Close Menu
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Modne Teraz
Włochy. Zakaz podawania surowych owoców morza w Neapolu, w tle groźny wirus

Włochy. Zakaz podawania surowych owoców morza w Neapolu, w tle groźny wirus

24 marca, 2026
Prognoza pogody na wtorek. Wyże Max i Norbert przyniosą spokój

Prognoza pogody na wtorek. Wyże Max i Norbert przyniosą spokój

24 marca, 2026
Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”.  Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”. Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

24 marca, 2026
Czy przelew na wspólne konto małżonków trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego? – Biznes Wprost

Czy przelew na wspólne konto małżonków trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego? – Biznes Wprost

24 marca, 2026
Coś bardzo złego dzieje się z rybami na świecie. Odkryli to Polacy

Coś bardzo złego dzieje się z rybami na świecie. Odkryli to Polacy

24 marca, 2026
Facebook X (Twitter) Instagram
Popularność
  • Włochy. Zakaz podawania surowych owoców morza w Neapolu, w tle groźny wirus
  • Prognoza pogody na wtorek. Wyże Max i Norbert przyniosą spokój
  • Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”. Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego
  • Czy przelew na wspólne konto małżonków trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego? – Biznes Wprost
  • Coś bardzo złego dzieje się z rybami na świecie. Odkryli to Polacy
  • Wojna na Ukrainie. Nocne ataki rosyjskich dronów. Wiele osób rannych
  • „Nie wychowuj go na mięczaka”. Ale nauka nazywania emocji to dosłownie profilaktyka ratująca życie
  • „Wagarowicze” w Sejmie. Mentzen i Morawiecki gonią Ziobrę – Wprost
  • Polityka prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami
Historie Internetowe
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Biuletyn Zaloguj Sie
  • Aktualności
  • Polska
  • Lokalne
  • Świat
  • Biznes
  • Polityka
  • Nauka
  • Sport
  • Klimat
  • Zdrowie
  • Wybór Redaktora
  • Komunikat Prasowy
Razy DzisiajRazy Dzisiaj
Strona Główna » Sędzia zmarła, więc zaczęto ścigać prokuratorkę. „Została oskarżona o wszystkie możliwe zbrodnie”
Sędzia zmarła, więc zaczęto ścigać prokuratorkę. „Została oskarżona o wszystkie możliwe zbrodnie”
Aktualności

Sędzia zmarła, więc zaczęto ścigać prokuratorkę. „Została oskarżona o wszystkie możliwe zbrodnie”

Pokój WiadomościPrzez Pokój Wiadomości24 marca, 2026

– Łatwiej nam oczywiście uznać, że ludzie zaangażowani w stalinizm byli po prostu źli, że my byśmy tego nie zrobili. Ale mamy prawo wiedzieć, za co Wolińska była odpowiedzialna, a za co nie — mówi Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz.

Newsweek: 2 maja 1949 r. Ignacy M. wypił pół litra i rzucił zapałkę na stos słomy. Spaliło się 20 ton, nikt nie ucierpiał. Prokurator Helena Wolińska zażądała wyroku śmierci. Na 800 stronach podwójnej biografii Heleny i jej męża Włodzimierza Brusa starasz się ją zrozumieć. Były momenty, gdy byłaś bezradna?

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz: Tak, zdecydowanie. Jednym z nich była właśnie sprawa Ignacego M., bo był to ewidentnie pijacki wybryk, a wyrok wykonano. Druga to sprawa o zdradę stanu, którą wytoczono kobiecie związanej z rządem emigracyjnym. Jej dziećmi opiekowała się babcia, a Wolińska dwukrotnie napisała, że powinny być zabrane do domu dziecka. To pokazuje nadmiarową, niepotrzebną bezwzględność, bo trudno zrozumieć karę rozciągającą się na dzieci.

I wreszcie sprawa małżeństwa, które mogłoby być symbolem PRL-owskiego awansu — on marynarz, ona studentka — ale okazało się, że świadek na ich ślubie był wplątany w szmuglowanie dolarów. I stalinowska machina ich zmiata. Mężczyzna z więzienia wychodzi ze zrujnowanym zdrowiem.

