Ogłoszenia brzmią jak oferty pracy: „Stanowisko: partner na imprezę rodzinną. Wymagania: odporność na ciotki i znajomość disco polo”. Diana była już cztery razy taką partnerką na weselach.
W sumie to nie wiem — zastanawia się Mirek, kiedy pytam, po co mu partnerka na wesele. — Chyba po to, żeby było z kim tańczyć.
Mieszka w Dublinie, pracuje jako elektryk. Ma 54 lata, nie pije, nie pali, nie „bierze używek”, jak sam podkreśla. Poznaję go, gdy szuka partnerki na dwudniowe wesele znajomych w Radomiu pod koniec maja. — Nie pierwszy raz — podkreśla.
Grupa na Facebooku, w której ogłasza się Mirek, wyspecjalizowana w szukaniu pary na wesela, liczy 6 tys. osób. Ogłoszenia są zaskakująco konkretne. „Szukam partnera na wesele 14 czerwca, najlepiej powyżej 180 cm, ogarnięty tanecznie, bez zobowiązań wobec innych uczestniczek”. Albo: „Oferuję dobrą zabawę, rozmowę i brak dram — nie piję do odcięcia, nie robię scen, tylko Gdańsk i okolice”.
Jedno z ogłoszeń zaczyna się jak profesjonalna oferta pracy: „Stanowisko: partner na wesele. Lokalizacja: okolice Krakowa. Wymagania: minimum 175 cm, brak alergii na disco polo, odporność na ciotki pytające o ślub. Oferuję: open bar, dobre jedzenie i możliwość zatańczenia kaczuszek”. Pod spodem kilkadziesiąt komentarzy, w tym CV kandydatów: „Spełniam wymagania, mam doświadczenie w weselach (ponad 20), referencje na życzenie”.
Ktoś inny pisze: „Szukam partnerki, która nie ucieknie po oczepinach i wytrzyma do poprawin. Bonus za znajomość układów tanecznych do »Jesteś szalona«”. Jeszcze ktoś: „Nie szukam miłości, tylko kogoś, kto pomoże mi przetrwać pytania rodziny, dlaczego nadal jestem singlem”.
Są też ogłoszenia autoironiczne: „Mam sukienkę, mam humor, brakuje mi tylko człowieka do zdjęć, żeby babcia była spokojna”. Albo: „Jeśli też boisz się siedzieć przy stole z wujkiem politykiem, dogadamy się”.
Najważniejszy taniec
Kilka lat temu, kiedy córka Mirka brała ślub, też pomyślał o ogłoszeniu. Zgłaszały się kobiety, ale się wystraszył. — Jako ojciec panny młodej nie mogłem sobie pozwolić na ryzyko — tłumaczy. — Nie wiesz, kogo bierzesz. Czy się nie upije, czy nie narobi wstydu przed rodziną.
W końcu poszedł z sąsiadką, bo bezpieczniej. Z obcą osobą to zawsze trochę loteria. — Z drugiej strony, jak idziesz sam, to też nie wiesz, jak będzie — stwierdza. — Wszyscy przychodzą w parach, tańczą ze sobą. A ty siedzisz jak ten kołek albo „pożyczasz”.
Od dziesięciu lat jest samotny. Po rozwodzie zapisał się na zajęcia — trzy, cztery razy w tygodniu, po kilka godzin: salsa, bachata, wszystkie poziomy, żeby czymś się zająć, nie myśleć. I tak się wkręcił.
Raz pojechał na wesele jako osoba towarzysząca, tak na próbę. Kobieta nie chciała pokazać się sama na weselu syna — jej były mąż miał przyjechać z nową partnerką.
— Rodzina myślała, że jesteśmy parą. Babka nie odstępowała mnie na krok. Problem był, bo nie umiała tańczyć. Utknąłem — śmieje się Mirek.
Teraz wie, że u kandydatki na wesele w Radomiu dobre poczucie rytmu to podstawa. — Ma być bardziej do tańczenia niż na stałe — mówi bez wahania. Ma konkretne wymagania: do czterdziestki, reprezentatywna, najlepiej taka, która da się prowadzić i nie będzie chciała rządzić na parkiecie, bo od tego jest mężczyzna.
Jeśli nie uda się znaleźć nikogo, pójdzie z byłą dziewczyną albo sam. — Najtrudniejszy jest początek, zanim wszyscy się rozkręcą. Potem już sobie poradzę — chwali się.
