Ona mówi to, co myśli, i zupełnie nie ma hamulca, że trzeba się ugryźć w język — twierdzą jej partyjni koledzy. Ale to niejedyny zarzut wobec ministry kultury Marty Cienkowskiej.
Nowy Jork, koniec stycznia. Marta Cienkowska spotyka się z przedstawicielami środowisk związanych z kulturą, tą wyższą. W czasie bankietu Peter Gelb, dyrektor Metropolitan Opera, nawiązuje z polską ministrą niezobowiązującą rozmowę. Ponieważ Amerykanin zasiada w Komitecie Honorowym Baltic Opera Festival, zachwala to cykliczne wydarzenie na scenach Sopotu i Gdańska i wyraża zaniepokojenie, bo są podobno problemy z finansowaniem. Cienkowska kiwa głową i przyznaje, że pieniędzy brakuje i ten festiwal to dla niej… „poważny ból d***”. Zapada cisza. Gelb musi być pod wrażeniem polskiej ministry kultury i dziedzictwa narodowego, bo wielu osobom opowiada tę historię w formie anegdoty.
Marta się nie gryzie
Ona mówi to, co myśli, i zupełnie nie ma hamulca, że trzeba się ugryźć w język. Dlatego tak długo Hołownia nie chciał jej nic dać, bo choć jest świetną organizatorką, kompletnie nie radzi sobie w kontaktach z mediami i nie może się wypowiadać w imieniu partii — opowiadają koledzy Cienkowskiej z Polski 2050.
W kręgach związanych z kulturą ma przydomek Ministra Zaj*****, bo niemal za każdym razem, kiedy coś jej się podoba, mówi, że to „zaj*****”. Złośliwcy podejrzewają, że ma taką pieczątkę na biurku do akceptacji dokumentów.
W polityce język Marty Cienkowskiej jeszcze nabiera mocy. Próbkę można było poznać, gdy wypłynęły screeny z rozmów polityków Polski 2050 na WhatsAppie.
„J**** przychylne media. Jak zmienimy zarząd i się weźmiemy do roboty, to wszyscy zapomną o tej nap********** i planowanym przez nas przewrocie. Czy jak to ci pseudodziennikarze to zaraz nazwą. Przynajmniej pokażemy jaja” — taką miała strategię na wyjście Polski 2050 z problemów. A w wyborach władz partii radziła wywalenie wszystkich kandydatów na „zbity pysk i obwołanie Hołowni królem”.
Wybory były gwoździem do partyjnej trumny, bo po konflikcie między grupą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz a ludźmi Pauliny Hennig-Kloski ugrupowanie rozpadło się na pół. Ministra Cienkowska tłumaczy, że mówi tak, a nie inaczej, bo ma to po ojcu. A część kolegów nie tylko broniła języka ministry, ale i przekonywała, że pani od kultury też może być wyrazista, a język polski jest barwny także wtedy, gdy jest nieparlamentarny.
— Właściwie to nie chodziło o barwę języka. Marta, która odpowiadała w partii za liczenie głosów, chciała przesunąć wybory na nie wiadomo kiedy, bo nie jest w najlepszych stosunkach z Pełczyńską-Nałęcz — tłumaczą politycy Polski 2050. — Ona ma do Szymona i Kaśki bardzo duży żal, bo chciała być szefową kampanii w 2023 r. i chciała być teraz w prezydenckich, ale zrobili wszystko, żeby nie była. Szymon ją traktował jak „dziewczynę od plakatów”, a nie samodzielną polityczkę, i to stąd wynikało.
Podróżniczka
Pochodzi z Ciechanowa. Pilnie strzeże prywatności, ale wiadomo, że ojciec był szefem kuchni i podobno robił najlepsze schabowe w mieście. Matka prowadzi salon fryzjerski. Znajomi opowiadają, że była bardzo poukładaną, mądrą dziewczyną. Skończyła nauki polityczne i stosunki międzynarodowe, ale koledzy ze studiów wspominają jej zaangażowanie w teatr, który działał na wydziale. Ma dyplom z zarządzania instytucjami kultury.
