Dawno powinni być na emeryturze, ale nadal pracują. Uważają, że dzięki temu są zdrowsi i bardziej pogodni. W Polsce prawie milion emerytów pracuje. I z każdym rokiem będzie ich więcej.
— Bo lubię. I mogę — mówi 88-letnia lekarka internistka Elżbieta Zawistowska, kiedy pytam, dlaczego nadal pracuje. — Nie wyobrażam sobie bezczynności. Praca trzyma człowieka w pionie, pozwala czuć się potrzebnym, nadaje strukturę dnia.
Pracuje na pół etatu w przychodni na warszawskim Powiślu. Po trzy godziny dziennie, wymiennie od 9.00 do 12.00 i od 14.30 do 17.00. Dojazd zajmuje jej — z postojem na światłach — pół godziny. Jeździ samochodem, rzadko zdarza się, że wsiada do tramwaju.
— Moi stali pacjenci to również seniorzy. Zawsze starannie ubrani, z kindersztubą — mówi. — Średnio 80-latkowie, ale najstarszy skończył 103 lata. Bywa, że są zdrowsi od młodszych: dorastali w czystym środowisku, jedli zdrowo i bez konserwantów, mieli mniej stresów w pracy niż pokolenie ich wnuków.
Elżbieta pracę zaczęła w 1962 r. Była pierwszą lekarką w rodzinie. Dziadkowie mieli ziemię w Sochaczewie pod Warszawą. Ojciec był inżynierem melioracji po SGGW, mama przed wojną skończyła szkołę dla panien. Na skutek komunistycznej indoktrynacji dzieciaki w szkole podstawowej przezywały Elżbietę pasożytem. Mimo to dobrze wspomina tamte czasy: brała udział w zawodach gimnastycznych, grała w siatkówkę w reprezentacji szkolnej. Sport dawał zastrzyk adrenaliny, wyrzut endorfin, energię do działania i przestrzeń do nauki.
W początkach pracy nie miała jednak czasu na dodatkowy wysiłek fizyczny. W latach 60. i 70. pensje lekarzy, tak jak nauczycieli, były kiepskie. Miała małe dziecko, pracowała na półtora etatu w przychodni rejonowej, do tego wizyty domowe i w nocnej opiece lekarskiej. Najtrudniej było nocą. Bywało, że musiała jeździć na meliny i do ofiar przemocy domowej. Zazwyczaj sama, czasem tylko — jako ochrona — towarzyszył jej kierowca karetki.
— Zahartowałam się, wyćwiczyłam w stanowczości i spokoju — wspomina. — Przydawało się w pracy z pacjentami, którzy bywali agresywni i roszczeniowi. Z biegiem lat, lecząc kolejne dziesiątki chorych, nauczyłam się czytać ludzi jak otwarte książki. Co pacjent to inny człowiek i problem do rozwiązania, ale czasem od wejścia do gabinetu wyczuwałam, co mu dolega i jak mogę pomóc.
Z biegiem lat nauczyła się również pomagać sama sobie: wróciła do sportu, który pozwalał zresetować umysł i zachować ciału sprężystość. Skończyła 40 lat, kiedy w Polsce zaczęła się moda na aerobic. Dwa razy w tygodniu chodziła na te rytmiczne i wymagające wytrzymałości ćwiczenia. Po pięćdziesiątce odkryła — powoli zyskującą w Polsce na popularności — jogę. Nauczyła się też jeździć na nartach i razem z córką Dorotą dwa razy w roku wypuszczała się poszusować po polskich i europejskich szlakach.
Wciąż do góry
— Ruch to życie — Elżbieta Zawistowska powtarza pacjentom, którzy starzeją się razem z nią. Kiedy ktoś pyta o tajemnicę jej zdrowia i wigoru, mówi o równowadze i umiarze. Każda skrajność jest szkodliwa: od restrykcyjnych diet traktujących ludzi jak monolit, przez katowanie ciała ćwiczeniami ponad siły, po drastyczne zabiegi służące zatrzymaniu starości. Tej wiedzy nie da się przyswoić na studiach. To nauka płynąca z ponad 60 lat pracy z cierpiącym człowiekiem.
— Ludzie traktują ciała jak maszyny. Nawet na przeziębienie domagają się antybiotyków. Dziwią się, kiedy mówię, że leżenie też jest lekiem: organizm może skupić się na walce z chorobą, a nie drenować się dodatkowym wysiłkiem. Bywa, że z podejrzliwością traktują moje zalecenia, żeby zamiast kupować baterie leków, płukać bolące gardła wodą z solą — mówi Elżbieta. Ale dodaje: — Dla większości pacjentów mój wiek i doświadczenie są jednak wartością dodaną. Doceniają też to, że nie stoję w miejscu, że wciąż się uczę.
