Formacja obiecująca drogę między PiS a PO nie ma dziś w Polsce wielkiego sensu. Nie przy tym poziomie polaryzacji — mówi prof. Jacek Raciborski z Katedry Socjologii Polityki UW.
Newsweek: Przemysław Czarnek twierdzi, że nie ma dziś już w Polsce wyborców umiarkowanych. Polityczne centrum wyparowało?
Jacek Raciborski: To popularna od niedawna hipoteza. Ja się z nią nie mogę do końca zgodzić. Jednocześnie faktem jest, że typowy dla wielu demokracji układ, w którym poglądy polityczne obywateli można było przedstawiać przy pomocy krzywej Gaussa, rozpadł się w wielu miejscach na dwa układy z odrębnymi centrami. To trochę przypomina dwumodalny rozkład zmiennej.
To znaczy?
— Taki rozkład ma dwa wierzchołki wyznaczane przez wartości na osi rzędnych (pionowej). Więc na przykład liczba obywateli lokujących się w poszczególnych punktach na 10-stopniowej skali lewica — prawica mogłaby rozkładać się tak, że 30 proc. lokowałoby się przy wartości 3 na skali i 30 proc. przy wartości 7. A więc relatywnie najwięcej osób przynależałoby do centrum obozu lewicy i do centrum obozu prawicy.
Porzućmy jednak takie skalowanie, bo do opisu obozów politycznych potrzebujemy więcej niż dwóch wymiarów. W Polsce mamy od dawna dwa obozy, zarówno na poziomie systemu partyjnego, jak i elektoratu. Można więc powiedzieć, że nie mamy dziś jednego centrum, ale jedno w obrębie obozu rządowego, niegdyś definiowanego jako anty-PiS, drugie wewnątrz obozu pro-PiS.
Są sobie równe?
— Nie muszą być, by zadziałała logika polaryzacji i dwublokowości, czasem trochę silniejszy może być jeden, czasem drugi blok.
Kiedy taki podział zaczyna się w Polsce?
— Wtedy, kiedy polaryzacja PO-PiS, czyli gdzieś w okolicach roku 2007 r. Ten podział umacnia się znacznie w okolicach 2015-2016 r., gdy PiS zaczyna zmiany w Trybunale Konstytucyjnym i mediach publicznych, co spotyka się z protestami drugiej strony i wyzwala wielkie emocje w obu obozach.
On nie zyskał bardzo głębokiego wymiaru afektywnego już po Smoleńsku?
— Zyskał, ale tematyka Smoleńska względnie szybko wygasła, proszę zwrócić uwagę, że prawie w ogóle nie pojawiała się w przekazie PiS w wyborach w 2015 r., Antoni Macierewicz, główny rzecznik koncepcji zamachu, został wręcz ukryty. PiS ponownie ożywia ten spór i związane z nim emocje dopiero po swoim powrocie do władzy, wtedy ruszają prace podkomisji Macierewicza, a obchody smoleńskie zyskują państwowy niemal wymiar, co znów wywołuje bardzo gwałtowne reakcje po drugiej stronie.
Po 2015 r., gdy protesty upowszechniają się i instytucjonalizują w formie KOD, krystalizują się w masach dwa przeciwstawne polityczne światopoglądy. Wcześniejsza międzypartyjna opozycja PO-PiS przekształca się w pełnokrwisty podział socjopolityczny. To jest taki podział, który formuje silne i trwałe polityczne tożsamości. A to znaczy, że zwykli ludzie definiują się na co dzień jako zwolennicy PiS i Kaczyńskiego bądź jako jego przeciwnicy lub wrogowie. I wszystkie inne dzielące Polaków spory stają się wtórne wobec tego podziału.
I między tymi dwoma blokami nie ma miejsca na żadną „trzecią drogę”, żadne klasycznie rozumiane centrum?
— Jakieś jest, ale niewielkie. Pamiętajmy, że autoidentyfikacja polskich wyborców jest bardzo mocno przesunięta na prawo — ponad 40 proc. deklaruje takie poglądy. Lewicowe około 20 proc., centrowe w ostatnim badaniu CBOS 23-25 proc. To mało.
Jest coraz mniej kwestii, w których opinia publiczna mogłaby kształtować się zupełnie swobodnie, bez wciągania tematu w podział między tymi dwoma blokami. Stanowiska bardzo szybko podlegają polaryzacji. Weźmy kwestię SAFE. Początkowo zdecydowana większość Polaków popierała zaciągniecie tego kredytu na zakup uzbrojenia, ale pod wpływem propagandy obozu PiS liczba przeciwników tego programu gwałtownie wzrosła i dziś popiera go tylko niewielka większość.
Jak te dwa bieguny mają się do podziału lewica-prawica?
— Wyborcy bloku anty-PiS będą deklarować raczej centrowe i lewicowe poglądy, wyborcy antyrządowi prawicowe. Ale jak zaczniemy badać, co ludzie rozumieją pod tymi deklaracjami, zaczynają się problemy. Bo to jest często zupełnie oderwane od tego, co historycznie znaczył podział prawica-lewica.