Ministra Marta Cienkowska w czasie posiedzenia rządu Donalda Tuska
Foto: Leszek Szymański / PAP
Z Hołownią związała się, zanim jego polityczny ruch przekształcił się w partię. W kampanii prezydenckiej w 2020 r. jej firma eventowa organizowała kongresy, konwencje, konferencje, spotkania. Drukowała plakaty, produkowała żółte bluzy z logo. Oczywiście nie za darmo, choć niektórzy twierdzą, że sama płaciła za część gadżetów i dopiero potem Polska 2050 oddawała jej pieniądze. Taka inwestycja w polityczną przyszłość.
— Naprawdę jest w tym dobra, to ona wymyśliła żółty autobus, którym Szymon jeździł w ostatniej kampanii. — A że prowadziła firmę już długo, organizację takich rzeczy ma w małym palcu — przekonują.
Właśnie dlatego w wyborach 2023 r. była pewna, że w Ciechanowie „pozamiata”, bo Hołownia wywalczył jej dwójkę zaraz za Piotrem Zgorzelskim. Wicemarszałek Sejmu to jedna z największych ludowych lokomotyw wyborczych i właściwie nie było szans, żeby nie pociągnął całej listy Trzeciej Drogi. I pociągnął, ale drugim posłem tego okręgu z wyborczej koalicji PSL i Polski 2050 został Mirosław Orliński, też ludowiec. Cienkowska dostała tylko 6 tys. głosów.
— Bardzo to przeżyła i chyba trochę na otarcie łez dostała posadę wiceministry kultury — słyszymy w partii.
Zajmowała się w resorcie funduszami z Unii i współpracą międzynarodową. Jej zagraniczne podróże od razu zaczęły budzić spore wątpliwości. Latała za często i za daleko.
— Wchodzi do biura z jedną walizką, a wychodzi z inną. Chyba cały czas jest w drodze — śmieje się pracownik ministerstwa i tłumaczy: — Ale to trochę taki resort. Trzeba jeździć, spotykać się, załatwiać.
Na przykład do Australii po jedną monetę z 1813 r. skradzioną w Toruniu i wywiezioną na antypody. Przekazał ją ministrze w budynku ambasady minister kultury Australii. Podróż kosztowała ponad 50 tys. zł, bo — jak tłumaczyła Cienkowska — ma problemy z kręgosłupem i musi latać pierwszą klasą.
Odwiedziła też Japonię, Uzbekistan, Maltę. Do Ghany poleciała na wydarzenie organizowane przez Omenę Mensah — dziennikarkę TVN i żonę biznesmena Rafała Brzoski, która jest filantropką w tym afrykańskim kraju. Problem polegał na tym, że nie wiadomo, w jakim charakterze Cienkowska tam poleciała. W końcu ówczesna ministra Hanna Wróblewska uznała ten wyjazd za prywatny i za prywatne pieniądze. Nawet w Polsce 2050 pojawiły się głosy, że ich partyjna koleżanka jest tak zielona w polityce, że nie umie rozdzielić tego, co prywatne, od tego, co publiczne.
— To samo jest z zatrudnianiem ludzi. Szefową komunikacji w resorcie jest Magda Dorożała. To super dziewczyna, ale jest żoną Mikołaja [wiceminister ochrony środowiska w resorcie Pauliny Hennig-Kloski — red.], więc jak możemy mówić, że nie jesteśmy w polityce dla stołków, a potem wjeżdża ta „rodzina na swoim” — denerwują się nasi rozmówcy z Polski 2050.
Na posadzie doradcy ministry jest też fryzjer Przemysław Lubiński. Na pytanie „Faktu”, w czym będzie doradzał, resort odpowiedział: „W swojej karierze odpowiadał za realizację, koordynację i promocję wydarzeń, imprez i projektów o charakterze branżowym i kulturalnym, koordynował prace zespołów projektowych i odpowiadał za prowadzenie współpracy zaangażowanych podmiotów”. I że są to kluczowe dla organizacji pracy w resorcie kompetencje.