88-letnia Elżbieta Zawistowska pracuje jako lekarka
Foto: Marek Zawadka / Marek Zawadka
Seniorów, którzy tak jak Elżbieta pracują nawet po osiemdziesiątce, coraz częściej nazywa się perennialsami. Określenie pochodzi od angielskiego słowa „perennial”, czyli „roślina wieloletnia”, która żyje nawet setki lat i wciąż wytwarza nasiona. Radzi sobie w trudnych warunkach. W niskich temperaturach albo palącym słońcu nadal pnie się do góry. Polscy perennialsi potrafią adaptować się do zmian. Również w pracy. Z badań wynika, że między pracownikami z różnych grup wiekowych nie ma istotnych różnic w zdolności dostosowywania się do nowych narzędzi technologicznych. Młodsi pracownicy częściej zgłaszają trudności w ogólnej adaptacji niż nadal pracujący seniorzy. Problemem w łączeniu doświadczeń różnych pokoleń jest tylko brak umiejętności zajmujących się tym menedżerów. Mimo to pracodawcy w Polsce zaczynają doceniać potencjał perennialsów. W listopadzie ubiegłego roku, co wynika z badań ZUS, pracowało blisko 900 tys. osób z prawem do emerytury. To o 20 tys. więcej niż w 2024 r. W ciągu ostatnich dziewięciu lat liczba pracujących emerytów wzrosła o 51,7 proc.
Jednym z pierwszych biur pośrednictwa między pracodawcą a emerytem jest działające w Gdańsku Centrum Pracy Seniorek i Seniorów. W 2018 r. centrum oferowało 270 miejsc pracy dla kandydatów 60+. Do połowy marca 2026 r. takich propozycji było już 1100. Wśród nich powtarzają się oferty na stanowiska administracyjne i biurowe oraz wsparcie obsługi klienta. Z każdym rokiem w Gdańsku rośnie zapotrzebowanie na specjalistów technicznych, takich jak pracownicy branży stoczniowej.
— Nasi doradcy kompleksowo wspierają seniorów — mówi Aneta Piotrowska, kierowniczka Centrum Pracy Seniorek i Seniorów. — Uczymy m.in. wypełniania formularzy aplikacyjnych, szkolimy w zakresie rozmów rekrutacyjnych i pracujemy nad poczuciem własnej wartości, kiedy senior skarżą się na brak pewności siebie w konkurowaniu z młodszymi.
Łączeniem poszukujących pracy emerytów i potencjalnych pracodawców zajmuje się również prowadzone przez kieleckiego biznesmena Tomasza Pokrzepę Polskie Centrum Aktywizacji Juniorów i Seniorów. Na początek maja zaplanowano w Kielcach pierwsze w Polsce targi i kongres, podczas których starsi i młodsi będą mogli skorzystać ze swoich doświadczeń. Również w pracy.
Zadania z wyobraźni
— Starość to szczególny czas. Za nami ogrom doświadczeń, ale też pokusa rezygnacji — z ruchu, ciekawości i zaczynania. Pojawia się myśl, że nie wypada, że za późno, że nic nowego się nie zdarzy. A to nieprawda. To nasze myślenie odbiera nam radość i działa jak samospełniająca się przepowiednia — przekonuje podczas internetowego kursu o starości „Im starszy, tym lepszy” — dostępnego na platformie Positive Life — psycholog i psychoterapeuta, 81-letni Wojciech Eichelberger. Jedno z zadań dla uczestników kursu: Opisz, jakim drzewem się czujesz.
— Jestem jak buk, szarosrebrzysty, wciąż pnący się do góry. Lubię to drzewo, bo kojarzy mi się z Bieszczadami, gdzie pomieszkiwałem i hipisowałem w latach 70. — odpowiada 76-letni Andrzej Zygmuntowicz, artysta fotograf, kurator i komisarz wystaw fotograficznych. Od ponad 20 lat pracuje na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i w Studium Fotografii ZPAF. I nie zamierza przestać. Lubi uczyć. — Dzielę się ze studentami nie tylko wiedzą techniczną i historią fotografii, ale przede wszystkim zdradzam im patent na ciekawe życie, również zawodowe — mówi. Jego patent w dużym skrócie: — Bądź twórczy, nie bój się eksperymentować. Spotykaj się z ludźmi, słuchaj ich historii. Nadążaj za zmianami, nie wybrzydzaj, że kiedyś było lepiej, ucz się od młodszych. Ciesz się z drobiazgów. I przede wszystkim: bądź wolny, będzie ciężko, ale w ostatecznym rachunku to się opłaci.