Największe wrażenie robiły na mnie właśnie historie dotyczące ludzi, którzy nie byli ważni, zaplątali się przypadkowo.

Żądała surowych wyroków, bo partia nie mogła się mylić? Jako Żydówka musiała udowodnić swoją lojalność bardziej?

— To jest pytanie, nad którym się często z moimi rozmówcami zastanawiałam. Córka komunistki, której Wolińska nie ostrzegła przed aresztowaniem [spędziła kilka lat w stalinowskim więzieniu, a jej dziecko zmarło w sierocińcu — red.], mimo że ta w czasie okupacji uratowała jej życie, powiedziała mi, że ci ludzie wpadali w niemal narkotyczny trans, który sprawiał, że pewnych rzeczy nie widzieli. Moim zdaniem dla Heleny to były przede wszystkim wdzięczność wobec partii, dzięki której przeżyła wojnę, i przekonanie, że cel uświęca środki. Pasierbicy powiedziała, że robili to wszystko z przekonaniem, że robią coś dobrego.

Porozmawiajmy o drodze, jaką przeszła Fajga Danielak do podpułkownik Heleny Wolińskiej.

— Urodziła się w 1919 r. w samym sercu żydowskiej dzielnicy północnej, na ulicy Pawiej. Jej rodzina, w porównaniu z rozmiarami międzywojennej nędzy, nie była najbiedniejsza: było ich stać, żeby posłać córkę do szkoły średniej.

Wolała imię Felicja. „Nie umiałam myśleć inaczej, nie umiałam marzyć inaczej, nie umiałam śnić inaczej, tylko po polsku” — powie.

— Felicja była produktem szkoły sanacyjnej. Wyszła z domu, w którym mówiło się w jidysz, i polską kulturę traktowała jak okno na świat. I ona to okno wybrała. Całe jej życie było po polsku.

To musiało wymagać uporu i przekory. Bo Polska wtedy mówiła jasno: nie jesteś nasza.

— Wielu jej żydowskich rówieśników wybrało polski język, kulturę, książki, teatr, bo poszło do polskiej szkoły i uwierzyło, że dzięki akulturacji zostaną przyjęci do wspólnoty symbolicznej. Że będą, jak się wtedy mówiło, Polakami żydowskiego pochodzenia. Jak się czyta ich listy czy dzienniki, to zanurzenie w polskiej literaturze jest wręcz niesamowite. A potem się okazało, że trafiasz na mur, którego nie przebijesz, a obietnica akcesu do „polskości” jest papierowa.

Jaki wybór mieli młodzi Żydzi i Żydówki, którzy we własnym państwie byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii?

— Mogli działać w organizacjach żydowskich albo w socjalistycznym Bundzie. Ale jeżeli chciało się działać w ogólnopolskim ruchu i być traktowanym równo, to taką możliwość dawali wyłącznie komuniści: przez swoją obietnicę internacjonalizmu definiowaną właśnie jako brak praktyk antysemickich.

A kiedy w jej życiu pojawia się Ben Zylberberg?

— Pod koniec lat 30. Jest trochę młodszy, co dla nastolatków ma znaczenie, ale zaczyna ich łączyć romantyczna relacja. Oboje działają w Rewolucyjnym Związku Niezamożnej Młodzieży Szkolnej — to taka czerwona gimbaza — Felicja bardziej, Ben na obrzeżach. Może jest to kwestia temperamentu, może pochodzenia — Ben, późniejszy Włodzimierz Brus, jest z bardziej mieszczańskiego domu.

We wrześniu 1939 r. uciekają razem do Lwowa. Jest biednie, głodno, ale przynajmniej Lwów jest pod okupacją radziecką, nie niemiecką.

— I mogą studiować. Oni zresztą nie traktują tego jako okupacji. I jakoś układają sobie życie, mimo strasznych trudności z zaopatrzeniem czy tego, że Felicja musi zwiewać na Białoruś przed wywózkami NKWD.

I nie powoduje to u nich wątpliwości co do słuszności jedynie słusznego ustroju?