Partner na pokaz
Psycholożka dr Aleksandra Żyłkowska-Wójcik podkreśla, że w takich sytuacjach ogromną rolę odgrywa autoprezentacja. — Pójście z kimś na wesele to komunikat: „Ze mną wszystko jest w porządku”. W niektórych rodzinach jest wręcz rywalizacja: kto ma partnera, kto ma dziecko, kto odniósł sukces. Pojawienie się w pojedynkę może wywoływać pytania, domysły, czasem zupełnie nieadekwatne interpretacje, które nie są komfortowe — mówi wprost. W jej gabinecie często pojawiają się osoby, które czują presję, by wpisać się w oczekiwania bliskich, nawet jeśli nie odpowiada to ich rzeczywistości. — Czasem ktoś dobiera partnera „na pokaz”, żeby potwierdzić pewien obraz siebie: że jest w związku, że spełnia normy, że jego życie wygląda tak, jak powinno. To może być związane z potrzebą akceptacji, ale też z lękiem przed oceną. I to nie dotyczy tylko małych miejscowości — kluczowe jest raczej to, z jakiej rodziny pochodzimy i jakie wzorce wynieśliśmy — wyjaśnia.
Socjolożka dr Julita Czernecka z Uniwersytetu Łódzkiego zauważa, że wesele to jedno z najbardziej symbolicznych wydarzeń społecznych. — Dlatego osoby przychodzące solo często czują się tam trochę jak „poza narracją”. W takich momentach wyraźnie widać społeczne oczekiwanie bycia w parze. Wciąż funkcjonuje subtelna presja i pojawiają się pytania typu: „A ty z kim?”, „A kiedy twoja kolej?”.
Czernecka zwraca uwagę, że dla wielu osób nie jest to tylko kwestia towarzystwa przy stole, ale też konfrontacja z własnymi emocjami: z poczuciem bycia ocenianym, porównywanym albo z własną tęsknotą za bliskością. Dlatego niektórzy wolą przyjść z kimś, nawet jeśli jest to osoba poznana niedawno, niż tłumaczyć się ze swojej sytuacji.
Na jednym z portali ogłasza się 25-latka z Łodzi. Oferuje towarzystwo na weselach i innych wydarzeniach w całej Polsce, jasno określając warunki finansowe: za udział w jednym dniu wesela oczekuje 2000 zł plus transport, a jeśli w grę wchodzą także poprawiny — stawka rośnie do 2800 zł za cały pakiet. W ogłoszeniu podkreśla „pełen profesjonalizm”: deklaruje, że potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, jest gotowa budować „wiarygodność wizerunku pary”, dobrze wypada w rozmowie z rodziną, jest komunikatywna i lubi tańczyć. Zaznacza jednak wyraźnie, że oferta dotyczy wyłącznie towarzystwa i nie obejmuje usług seksualnych.
Nie wiem jednak, czy szczupła brunetka o długich, starannie ułożonych włosach, ubrana w kusą brokatową sukienkę, nie jest „fejkiem”. Kiedy próbuję do niej napisać, nie odpowiada. Nie udaje mi się też zarejestrować swojego profilu.
Lepsze dopasowanie
— Łatwo zniechęcić się tymi wszystkimi grupami i portalami — przyznaje Michał Włodkowski, 35-letni menedżer inżynierii danych z Warszawy. Jakiś czas temu szukał dziewczyny na wesele, jego znajoma zrezygnowała dwa tygodnie przed imprezą, ale ostatecznie poszedł sam. — Były dni, że na forum pojawiało się 50 postów dziennie, ale głównie anonimowych, bardzo ogólnych, wiele nie zawierało podstawowych informacji — opowiada. Do tego dochodziły techniczne problemy: wiadomości ginęły w odmętach folderu „inne”, profile były zamknięte, trudno zweryfikować, kto jest po drugiej stronie. — W tym chaosie ciężko było coś znaleźć — podsumowuje.
Uznał, że przydałaby się specjalna aplikacja, która będzie działać bardziej szczegółowo. Tak powstało Event Match. Ma dwa tryby działania, które porządkują cały proces już na starcie. Pierwszy dotyczy osób, które mają zaproszenie na wesele i szukają osoby towarzyszącej — dodają ogłoszenie z informacjami o wydarzeniu. Drugi jest dla tych, którzy chcą chodzić na wesela, ale nie mają okazji — deklarują swoją dostępność w określonym czasie (np. przez najbliższe trzy miesiące) i czekają na zaproszenia.
Każde ogłoszenie zawiera zestaw konkretnych danych, które w grupach facebookowych często są pomijane. To m.in. lokalizacja wesela, termin, podstawowe oczekiwania wobec partnera/partnerki, a także bardziej szczegółowe kwestie organizacyjne. Włodkowski dodał też elementy, które wynikają bezpośrednio z doświadczeń użytkowników: można określić „scenariusz” dla gości (czy udajemy parę, czy mówimy prawdę), ustalić kwestie finansowe (kto płaci za udział), a także zaznaczyć np., czy zapewniony jest nocleg albo czy ważne są umiejętności taneczne. — To są rzeczy, o które ludzie i tak pytają, tylko często za późno — tłumaczy.
