Carsten Wrosch, psycholog z Concordia University, poświęcił swoją karierę badaniu tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy napotyka on cele niemożliwe do zrealizowania. Wrosch pokazał, że ludzie będący w stanie zrezygnować z nierealistycznych celów są po prostu zdrowsi nie tylko w obszarze psychicznym, ale także fizjologicznym.
Słów „bezradność” i „bezsilność” często używamy zamiennie, bo ich znaczenie jest bardzo podobne. Jednak między bezradnym staniem w miejscu a mądrą rezygnacją jest zasadnicza różnica. Na czym ona polega?
„Bezradność” używana bywa na określenie stanu, kiedy przeżywamy siebie jako niezdolnych do poradzenia sobie. Doświadczamy braku zasobów, możliwości czy kompetencji, żeby znaleźć rozwiązania stających przed nami wyzwań. Czujemy się wtedy zagubieni, niepewni, trudno nam podejmować decyzje. Ten stan utrudnia funkcjonowanie.
Powszechnie znane jest też pojęcie wyuczonej bezradności, opisanej przez psychologa Martina Seligmana. Polega ona na błędnym przekonaniu, że cokolwiek zrobimy, i tak nie będziemy mieli wpływu na otaczającą nas rzeczywistość. Powoduje ona, że nie podejmujemy działania tam, gdzie byłoby ono potrzebne, stajemy się bierni, niejednokrotnie pozycjonujemy się w roli ofiary.
Najnowszy numer Newsweeka Psychologia już w kioskach!
Foto: Materiały prasowe
„Bezsilność” z kolei służy do opisania stanu, kiedy coś w życiu realnie znajduje się poza naszym wpływem, kiedy jesteśmy w sytuacji, w której nie możemy zmienić tego, co się dzieje. Bezsilność mówi o naszej ludzkiej kondycji, gdy niejednokrotnie doświadczamy braku kontroli, wpływu, konfrontujemy się z naszymi ograniczeniami. Doświadczaniu bezsilności często towarzyszą smutek i ból związane z utratą iluzji własnej mocy czy wpływu. Rozróżnienie bezradności i bezsilności jest niezbędne do właściwego zarządzania tymi stanami.
Bezradność — mechanizm obronny
Momenty, kiedy się w niej pogrążamy i stajemy się pasywni, są dla nas utrudnieniem i zagrożeniem dla naszego zdrowia psychicznego. Główne ryzyko stanowi wtedy nadmierne i zbyt długie rozgaszczanie się w stanach wycofujących nas z aktywności (niepodejmowanie działania, niebranie odpowiedzialności za to, co się wokół nas dzieje, za sprawy, które od nas zależą). Część podejść terapeutycznych mówi o bezradności/ niebraniu odpowiedzialności/ pasywności jako o mechanizmach obronnych, które podtrzymują nasze niezdrowe wzorce funkcjonowania. Powstaje pytanie: na czym dokładnie polega ta obrona? W jaki sposób rozumieć bezradność jako tego typu mechanizm?
Wyobraźmy sobie mężczyznę, młodego lekarza, który po raz trzeci rozstaje się z partnerką. Kolejna kobieta w jego życiu twierdzi, że nie chce wiązać się z nim i z jego pracą. Ma pretensje o to, że bierze wszystkie dostępne dyżury, a w pozostałe dni wychodzi wcześnie rano i wraca późnym wieczorem. Złości się, że większość rozmów między nimi dotyczy jego pacjentów, wyzwań w ich leczeniu czy też ciekawych faktów z jego pracy. Ma poczucie, że nie zadaje jej pytań, nie jest ciekawy, co u niej.
Po kilku zdaniach rozmowy wokół jej spraw zazwyczaj wracają do tematu jego pracy. Ten młody mężczyzna żali się swojemu przyjacielowi, że znowu nie układa mu się w relacji. Uważa, że on chyba nie znajdzie sobie kogoś, z kim będzie mógł dzielić życie, bo wszystkie kobiety w jego otoczeniu są roszczeniowe, nie rozumieją realiów jego pracy. Czuje się zmęczony ciągłymi oczekiwaniami kierowanymi w jego stronę. Kiedy przyjaciel zwraca mu uwagę, że to dość zrozumiałe, o czym mówi partnerka, że jej prośby są zasadne, czuje się dotknięty i niezrozumiany. Rzuca w przestrzeń pytanie: „To co ja mam zrobić? Mam rzucić pracę, bo moja dziewczyna chce spędzać ze mną więcej czasu!? To niedorzeczne oczekiwanie”.