— Wolińska powie, że nie wyciągała z tego politycznych wniosków. Dziś brzmi to naiwnie, ale trzeba pamiętać, jak szybko wtedy wszystko się działo. W ciągu miesiąca państwo złożyło się jak domek z kart, a przecież Polska miała nie oddać ani guzika. Jej koleżanka opowiadała, że widziała policjanta — którego się bała, bo działała w nielegalnym ruchu — jak płakał i mówił, że „nie ma już Polski”. A we Lwowie może i brakowało wszystkiego, ale oni przyjechali z bombardowanej Warszawy. I przestali być obywatelami drugiej kategorii. Byli uchodźcami, mieli mniej praw niż miejscowi, ale dyskryminacja na tle geograficznym była mniej bolesna niż antysemityzm w międzywojennej Polsce.

Czerwiec 1941 r., Hitler atakuje ZSRR, Felicja i Ben zostają rozdzieleni. Ona jest Żydówką w szóstym miesiącu ciąży i zostaje we Lwowie, gdzie rozpętuje się piekło. Jak to przeżyła?

— Nie wiemy, co się działo z nią w czasie pogromów. Rozmawiałam z córką jej koleżanki, która przeżyła potem i getto, i obóz koncentracyjny, ale o lwowskich pogromach nie mogła mówić. Była to taka trauma, że nie była w stanie jej ubrać w słowa. Co do Wolińskiej, to wiemy, że była w mieście, że urodziła dziecko, które po kilku dniach umarło. I że wróciła do Warszawy.

W 1942 r. wstępuje do PPR.

— Będzie podkreślać, że była to jedyna partia, która przeszła do getta. I dała nadzieję, bo wtedy wydawało się, że za PPR stoi potęga Związku Radzieckiego.

Ale gdy działacze słali do Moskwy desperackie apele o kasę…

— …Moskwa odpowiadała: sorry, radźcie sobie sami. PPR i Gwardia Ludowa były montowane metodą chałupniczą.

To wtedy Felicja Danielak zmienia się w Helenę Wolińską.

— Felicja znika. Na studiach deklarowała, że jej rodzinnym językiem jest jidysz — po wojnie powie, że go zapomniała. To pokazuje, jak radykalna była jej transformacja w Lenę z Gwardii Ludowej. W 1943 r. wpadła na ulicy na kuzynkę i ta jej nie poznała.

A droga Heleny Wolińskiej z getta do wierchuszki GL — do momentu, gdy była dla partii na tyle ważna, żeby ją chronić — jest dramatyczna. Ona była już w wagonie do Treblinki, z którego wyszła, nie wiedząc, czy nie zostanie za sekundę rozstrzelana. Przeżyła rzeczy ekstremalne, absolutnie krańcowe, w stężeniu, którego nie sposób było przetrwać. Przetrzymała to, ale oczywiście to miało swoją cenę.

Powie potem, że partia była dla niej jedyną rodziną. I że chciała zginąć za coś, nie tylko za to, że urodziła się Żydówką.

— Partia pozwoliła jej wybrać rodzaj śmierci, za co Wolińska będzie jej zawsze wdzięczna. I po wojnie będzie jej bronić: partii i tego nowego państwa, które miało być antytezą II RP i które ona budowała.

Podczas powstania warszawskiego Wolińska i jej partner Franciszek Jóźwiak są już w Lublinie, gdzie powstaje komunistyczny rząd z nadania Stalina. Kobieta, która spędziła ostatnie pięć lat, głodując, marznąc i cudem unikając śmierci, nagle znajduje się blisko władzy.

— Jerzy Jurandot, satyryk z międzywojnia, świetnie to ujął: w poniedziałek byłem nielegalny, a w środę zostałem dyrektorem departamentu w Ministerstwie Kultury.

Lublin to był nowy początek. Moment, od którego mogło się zakręcić w głowie. Warszawa płonie, a tu już tworzy się państwo, przy akompaniamencie niemieckich samolotów i strzałów w ciemności. Padających zresztą z każdej strony: Armia Czerwona, powracający z lasów partyzanci z AL, z AK — wszystko miesza się w kotle, którym był wtedy Lublin.

Jóźwiak zostaje komendantem głównym Milicji Obywatelskiej. Szybka kariera Wolińskiej w MO, a potem w prokuraturze wynika z jej własnych wojennych zasług czy raczej z pozycji drugiego męża?