— W partii był nawet taki żart, że teraz z Martą najprościej się umówić u jej doradcy na Booksy [aplikacja do umawiania wizyt w salonach urody — red.] — złośliwie komentują koledzy ministry.
Chciałaby bardzo, ale ten Tusk
Zanim w lipcu zeszłego roku została ministrą, nie wszyscy w rządzie znali jej nazwisko. Nawet teraz nie wszyscy ministrowie zamienili z nią choć kilka słów. Ale wszyscy na pewno słyszeli, jak została szefową resortu kultury.
Gdy Donald Tusk postanowił przemeblować trochę rząd, jedną z pierwszych do dymisji była Hanna Wróblewska. Ekspertka w kulturze nie mogła dogadać się ze środowiskiem, nie pchnęła do przodu ustawy o mediach, nie zrobiła porządków, a w dodatku musiał przehandlować z „żółtymi” od Hołowni jeden resort. Mocno bowiem narzekali, że lewica ma mniej posłów, a więcej resortów, i że to nie jest sprawiedliwe. Premier uznał, że kultury może pozbyć się bez bólu. Ministrą miała zostać Aleksandra Leo i nawet się zgodziła.
— Popełniła jednak błąd, bo spotkała się z Martą. Ola opowiada, że po rozmowach z Tuskiem nikt nawet do Marty nie zadzwonił, żeby jej powiedzieć, że przejmujemy resort i że będzie nowa ministra od nas. Dlatego Leo postanowiła to zrobić sama. Spotkała się z Martą wieczorem, a ta roztoczyła przed nią straszne wizje: że sobie nie poradzi w tym gnieździe os, że będą protesty, bo wchodzi ktoś zupełnie spoza środowiska, a w ogóle to Tusk ich oszuka. Olka się wystraszyła i odmówiła tuż przed ogłoszeniem nominacji, a wtedy Marta wkroczyła cała na biało — opowiada mój rozmówca z Polski 2050.
A skoro Donald Tusk mówi, że władzy nie można dostać, trzeba ją sobie wywalczyć, to zdaniem kolegów Cienkowskiej świadczy to o jej skuteczności.
— Marta jest bardzo konkretna i ma jaja. Mnie to się podoba — mówi jedna z koleżanek z rządu. — Lubię, jak kobiety wiedzą, czego chcą, a ona wie. I mam wrażenie, że postanowiła zostać w polityce, bo jej się spodobało. Może nie wie jeszcze, w jakim miejscu, ale nie zamierza dać się wyrzucić za burtę.
— W CV ma ze 20 różnych wydarzeń kulturalnych, które organizowała jeszcze przed wejściem do ministerstwa, ale szczerze mówiąc, nie znam żadnej z tych imprez — mówi mi osoba z doświadczeniem, która zasiada z ministrą w organizacjach kulturalnych. — Nie chcę powiedzieć, że ona nie wie, co robi, ale nigdy nie była zaangażowana naprawdę mocno w jakąś dziedzinę kultury.
To wrażenie wielu moich rozmówców. Na spotkaniach ze środowiskiem Cienkowska zapewnia, że zrobi, co się da, ale to nic nie znaczy. Spotyka się z literatami, to ich wspiera, z młodymi filmowcami — to samo, za teatrem jest całym sercem, a koncerty uwielbia pasjami.
— No i niemal każdego przekonuje, że dla Koalicji Obywatelskiej kultura nie jest priorytetem i dlatego nie ma pieniędzy. Ona bardzo by chciała pomóc, ale nic nie może poradzić, bo Domański [minister finansów — red.] jej nie da — relacjonują uczestnicy spotkań z ministrą.
Nie dba o dobrostan stron sporu
To, że KO nie jest specjalnie skupiona na kulturze, to akurat prawda. Ale największym zarzutem wobec Cienkowskiej jest to, że „nie robi porządków”, co bardziej dosadnie znaczy: „wszędzie trzyma pisiorów”. Najlepszym przykładem ma być Instytut Pileckiego.