PiS łączy np. konserwatywne postulaty światopoglądowe z etatyzmem w gospodarce i wizją państwa, które sprawuje kuratelę nad życiem obywateli, z pewnymi chadeckimi hasłami solidaryzmu społecznego.
Z kolei rząd Tuska coraz częściej sięga po nacjonalistyczny język, dzieli z prawicą widzenie świata, w którym wszyscy Polsce zagrażają, a militaryzację państwa i społeczeństwa widzi jako jedyną odpowiedź na to wyzwanie. I rząd, i prawicowa opozycja ciągle powtarzają, że Polsce bezpośrednio zagraża Rosja i że musimy się zbroić, by przeciwstawić się temu zagrożeniu — choć nie mam pewności, czy większość polityków strony rządowej, a tym bardziej jej wyborców, naprawdę wierzy, że Rosja zagraża nam już dziś. Nawet jeśli uznają konieczność wydatków na modernizację armii.
Podział lewica-prawica jawi się teraz jako wtórny wobec podziału na dwa bloki — pro-PiS i anty-PiS. Najlepiej to widać poprzez analizę przepływów elektoratów w drugiej turze wyborów prezydenckich — narzekano na Zandberga, że nie poparł w niej jednoznacznie Trzaskowskiego, ale ok. 85 proc. jego wyborców jednak zagłosowało na kandydata KO w II turze. Podobnie było z wyborcami Mentzena oraz Brauna i poparciem dla Nawrockiego. Te bloki są dziś bardziej skonsolidowane niż w 2020 r., gdy wyborcy Bosaka w II turze podzielili się prawie po równo pomiędzy Dudę a Trzaskowskiego.
Wobec tego nie ma sensu walczyć o niewielką przestrzeń między blokami i trzeba dbać maksymalnie o mobilizację własnego?
— Walczyć trzeba o każdego wyborcę. Ale ta mobilizacja po obu stronach nieuchronnie zmniejsza rolę wyborców o centrowych poglądach lub słabo skrystalizowanych.
Można więc powiedzieć, że w 2025 r. Trzaskowski przegrał, bo zamiast mobilizować swój obóz, próbował sięgać po bardziej umiarkowanych konserwatywnych wyborców?
— W kampanii Trzaskowskiego popełniono cały szereg błędów, ale diagnoza, żeby wobec tak wyraźnego przesunięcia autoidentyfikacji polskich wyborców w stronę prawicy powalczyć o część tak określającego się elektoratu, nie była pozbawiona racjonalnych podstaw. Te gesty nie wywołały przecież demobilizacji obozu anty-PiS, frekwencja w drugiej turze w środowiskach sprzyjających temu obozowi, a więc w dużych miastach, wśród kobiet, w średnich rocznikach, wśród ludzi wykształconych była wyższa niż w środowiskach tradycyjnie sprzyjających PiS.
Nie mamy żadnych wskazówek, że tę niewielką grupę wyborców, którzy zadecydowali o wyniku drugiej tury, zniechęciło do uczestnictwa to, co Trzaskowski mówił o edukacji zdrowotnej albo o Ukraińcach, a nie przegrzanie tematu kawalerki, kibolskiej przeszłości i paniczne ataki na Nawrockiego za wszystko. Takie drobne błędy mogły zadecydować o minimalnych przesunięciach elektoratu. A te w sytuacji równowagi okazały się rozstrzygające.
Czy w takim razie dziś jakaś formacja obiecująca trzecią drogę między PiS a PO, np. partia Rafała Brzoski, o której się często spekuluje, miałaby sens?
— Nie, dziś to nie miałoby wielkiego sensu. Nie przy tym poziomie polaryzacji.
Co by się więc musiało stać w polskiej polityce, by otworzyła się przestrzeń dla podobnej inicjatywy?
— Po pierwsze, musiałoby dojść przynajmniej do zamrożenia konfliktu między Rosją a Ukrainą. Po drugie, do ogólnego odprężenia — zarówno w relacjach międzynarodowych, jak i w polityce krajowej. Tak, by utrudnić obu blokom maksymalną mobilizację.
Inaczej mówiąc, by wzmocniło się centrum, polityka i udział w wyborach muszą się Polakom trochę „znudzić”?
— Można to tak ująć. Proszę zwrócić uwagę, że my od frekwencji na poziomie 50 proc. w 2015 r. w ciągu ośmiu lat, do wyborów w 2023 r., doszliśmy do ponad 74 proc., a więc poziomu charakteryzującego demokracje z bardzo silnie zakorzenionym nawykiem uczestnictwa w wyborach.