Ważną częścią aplikacji jest też system kontaktu i selekcji, który ma ograniczyć chaos znany z mediów społecznościowych. Zamiast przypadkowych wiadomości użytkownik dostaje zgłoszenia, które może zaakceptować, odrzucić albo rozpocząć rozmowę. Relację można w każdej chwili zakończyć. Aplikacja nie pozwala na wysyłanie zdjęć w czacie, co ma ograniczyć nadużycia i przesuwanie rozmów w niepożądanym kierunku.
Bez wstydu i skrępowania
— Internet bardzo zmienił sposób, w jaki budujemy relacje społeczne — przyznaje dr Czernecka. — Kiedyś, jeśli ktoś potrzebował osoby towarzyszącej na wesele, prosił znajomych albo rodzinę. Dziś wystarczy napisać post w grupie na Facebooku czy w aplikacji społecznościowej. To tworzy nowy typ relacji krótkotrwałych, sytuacyjnych, opartych na konkretnym celu. Ludzie umawiają się nie dlatego, że szukają miłości, ale dlatego, że chcą razem przeżyć jakieś wydarzenie — podkreśla socjolożka.
Jej zdaniem sieć obniża też próg wstydu i skrępowania, bo łatwiej napisać ogłoszenie do obcych, niż poprosić znajomych o pomoc. Co ciekawe, takie „umowy społeczne” są często bardzo klarowne: wiadomo, że chodzi o wspólne wyjście, rozmowę, może taniec, ale bez presji, że musi z tego wyniknąć coś więcej.
Co ciekawe — dodaje dr Czernecka — w internetowych społecznościach pojawia się też zjawisko polecania takich osób. Jeśli ktoś dobrze sprawdził się jako towarzysz czy towarzyszka na weselu, był rozmowny, uprzejmy, potrafił stworzyć dobrą atmosferę, bywa później polecany przez innych użytkowników. Zdarza się nawet, że takie osoby stają się „rozchwytywanymi” partnerami na różne wydarzenia.
„Nie żodne fochy i dąsy”
— Cztery razy byłam w zeszłym roku — Diana Kobus, 36-letnia księgowa z Katowic, o weselach mówi tak, jak niektórzy mówią o wyjściu do kina, a nie o weekendzie spędzonym z obcą osobą. Uwielbia ten klimat przy stole i parkiecie, muzykę disco polo, śmiech, zabawę, poznawanie ludzi. — Tańczyć nauczyłam się w dzieciństwie na wiejskich zabawach — opowiada.
Do grupy weselnej na Facebooku trafiła z ciekawości, a potem wystarczyło kilka komentarzy pod postami i panowie sami się odzywali. Mechanizm był prosty: najpierw wiadomość, potem rozmowa, czasem spotkanie na kawie, kiedy sprawdzała, czy są dopasowani. I jak wszystko szło gładko, to wspólna impreza.
Pierwsze takie spotkanie pamięta dobrze. Mężczyzna pracował w Niemczech, do Polski przyjeżdżał tylko od czasu do czasu, więc zanim zdecydowali się pójść razem na wesele, zobaczyli się kilka razy. — Od razu zaznaczyłam, że nie szukam partnera — mówi. Była świeżo po rozstaniu i chciała raczej odetchnąć, niż wchodzić w nową relację. Wesele traktowała jako okazję do wyjścia z domu i chwili zapomnienia.
Z czterech wesel każde wyglądało inaczej. Najbardziej zapadło jej w pamięć to, z którego wracała sama, w środku nocy. Partner, który deklarował, że nie pije, szybko stracił kontrolę. — Spakowałam się i wyszłam — relacjonuje. Byli daleko od Katowic, ale na szczęście trafiła na miejscowość z komunikacją. Taksówka, dworzec, godzina czekania na pociąg. Od tamtej pory planuje takie wyjazdy inaczej: sprawdza lokalizację, dojazdy, możliwość powrotu na własną rękę.
Zdarza się, że panowie próbują zmieniać umówione zasady gry. — Niby przyjmują, że nic więcej, a potem zaczynają drążyć — opowiada. Dlatego nauczyła się stawiać jasne zasady i szybko reagować, kiedy ktoś próbuje je obejść.
Padają propozycje finansowe. — Był pan, który chciał zapłacić nawet za sukienkę — mówi. Odrzuciła ofertę, zwłaszcza gdy pojawiły się sugestie „czegoś więcej” po weselu.
Wybiera ogłoszenia, które mają w sobie coś więcej niż jedno zdanie. — Lubię, jak są napisane z humorem — mówi. Jej ulubione to, gdy pan szukał partnerki na góralskie wesele: „Ty mozes byc wysoko, piykno i najlepiej taka, co jak poleci »Hej bystra woda«, to nie stoi pod ścianom jak cep przy stodole. Jak nie mos stroju, nie martw sie, siostra abo koleżanki cosik piyknego pożyczom. (…) Ma być klimat, śmiych i iskry, nie żodne fochy i dąsy” [pisownia oryginalna].