— Na pewno związek z Jóźwiakiem jej pomógł, zwłaszcza kiedy mąż został członkiem Biura Politycznego PPR. Ale w 1944 i 1945 r. ławka komunistów była krótka. Budowali nowy ustrój, fachowców za wielu nie mieli, za to mieli sprawdzonych towarzyszy i towarzyszki. I dla nich windy w górę były otwarte. Bez Jóźwiaka Wolińska też by sobie poradziła: znała przecież wszystkich, łączyła ich konspiracyjna przeszłość. I nawet gdy zaczęła się antyżydowska kampania, zostawiono ją w spokoju — dopóki nie stanęła w obronie oskarżonych o syjonizm koleżanek.

Czym była pierwsza dekada po wojnie dla młodych Żydów, którzy cudem przeżyli?

— Dla komunistów okresem wielkich nadziei. Ci, którzy wojnę spędzili w ZSRR, przyjechali na zgliszcza dawnego świata, ich bliscy zginęli w Zagładzie, ale oni dostali historyczną, bezprecedensową szansę współuczestnictwa w budowaniu państwa polskiego. To przecież byli rówieśnicy II RP, a międzywojenna Polska zepchnęła ich na margines. Nie mieli szans na karierę, PRL dała im sprawczość.

I dostęp do konfitur.

— Tak. Przecież jeśli przed wojną gimnazjalista wstąpił do lewicowej organizacji, to miał większą „szansę” na wylecenie ze szkoły i więzienie niż na zwycięstwo rewolucji. Konfitur w tym nie było żadnych. A teraz nagle dostają…

…mieszkania i samochody?

— Też, ale przede wszystkim pracę. Bo to jest pokolenie pracoholików. Pracują do utraty sił, budują nowy kraj, dzieci widują w niedziele. Praca staje się dla nich sposobem na radzenie sobie z pustką po Zagładzie.

Ta sprawczość miała jednak, piszesz, swoją cenę: pozbycie się wątpliwości.

— Żeby przeć do przodu, najwyraźniej trzeba było się ich pozbyć, nie patrzeć na boki. Mnóstwo rzeczy budzi głęboki niepokój Brusa, ale go zagłusza. Jest ekonomistą, widział w ZSRR, jak w praktyce wygląda centralne planowanie, ale chce wierzyć, że w Polsce da się to zrobić bez błędów i wypaczeń, że można wybrać trzecią drogę. A później jest jak z powoli gotującą się żabą. Ja tego nie usprawiedliwiam, tylko próbuję zrozumieć.

Zwłaszcza że wątpliwości były niebezpieczne.

— Ale moim zdaniem to było coś więcej niż strach, bo tylko na strachu się reżim nie utrzyma. Musi być jeszcze jakaś obietnica, wiara w to, że nawet jak są koszty, to jest to tzw. okres przejściowy, a na końcu czeka coś lepszego. I w imię tego szczytnego celu ludzie godzili się na kolejne przesuwanie granic. Każdy też indywidualnie wybierał, co dla niego jest granicą nie do przesunięcia. Wiele kobiet odchodziło z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) po angielsku, rodzić dzieci, przez co zresztą było ich coraz mniej w strukturach władzy. A Wolińska została w wojskowej prokuraturze. I to nie ona odeszła, ale ją zwolnili, w 1953 r., zresztą w białych rękawiczkach.

Wraca na studia i pisze doktorat. O czym?

— O przerywaniu ciąży w świetle prawa karnego.

Komplet: nie dość, że żydokomuna, to jeszcze aborcjonistka.

— Jej doktorat jest dobry i wciąż aktualny. W 1956 r. zliberalizowano prawo, aborcja stała się legalna ze względów społecznych, ale ustawie towarzyszył ogromny sprzeciw środowisk katolickich. I Wolińska pokazuje ginekologów, którzy powinni reprezentować stronę pacjentek, a tego nie robią, bo bardziej opłacało im się być, jak się wtedy mówiło, „złotą łyżką”.

W tym samym czasie znów schodzi się z Brusem, jest wielka miłość, potem mała stabilizacja. Wreszcie — marzec 1968 r.