Utwierdza się w przekonaniu, że kolejne kobiety i tak będą go rozczarowywać, i na nieświadomym poziomie podtrzymuje przeżycie, że zbudowanie dobrej relacji jest poza jego wpływem. Wierzy, że udany związek na pewno mu się nie przytrafi. W rozmowach ze znajomymi często narzeka, jak trudno jest znaleźć w życiu właściwą osobę, snuje opowieści o wartości pracy i tym, jak dzisiaj mało osób nauczonych jest to szanować. Coraz częściej widzi siebie jako pokrzywdzonego w tej sytuacji, czuje, że nie ma wpływu na swoją samotność i rozczarowanie kobietami. Źródeł swoich niepowodzeń w relacjach upatruje na zewnątrz, w partnerkach niewystarczająco wyrozumiałych wobec niego.
W tym krótkim opisie widać osobę, która sięga po narzekanie, bezradność i pasywność jako mechanizmy obronne, chroniące przed intymnością i bliskością z drugą osobą. Na nieświadomym poziomie „wybiera” umieszczanie odpowiedzialności za swoje niepowodzenia w relacjach w rozczarowujących go kobietach. Sam przyjmuje pasywną postawę wobec problemu, nie bierze odpowiedzialności za swoje funkcjonowanie. W ten sposób podtrzymuje impas, nic się nie zmienia. Prawdopodobnie w kolejnym związku powtórzy się ta sama sytuacja. Bezradność nie jest w tym przypadku brakiem sprawstwa, wręcz przeciwnie — nasz bohater ma możliwość zmiany, wyboru, podjęcia działania, ale tego nie robi z lęku przed intymnością, która pojawiłaby się w jego związku. Być może kiedyś w przeszłości, jako mały chłopiec, był często opuszczany, pozostawiany samemu sobie i podjął nieświadomą decyzję, aby nigdy nie zapomnieć, że inni i tak go opuszczą i że wobec tego nie można im ufać. Dzisiaj sięga po pasywność i bezradność wobec swoich nieudanych relacji, bo „chroni” się przed bliskością, która wiąże się z ryzykiem porzucenia i bólem z tym związanym.
W takich sytuacjach bezradność bywa naszym nieświadomym sposobem ochrony przed bolesnymi uczuciami. W rzeczywistości powoduje jednak, że cierpimy tak samo albo jeszcze bardziej. Nasz bohater, z lęku przed opuszczeniem i samotnością, powoduje, że jest nieustająco samotny. Chroniąc się w bezradności, oddajemy swoje poczucie sprawstwa i wpływu.
Kiedy Viktor Frankl w „Poszukiwaniu sensu” czy Edith Eger w „Wyborze” pisali o tym, że nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji zawsze mamy wybór, wpływ na to, jak się zachowamy, mówili właśnie o tej zdolności człowieka do brania odpowiedzialności za siebie i swoje funkcjonowanie. Są zdarzenia, okoliczności, sytuacje, wobec których jesteśmy realnie bezradni, ale zawsze, choćby w najbardziej przytłaczającej rzeczywistości, jest też ta część, która pozostaje naszym wyborem, której nie można człowiekowi zabrać. To jest sprawstwo, które utracić możemy tylko wtedy, kiedy sami je oddamy, jeśli zanurzymy się w poczuciu braku wpływu.
Bezsilność — konstruktywna rezygnacja
Są w życiu sytuacje, na które nie mamy wpływu, w których rzeczywiście jesteśmy bezsilni. Niejednokrotnie mierzymy się z tym, co nas przerasta, czegoś jest za dużo, jakieś działanie jest za trudne, cele zbyt wysoko postawione lub nasze wyobrażenia na własny temat są nierealistyczne. Wtedy wyrazem naszej dojrzałości jest umiejętność odpuszczania, uznawania własnej bezsilności, a nie walka za wszelką cenę i upór.