Historia Zygmuntowicza może być dla studentów dowodem, że trzymając się tych zasad, można osiągnąć sukces. Początkowo fotografował równolegle z pracą na etacie. Skończył Politechnikę Warszawską, znalazł zatrudnienie w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej, był nauczycielem w szkole specjalnej i ekspertem technicznym w Centrum Zdrowia Dziecka. Po egzaminie mistrzowskim i zdobyciu legitymacji Związku Artystów Fotografików już nigdy nie wrócił na etat. Przez dekadę gierkowską, stan wojenny, karnawał Solidarności, do przełomu 1989 r. zajmował się dwoma tematami: dokumentował codzienność i fotografował akty.
— W tamtych latach osób fotografujących nagość było niewiele. Kilka razy, przy okazji wystaw aktów, usłyszałem, że jestem zboczeńcem i pornografem — mówi Zygmuntowicz. — Dziś nagość jest na wyciągnięcie ręki, w telefonie, a ciało jest traktowane jako produkt. Mimo to jesteśmy bardziej pruderyjni niż w czasach PRL. Kilka lat temu miałem mieć wystawę w Zamościu. Nie doszło do niej: galeria, gdzie miały wisieć moje akty, była przeszklona i mieściła się naprzeciw kościoła. Trudno wyobrazić sobie, aby nie tylko w tym miejscu zawisła wystawa dotycząca aborcji, a ja pamiętam słynny w latach 70., poświęcony temu tematowi cykl zdjęć Anki Musiałówny. Dziś nagość i aborcja przestały być tabu. Ich miejsce zajęły mniejszości, problemy psychiczne i rówieśnicza przemoc.
76-letni Andrzej Zygmuntowicz pracuje jako fotograf
Foto: Marek Zawadka / Marek Zawadka
Zygmuntowicz jest przekonany, że również przez tego typu historie — dostosowując przekaz do współczesnego tempa życia — można pokazać 20-latkom przemiany społeczne. Trudno jednak wymagać od nich, aby sami z siebie wyszli ze swoich baniek i spojrzeli na rzeczywistość szerzej.
— Mało kto korzysta dziś z dobrodziejstw wyobraźni, ja staram się ją pobudzić — mówi. — Pokazuję studentom 100 zdjęć na 100 lat odzyskania niepodległości. W ten sposób widzą, co z czego wynika i łapią dynamikę zmian. Proszę, żeby zrobili 21 zdjęć w promieniu 100 metrów od domu. W ten sposób wyrywam ich z telefonów i próbuję wzbudzić ciekawość tym, co tu i teraz.
Iskierka żywotności
Wojciech Eichelberger w swoim kursie o starości pisze, że mózg starych ludzi nie przestaje się uczyć. Robi to, ale inaczej. Badania wskazują — przekonuje psychoterapeuta — że ciekawość poznawcza w późnym wieku rośnie, co skutkuje większym przyswajaniem wiedzy. Przez lata aktywności umysłowej, pracy, nauki czy wolontariatu wzrasta tzw. rezerwa poznawcza. Przypomina sieć dróg w wyobraźni, im gęstsza, tym łatwiej ominąć utrudnienia. Czyli lepiej poradzić sobie z kryzysami neurodegeneracyjnymi. Słowem: seniorzy przez lata angażujący się np. w pracę cieszą się lepszym zdrowiem psychicznym, niższym poziomem stresu i dłuższym życiem.
O codziennym, żmudnym budowaniu rezerwy poznawczej opowiadają Warszawianka Jolanta Kwasiborska i mieszkająca w Kielcach Helena Pokrzepa.
Jolanta Kwasiborska w sierpniu skończy 85 lat. Od 2001 r. pracuje na kasie w jednym z warszawskich sklepów sieci Auchan. Wcześniej, aż do osiągnięcia wieku emerytalnego, była kasjerką walutową i recepcjonistką w Hotelu Grand.
— Lubiłam tę pracę — mówi. — Płacili średnio, ale spotykałam się z ludźmi, miałam koleżanki i kolegów. Po sześćdziesiątce musiałam zwolnić etat młodszym. Przez trzy miesiące siedziałam w domu i myślałam, że oszaleję. Przez kilkadziesiąt lat pracy rzadko chodziłam na zwolnienia lekarskie. Byłam zdrowa i pełna sił. Nie wyobrażałam sobie, że na resztę życia usiądę w fotelu przed telewizorem i będę wychodzić z domu tylko na zakupy.