— Który jest większym szokiem dla niej niż dla niego. Bo ludzie, którzy w latach 40. dali jej szansę wyboru własnej śmierci, teraz zaczynają działać według ustaw norymberskich: szukają żydowskich przodków, sprawdzają nazwiska, grzebią w życiorysach. Dla Wolińskiej to negatyw „Folwarku zwierzęcego”: towarzysze zmienili się w świnie. I to jest moment, w którym traci wiarę. Neguje swoją przeszłość i ideologiczne wybory. Jak już wyemigrują z Brusem do Oksfordu, brytyjscy znajomi będą jej wypominać, że jest antykomunistyczna.

Poświęciła tak wiele, żeby zbudować ten internacjonalistyczny raj, w którym jej pochodzenie wreszcie nie będzie miało znaczenia, a okazało się, że wciąż ma?

— A Wolińska przecież swoją żydowskość tak głęboko schowała, że jej syn dowiedział się o niej w 1968 r. I nagle ten najbardziej bolący, nieprzerobiony wyraźnie problem wychodzi na widok publiczny, a ona o nim nie umie mówić. A trzeba mówić, bo trzeba się tej nagonce sprzeciwić. Wolińska próbuje to robić, uderzając bezpośrednio w Gomułkę, za co wylatuje z partii. Brus na „czerwonej kanapie” pozostaje do końca, nie odżegnuje się od marksizmu, u Wolińskiej jest to radykalne odcięcie.

Przeszłość dogania ją w latach 90., gdy już od ponad 20 lat mieszka w Oksfordzie. Jak wyglądała jej odpowiedzialność za śmierć generała Augusta Emila Fieldorfa?

— Przypisywanie jej bezpośredniej odpowiedzialności jest nadużyciem. Fieldorf został w listopadzie 1950 r. wzięty z ulicy do aresztu na Koszykowej. Według ówczesnego prawa zatrzymanego można było trzymać bez kwitu 48 godzin, co oczywiście było fikcją. Dlatego MBP potrzebowało wojskowej prokuratury, żeby te areszty przyklepywała. Wolińska była częścią tego systemu i to ona przedłużyła areszt tymczasowy Fieldorfa. Popełniając jednocześnie wykroczenie proceduralne, bo nie złożyła skargi na to, że te 48 godzin trwało już 10 dni. Ale potem sprawa Fieldorfa została przeniesiona do cywilnego wymiaru sprawiedliwości, więc Wolińska, jako wojskowa prokuratorka, nie miała z nią nic wspólnego.

Wolińska nie przesłuchiwała generała, nie przygotowała aktu oskarżenia, nie wydała wyroku. Zatwierdziła areszt. Dlaczego stała się symbolem stalinowskich zbrodni?

— Po pierwsze, bo, jak sama powiedziała, najdłużej żyła. Sprawa tzw. sądowego mordu na generale „Nilu” zaczyna się po 1992 r., ale strasznie się ślimaczy. Dopiero w 1996 r. sąd rozpatruje sprawę Marii Górowskiej, sędzi pierwszej instancji, która skazała Fieldorfa na śmierć. To ona też napisała to często cytowane uzasadnienie, które rzeczywiście mrozi krew w żyłach. Ale Górowska umiera na raka zaraz po pierwszej rozprawie. Zostaje śledczy MBP, który skonstruował akt oskarżenia podpisany później przez prokuraturę cywilną, i zostaje Wolińska. Były śledczy jest w Warszawie, ale z jakiegoś powodu uznano, że należy ścigać Wolińską.

Czy ten powód ma coś wspólnego z jej pochodzeniem?

— Myślę, że tak. Helena Wolińska — ze względu na fantazmat żydokomuny, ale także dlatego, że była żoną oksfordzkiego profesora i znanego ekonomisty — mogła wydawać się dogodniejszym celem. Gwarantowała większy rozgłos.

Ale też wniosek o ekstradycję trochę ośmieszył polski wymiar sprawiedliwości.

— Był przygotowany na szybko i źle, co świadczy o powodach politycznych tej sprawy, bo prokuratura wojskowa w raporcie początkowo donosiła, że szanse na ekstradycję są minimalne. A jakieś dwa tygodnie później prokurator, który ten raport napisał, uruchomił przygotowania do procedury ekstradycji.