Carsten Wrosch, psycholog z Concordia University, poświęcił swoją karierę badaniu tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy napotyka on cele niemożliwe do zrealizowania. Wrosch pokazał, że ludzie będący w stanie zrezygnować z nierealistycznych celów są po prostu zdrowsi nie tylko w obszarze psychicznym, ale także fizjologicznym. Mają niższy poziom kortyzolu we krwi i dużo rzadziej występują u nich stany zapalne w organizmie. W psychologii mówimy o rezygnacji konstruktywnej, która wiąże się z naszą zdolnością do wycofania zaangażowania. Żyjemy w kulturze sukcesu, która głośno woła: „Nigdy się nie poddawaj”, „Jeśli tylko się postarasz, osiągniesz wszystko, czego pragniesz”, „Chcieć to móc”. Tymczasem, jak wiemy z badań, umiejętność poddania się, odpuszczenia w odpowiednim momencie jest warunkiem naszego zdrowia psychicznego. Pisała o tym także, choć z nieco innej perspektywy, Judith Viorst w książce „To, co musimy utracić”. Pokazywała ona, że zdolność do przeżycia żałoby, zaakceptowania własnej bezsilności wobec nadmiarowych oczekiwań innych oraz naszych własnych iluzji na swój temat, fantazji o swojej wszechmocy pozwala powracać do równowagi i radzić sobie konstruktywnie z wyzwaniami życia. Polski poeta żydowskiego pochodzenia Roman Brandstaetter na późnym etapie swojej twórczości napisał wiersz „Elegia franciszkańska”, w którym mówił:
Nie bój się bezsilności — ona jest mądrością ludzi przewidujących. Smutku też się nie bój. Jest jak wiatr, jak nitka babiego lata, jak cień Heraklita na płynącej rzece. Pozostanie Ci zgoda na wszystko — skarb, który zmieścisz w wyciągniętej dłoni żebraka.
Wydaje się, że te kilka wersów dobrze oddaje istotę wewnętrznego procesu, jakim jest zdolność do pomieszczania faktu, że różnych rzeczy nie możemy zrobić, że na wiele spraw nie mamy wpływu. Tymczasem bardzo często poczucie, że jesteśmy bezradni, przeraża nas. Bywa trudne do zniesienia. Zaczynamy z nim walczyć, wpadamy w intensywne działanie, chwytamy się różnych aktywności lub inaczej, próbujemy zwiększyć kontrolę, czuwać nad wszystkim, żeby tylko nie spotkać się z sobą samym w doświadczeniu braku wpływu. Myśl, żeby nie bać się bezradności i smutku, bo one właśnie są „mądrością ludzi przewidujących”, wydaje się wtedy bardzo odległa. I właśnie dlatego jest to obszar, w którym możemy uważnie przyglądać się własnej motywacji do działania. Aby odróżniać wytrwałość, zdolność do brania odpowiedzialności od uporu niepozwalającego akceptować własnej bezsilności, w sytuacjach, w których nie jesteśmy pewni, co nami kieruje, warto zadać sobie kilka pytań.
- Czy na samą myśl o danej sytuacji czujemy ściskanie w żołądku, napięcie w karku lub chroniczne zmęczenie, które nie mija po odpoczynku?
- Czy nasza motywacja opiera się wyłącznie na lęku przed porażką („co ludzie powiedzą?”), czy na chęci osiągnięcia celu?
- Czy proces dążenia do naszego celu przestał nam dawać jakąkolwiek radość, a stał się jedynie ciężarem?
- Czy wynik zależy w większości od czynników, na które nie mamy żadnego wpływu (np. decyzja innej osoby, upływ czasu)?
- Czy trzymanie się tego celu sprawia, że brakuje nam sił na inne, ważne dla nas obszary (zdrowie, rodzina, pasje)?
- Czy jedynym powodem, dla którego nie rezygnujemy, jest to, ile czasu i energii już zainwestowaliśmy w daną sprawę?
Jeśli uświadomimy sobie, że na większość z tych pytań odpowiadamy twierdząco, że trwamy w działaniu tylko po to, by nie spotkać się z własną niemocą, warto się zastanowić, czy to nie czas, aby spotkać się z bezsilnością i smutkiem, aby odnaleźć skarb, jakim jest zgoda na to, że czasami niewiele możemy zrobić.
dr Marta Drażyńska — psycholożka, trenerka, konsultantka w organizacjach, psychoterapeutka indywidualna i grupowa, certyfikowany team coach. Absolwentka psychologii i polonistyki na UAM oraz podyplomowych Studiów Psychoterapii Indywidualnej i Grupowej w Laboratorium Psychoedukacji. Ukończyła 5-letnie szkolenie z analizy transakcyjnej. Jest absolwentką Core Training w Berlinie, w podejściu intensywnej krótkoterminowej psychoterapii psychodynamicznej ISTDP. Prowadzi prywatną praktykę psychoterapeutyczną i zajęcia w ramach Szkoły Analizy Transakcyjnej w Grupie Spotkanie. Współtworzy start-up DobryGabinet