Na szczęście szybko dostała szansę na pracę w Auchan. Najpierw na etat, potem połówkę, ostatnio na dwie piąte etatu. Przyjeżdża do pracy trzy razy w tygodniu, na sześć godzin z 15-minutową przerwą. Jeszcze do niedawna dojeżdżała swoim autem, ostatnio przesiadła się na tramwaj i metro. Lubi te dojazdy: jest wśród ludzi, którzy tak jak ona są aktywni i sprawni. Najbardziej jednak lubi swoją pracę. Kiedy ma wolne, ćwiczy myślenie i wyobraźnię, rozwiązując krzyżówki, ale nie może doczekać się powrotu na kasę, rozmów z kolegami i klientami.
— Nikt nie traktuje mnie ulgowo, a ja nie chcę, aby ktoś patrzył na mnie przez pryzmat wieku — mówi Jolanta. — Dziennie przesuwam na taśmie kilkadziesiąt produktów, czasem tylko klient wyręcza mnie i sam przenosi np. zgrzewkę napojów. Czasem ktoś mi gratuluje tej iskierki żywotności. Przyjmuję komplementy i mimo lat zbliżających mnie do dziewięćdziesiątki nie zamierzam przestać pracować.
— Z przerażeniem obserwuję, jak moi niepracujący rówieśnicy podupadają na zdrowiu — mówi 77-letnia Helena Pokrzepa, pielęgniarka i położna środowiskowa z Kielc. — Kilku znajomych odeszło. Zgaśli dosłownie z dnia na dzień.
Helena modli się, żeby jak najdłużej pracować. Nawet jak ma drugą zmianę, zrywa się o 5.30, parzy kawę, czyta Harlequina albo — podobnie jak Jolanta — robi gimnastykę umysłu, czyli rozwiązuje krzyżówki. A potem idzie pieszo — dla zdrowia — do przychodni. Pacjenci ją rozpoznają na ulicy, uśmiechają się, czasem powiedzą coś miłego. Zdarza się, że spotyka również dawnych pacjentów ze szpitala, gdzie była położną, i z onkologii, gdzie przez lata pracowała jako pielęgniarka oddziałowa. W przychodni słyszy, jak matki mówią do dzieci: „Zobacz, ta pani była u ciebie, jak tylko się urodziłeś!”.
— Patronaże, czyli wizyty w domu noworodka, to najwspanialsza część mojej pracy — mówi. — Ważę nowo narodzone dziecko, pobieram krew z pięty, obserwuję, czy dobrze wygoił mu się pępek i czy nie ma żółtaczki. Niestety, rodzi się coraz mniej dzieci. W marcu w moim rejonie urodziło się tylko troje. W latach 70. miałam od 30 do 40 patronaży w miesiącu. Starzejemy się i wkrótce nikogo nie będzie dziwić pracujący 80-latek.
Kwiat paproci
Ostatnia wystawa zdjęć 76-letniego Andrzeja Zygmuntowicza to cykl robionych przez 20 lat fotografii kwiatów zasuszonych, w rozkładzie, zlewających się z papierem, na którym dużo wcześniej zostały ułożone. Wystawa nosi tytuł „Kwiat paproci”. Z podtytułem: „Od straty do odrodzenia”.
— To opowieść o starzeniu się? — pytam.
— Dla każdego o czymś innym — odpowiada Zygmuntowicz. — Z pewnością jednak dotyczy pożegnań, których nie sposób uniknąć.
On przeżył śmierć żony, odejście przyjaciół. Dzięki pracy i kolejnym projektom fotograficznym jest wciąż — jak mówi — w procesie. Ostatnio fotografuje nekropolie.
88-letnia Elżbieta Zawistowska przyznaje, że starzenie się ciała uczy ją pokory. Jeszcze do końca ubiegłego roku chodziła trzy razy w tygodniu na jogę. Dwa lata temu ostatni raz wyjechała na narty i szusowała po stokach Andory. Po operacji wszczepienia endoprotezy musiała zwolnić. Jogę w ostatnich tygodniach zastąpiła spacerami i codziennym rozciąganiem się. Traktuje to jednak jako marny erzac i wierzy, że wróci do asan. Czeka ją jeszcze zabieg kardiologiczny, bo z powodu miażdżycy tętnic łapie zadyszkę i nie podbiegnie do tramwaju tak szybko jak kiedyś. Ale nie daje się. Regularnie chodzi do teatru. Błyskawicznie opanowała sztukę wypisywania e-recept i e-skierowań, a pacjentów — jak kiedyś — czyta niczym otwarte książki. I każdego dnia powtarza nie tylko im, ale też sobie: Nie zapomnij: ruch to życie.