Hanna Radziejowska z berlińskiego oddziału poinformowała resort o nieprawidłowościach w instytucie. Dostała status sygnalistki zgodnie z ustawą, ale zamiast ją chronić, ministerstwo wysłało list do ówczesnego szefa instytutu, który Radziejowską natychmiast zwolnił dyscyplinarnie. Resort tłumaczył, że status sygnalistki był błędnie przyznany. W końcu pracę stracił szef Instytutu Pileckiego Krzysztof Ruchniewicz, ale w związku z rosyjskimi kontaktami w tle.
Radziejowska stoi na czele berlińskiego oddziału, ale za Ruchniewicza Cienkowska powołała Karola Madeja. I to kolejny powód do krytyki za ukłony w stronę pisiorów. Karol Madej jest absolwentem teologii biblijnej na KUL. Pracował też w IPN i od lat jest związany z Instytutem Pileckiego. Zdaniem polityków KO to wszystko razem oznacza, że musi mieć związki z PiS.
Ministra postanowiła też przekazać 400 tys. zł konserwatywnym pismom związanym z politykami PiS, co też nie spodobało się koalicjantom. Odpowiadając na pytania „Gazety Wyborczej” o tę decyzję, napisała, że jej „rolą nie jest dbanie o dobrostan którejś ze stron sporu”.
„Tytuły, które otrzymały tegoroczne wsparcie z rezerwy budżetowej ministra kultury i dziedzictwa narodowego, są w mojej ocenie tak samo ważnymi ośrodkami opinii, jak te, którym przyznano wsparcie na podstawie decyzji ekspertów programu. Z publikowanymi przez te czasopisma opiniami nie ma obowiązku się zgadzać, ba! nawet zachęcam do szerokiej z nimi dyskusji, jednak nie zmienia to w żaden sposób faktu, że ich obecność jest istotna dla zachowania pluralizmu w dewastowanej polaryzacją debacie społecznej” — tłumaczyła Cienkowska.
Jak na resort, który kojarzy się z galami, wystawami i koncertami, wciąż tam iskrzy od konfliktów i awantur. A to o finansowanie festiwalu Boska Komedia, który w końcu dostał prawie 5,5 mln zł na najbliższe trzy lata. A to o dyrektora Muzeum Literatury, bo ministra nie zgadzała się na obsadzenie stanowiska polityczką KO, na co naciskał PSL-owski baron Adam Struzik. A to w końcu o ustawę medialną, która teoretycznie jest gotowa od półtora roku, ale nie dotarła nawet do rządu, nie mówiąc już o Sejmie.
Na cienkiej linie
Ministra kultury jest na liście do zwolnienia, ale nie dlatego, że wyjątkowo drażni premiera. Po prostu Tuskowi do różnych politycznych układanek może pasować obsadzenie tego resortu kimś innym.
Po pierwsze, jest nierównowaga po rozpadzie Polski 2050. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz ma dwa ministerstwa, bo Cienkowska wciąż jest polityczką jej partii, a Paulina Hennig-Kloska — jedno i chciałaby drugie.
— Z Katarzyną nigdy nic nie wiadomo, więc Tusk nie zaryzykuje, żeby wyszła z koalicji, a Paulina złożyła już mu hołd lenny i wiadomo, że nie będzie uciekać się do szantaży — wzrusza ramionami były polityk partii Hołowni.
Ale premier może w pewnym momencie uznać, że postawione pod ścianą resztki po Polsce 2050 nie zaryzykują wyjścia z koalicji i chciałby w resorcie mieć kogoś z własnego obozu. Mówi się o Macieju Wróblu i Aleksandrze Gajewskiej. Wróbel jest wiceministrem kultury, Gajewska wiceministrą rodziny, ale też jedną z kandydatek do walki o prezydenturę Warszawy. Objęcie Ministerstwa Kultury pozwoliłoby jej wyrobić sobie nazwisko. Wtedy bez najmniejszych skrupułów pozbędzie się Cienkowskiej.





