tkwienie na marginesie w „maślarskim” PiS.
Nadbereżny przekona Polskę średnich miast?
Z kolei we wskazaniu Nadbereżnego kluczowe byłoby to, że partia nie stawia jednak na „maślarza”, nie idzie pod prawą ścianę i nie daje się zdominować przez jedno skrzydło. Taki wybór mógłby zostać z bólem zaakceptowany jako kompromis dla obu frakcji — choć pewnie obie próbowałyby zakulisowo działać tak, by ostatecznie na czele ewentualnego rządu prawicy stanął ktoś inny. Kandydat-samorządowiec ograniczałby jednak ryzyko tego, że w 2026 r. na prawicy pojawi się czwarta siła, partia byłego premiera.
Nadbereżny miałby teoretycznie jeszcze jedną zaletę: mógłby spróbować powalczyć o elektorat średnich miast jako ceniony włodarz jednego z nich. PiS jest silny szczególnie na obszarach wiejskich i w małych miastach. Z kolei bastionem obecnej koalicji są większe ośrodki. Tymczasem zdaniem wielu politologów to właśnie średnie miasta są tymi miejscami, gdzie w jedną lub drugą stronę mogą rozstrzygnąć się wybory.
Kandydat taki jak Nadbereżny miałby zapewne przemawiać do elektoratu z byłych miast wojewódzkich i z innych prezydenckich miast. Do ich mieszkańców, którzy w 2019 r. zaufali PiS, ale cztery lata później odpłynęli np. do Trzeciej Drogi, a dziś są trochę politycznie bezdomni. By tak się jednak stało, PiS musiałby po pierwsze realnie ustawić swoją komunikację pod Nadbereżnego, a po drugie przedstawić Polsce średnich miast realną ofertę i nie odstraszać jej przekazem ścigającym się z Braunem.
Nie jest dziś oczywiste, że partia jest do tego zdolna. W pierwszych tygodniach zapewne wszyscy będą grali na nowego kandydata na premiera, ale po jakimś czasie może on zostać przesłonięty komunikacyjnie przez liderów z największymi zasięgami w mediach społecznościowych. Biorąc pod uwagę, jak daleko PiS w ostatnich miesiącach zapuścił się pod prawą ścianę, nowemu kandydatowi trudno będzie przestawić kurs na bardziej centrowe tory. Zwłaszcza jeśli zostanie nim niedoświadczony w ogólnopolskiej polityce, pozbawiony silnego zaplecza samorządowiec.
Powołany po to, by go odwołać?
Ten brak silnego zaplecza ma jednak istotną z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego zaletę: kandydat typu Nadbereżny nie urośnie za bardzo namaszczony na premiera. Jeśli się nie sprawdzi, będzie go można jeszcze przed wyborami wymienić. Gdyby PiS postawił na polityka tak silnego jak Przemysław Czarnek, byłoby to o wiele trudniejsze.
Nawet więc jeśli w sobotę usłyszymy więc nazwisko Nadbereżnego, to droga ze Stalowej Woli do Kancelarii Premiera ciągle będzie daleka. Zanim zadecydują w tej sprawie wyborcy, Nowogrodzka może zmienić jeszcze zdanie.