Wolińską chciano ścigać z przedwojennego jeszcze paragrafu o bezprawnym zatrzymaniu, który to paragraf dotyczył handlu ludźmi. Prokuratura powiązała to z nowym prawem, według którego zbrodnie stalinowskie jako zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu. I z tego powstała dziwaczna prawna hybryda, którą Brytyjczycy odrzucili.

Gdyby był lepiej skonstruowany, niewykluczone, że by ją wydali. Wolińska miała pecha, bo jej sprawa zbiegła się ze sprawą Pinocheta. Chilijski dyktator został zatrzymany w Wielkiej Brytanii, bo Hiszpania chciała go osądzić za mordowanie swoich obywateli, i wybuchła wielka dyskusja, czy go wydać. Akurat rządziła wtedy lewica, więc prawica domagała się, żeby komunistkę też osądzić. I tak Wolińska została „polskim Pinochetem”.

A w polskich mediach złem wcielonym.

— W debacie publicznej została oskarżona o wszystkie możliwe zbrodnie, jakby w jej osobie chciano osądzić stalinizm. Jej proces miał być pokazowy, otwierać drogę do kolejnych rozliczeń. I mimo że procesu nie było, opinia publiczna uznała Wolińską za winną. Mało tego, w powszechnej percepcji to ona skazała „Nila”. Wielokrotnie przy autoryzacji musiałam wykreślić słowo „sędzia” i zmieniać na „prokuratorka”. I niespecjalnie mnie to nawet dziwi, bo jeśli ktoś nie znał sprawy, pamiętał tylko tę medialną kampanię, jej rozmiar, natężenie, to mógł dojść do wniosku, że była bezpośrednio odpowiedzialna za śmierć Fieldorfa.

A powiedziałabyś, że państwo polskie Wolińską skrzywdziło czy też chciało ukarać za niewłaściwą zbrodnię?

— Wolałabym, żeby moje państwo nie działało emocjonalnie i z takim zacietrzewieniem. Od jego struktur wymagam opierania się na przesłankach racjonalnych i niewplątywania się w sprawę, o której z góry wiadomo, że jest przegrana.

Wolińska nie była jednowymiarowa. Łatwiej nam oczywiście uznać, że ludzie zaangażowani w stalinizm byli po prostu źli, że my byśmy tego nie zrobili. A najlepiej w ogóle zamknąć to wszystko w figurze żydokomuny: całe to zło wyrządzili „obcy”.

Bo przecież nie Polacy.

— Tylko to jest ślepa uliczka, zaciemnianie historii zamiast jej odkrywania i wyjaśniania. Poza tym, paradoksalnie, działa to na szkodę jej ofiar, bo zarówno one, jak i my wszyscy mamy prawo wiedzieć, co się naprawdę wydarzyło i za co Wolińska była odpowiedzialna, a za co nie. Dlatego też chciałam napisać tę książkę. Bo kiedy po raz pierwszy ją sobie wyszukałam w sieci, było dla mnie jasne, że to jest figura, która domaga się dekonstrukcji. Że w tym, co o niej pisano, nie było realnego człowieka.

Tylko taka Baba-Jaga, którą się straszy dzieci?

— Nie tylko ona, w podobnym tonie pisze się o szefowej jednego z departamentów MBP, Julii Brystiger. Oglądałam program, w którym historyk i prawicowa dziennikarka rozmawiali o Brystiger i Wolińskiej — ona pytała o jedną, a on jej opowiadał o drugiej. Indywidualne losy przestały być ważne, bo zlewały się w jeden model komunistki i Żydówki, która wprowadzała stalinizm po trupach „prawdziwych Polaków”. A przecież powojenna rzeczywistość była bardziej skomplikowana.

Wolińska była katem czy ofiarą? Czy te kategorie są za proste?

— Unikam tej dychotomii. Dlatego też przestałam tak chętnie mówić ludziom, czym się zajmuję, bo od razu pytali: to co, winna czy niewinna? I nie dodawali: wobec kogo? A ja mimo dekady pracy nad książką nie jestem w stanie udzielić prostej odpowiedzi. Życie Wolińskiej wymyka się binarnym kategoriom. Trzeba poznać pełny kontekst i odpowiedzieć sobie samemu na to pytanie.

*Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz jest historyczką, reporterką, autorką książki „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia”

WIĘCEJ W NUMERZE
nr
13

22.03.2026

Udział Facebook Twitter LinkedIn Telegram WhatsApp Email

Czytaj dalej

Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”.  Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”. Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

„Nie wychowuj go na mięczaka”. Ale nauka nazywania emocji to dosłownie profilaktyka ratująca życie

„Nie wychowuj go na mięczaka”. Ale nauka nazywania emocji to dosłownie profilaktyka ratująca życie

Prezydent Karol Nawrocki jedzie na CPAC do Teksasu. Będzie się czuł jak w domu [OPINIA]

Prezydent Karol Nawrocki jedzie na CPAC do Teksasu. Będzie się czuł jak w domu [OPINIA]

Biskupi się przestraszyli i próbują uregulować działalność egzorcystów. Ale diabeł tkwi w szczegółach

Biskupi się przestraszyli i próbują uregulować działalność egzorcystów. Ale diabeł tkwi w szczegółach

Dominika awansowała, Marcin zajął się domem. „To było coś więcej niż urażona duma”

Dominika awansowała, Marcin zajął się domem. „To było coś więcej niż urażona duma”

Dojrzewający chłopiec to nie  „problem do rozwiązania”. Jak pomóc mu wejść w dorosłość?

Dojrzewający chłopiec to nie „problem do rozwiązania”. Jak pomóc mu wejść w dorosłość?

Amerykanie są jak dzieci we mgle. Przespali ostatnie cztery lata

Amerykanie są jak dzieci we mgle. Przespali ostatnie cztery lata

Ostatnia nadzieja Jarosława Kaczyńskiego. „Godzilla” ma się zetrzeć z Donaldem Tuskiem [KULISY]

Ostatnia nadzieja Jarosława Kaczyńskiego. „Godzilla” ma się zetrzeć z Donaldem Tuskiem [KULISY]

13-letni Janek trafia na Andrew Tate’a. Tak zaczyna się droga do radykalizmu

13-letni Janek trafia na Andrew Tate’a. Tak zaczyna się droga do radykalizmu

Add A Comment

Leave A Reply Cancel Reply

Wybór Redaktora

Prognoza pogody na wtorek. Wyże Max i Norbert przyniosą spokój

Prognoza pogody na wtorek. Wyże Max i Norbert przyniosą spokój

24 marca, 2026
Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”.  Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

Słyszy, że jest „niegrzeczny”, „złośliwy” i „prowokuje”. Ale w ADHD chodzi o coś zupełnie innego

24 marca, 2026
Czy przelew na wspólne konto małżonków trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego? – Biznes Wprost

Czy przelew na wspólne konto małżonków trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego? – Biznes Wprost

24 marca, 2026
Coś bardzo złego dzieje się z rybami na świecie. Odkryli to Polacy

Coś bardzo złego dzieje się z rybami na świecie. Odkryli to Polacy

24 marca, 2026

Najnowsze Wiadomości

Wojna na Ukrainie. Nocne ataki rosyjskich dronów. Wiele osób rannych

Wojna na Ukrainie. Nocne ataki rosyjskich dronów. Wiele osób rannych

24 marca, 2026
„Nie wychowuj go na mięczaka”. Ale nauka nazywania emocji to dosłownie profilaktyka ratująca życie

„Nie wychowuj go na mięczaka”. Ale nauka nazywania emocji to dosłownie profilaktyka ratująca życie

24 marca, 2026
„Wagarowicze” w Sejmie. Mentzen i Morawiecki gonią Ziobrę – Wprost

„Wagarowicze” w Sejmie. Mentzen i Morawiecki gonią Ziobrę – Wprost

24 marca, 2026
Facebook X (Twitter) Pinterest TikTok Instagram
© 2026 Razy Dzisiaj. Wszelkie prawa zastrzeżone.
  • Polityka Prywatności
  • Regulamin
  • Skontaktuj się z nami

Type above and press Enter to search. Press Esc to cancel.