W dodatku przestają obowiązywać pewne tradycyjne wzorce absencji. W ostatnich wyborach młodzież — w prawie wszystkich demokracjach frekwencja wśród najmłodszych wyborców jest niższa od przeciętnej — wzięła udział w wyborach liczniej niż następna grupa wiekowa. Zarówno w ostatnich wyborach parlamentarnych, jak i w prezydenckich liczniej głosowały też kobiety niż mężczyźni.
Jednocześnie można wątpić, na ile głęboko zakorzenił się nawyk uczestnictwa — czy jeśli np. znikną silnie polaryzujący liderzy, Kaczyński i Tusk, to nie wróci ono do poziomów z okolic 2015 r. Często rozmawiam z wyborcami PiS i widzę tam autentyczną nienawiść do Tuska, określenia „ten rudy Niemiec” należą do najłagodniejszych. Po drugiej stronie podobne emocje budzi Kaczyński. I te emocje mogą się zmienić, gdy zabraknie obu tych liderów. Ale na razie ten spolaryzowany układ trzyma się mocno.
Nie zgadzam się z ostatnim raportem Sadury i Sierakowskiego, wieszczącym, że dotychczasową polaryzację zastąpi ta między Lewicą w obu odmianach i Konfederacją — też w obu odmianach. Ta prognoza wynikała z założenia, że PiS już zacznie się sypać od wewnętrznych konfliktów w konsekwencji przegranych wyborów 2023 r., a KO po klęsce Trzaskowskiego, ale to się jak na razie nie dzieje. Można wręcz powiedzieć, że zwycięstwo Nawrockiego tchnęło nową energię w KO, dało jej nowego wroga, wobec którego można wywoływać emocje.
Jednak w niektórych sondażach PiS ma mniejsze poparcie niż obie Konfederacje. To nie pokazuje, że partia Kaczyńskiego nie jest w stanie przekonać do siebie nawet większości wyborców prawicy i nie jest już hegemonem po tamtej stronie?
— Ale to nie jest ważne, czy liderem prawicy będzie Kaczyński, Bosak, czy mający dziś na to największe szanse Nawrocki — kluczowa jest zwartość tego obozu i jego polaryzacyjny układ z drugim biegunem.
Poza tym jestem przekonany, że PiS jest na dobrej drodze do odzyskania dominacji na prawicy. Efekt Brauna będzie słabł, także Konfederacja Bosaka i Mentzena nie wydaje mi się bardzo przyszłościową formacją, a przynajmniej nie na tyle, by była zdolna zastąpić PiS jako centrum prawicowego obozu, wokół którego krążą wszystkie inne prawicowe siły.
Biorąc to wszystko pod uwagę, postawienie przez Kaczyńskiego na Czarnka, który odpuszcza centrum i mobilizuje prawicowy elektorat wokół PiS, jest racjonalną strategią?
— Bardzo racjonalną. Ona właśnie wychodzi z założenia, że dziś mamy dwa centra i trzeba przede wszystkim konsolidować swój obóz. I z tego punktu widzenia Czarnek to trafny wybór. On nam się może wydawać dość radykalny, ale w ramach szeroko rozumianego obozu prawicy znajduje się mniej więcej pośrodku. Obie Konfederacje są znacznie dalej na prawo od Czarnka, np. Braun otwarcie głoszący polexit.
Zaletą Czarnka jest też jego sposób bycia: bezpośredni, raczej plebejski, mimo jego akademickich afiliacji. Kaczyński ma o wiele bardziej inteligencki sposób bycia, co w dobie populizmów nie jest zaletą.
Obóz rządowy racjonalnie zareagował na wybór Czarnka?
— Trochę się obawiam nadmiarowej reakcji. Bo jak przesadzi się w propagandowych atakach na przeciwnika, to czasem się to obraca przeciw atakującym. To dość dobrze opisany w literaturze tzw. efekt bumerangu. Mogliśmy go zresztą zaobserwować przy okazji zeszłorocznych wyborów prezydenckich.
I obserwując, jak KO od początku skupiła się na Czarnku, mam pewne obawy, czy to się nie powtórzy. Ale może stoi za tym jakiś polittechnolog, który atakując Czarnka, chce go celowo wzmocnić, zmarginalizować w ten sposób obie Konfederacje i utrzymać korzystny dla obu stron podział KO-PiS.
Bardziej niż ataki na Czarnka i Nawrockiego pomagają dziś obozowi rządowemu pewne sukcesy: odblokowanie KPO i umiejętne sięganie po inne fundusze UE, dobra sytuacja gospodarcza, niskie bezrobocie, rosnące pensje i emerytury. Rząd dobrze też rozgrywa SAFE. Po wecie: spokojnie, mamy plan B, wdrażamy go życie. Demonstracja siły i kompetencji. Wszystko na to wskazuje, że weto okaże się poważnym błędem prezydenta.
Prof. Jacek Raciborski jest socjologiem polityki, pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego, redaktorem naczelnym pisma „Studia Socjologiczno-Polityczne. Seria Nowa”, założycielem i prezesem Wydawnictwa Naukowego Scholar





