Jarosław Kaczyński może wciąż marzyć o budowie Budapesztu w Warszawie, dla Viktora Orbána budowa Warszawy w Budapeszcie byłaby krokiem w tył.
Biografia równoległa tej dwójki wiele mówi o polityce i naszej części Europy, a nade wszystko o władzy.
Jest rok 1988. Viktor Orbán z grupą studentów zakłada skrajnie liberalny Związek Młodych Demokratów (czyli Fidesz). Formację współfinansuje George Soros — syn żydowskich rodziców, który ocalał z Holokaustu, a po przejęciu władzy przez komunistów wyjechał za granicę. W USA dorobił się majątku, którym teraz wspiera wydawanie gazety, płaci za kursy językowe i stypendia dla ludzi Fideszu. Orbán za jego pieniądze uczył się w Oksfordzie. Europejczyk pełną gębą, nowoczesny człowiek tamtego momentu historii, który kategorycznie domaga się rozdzielenia Kościoła od państwa i odmawia spotkania z Janem Pawłem II.
Jarosław Kaczyński w 1990 r. zakłada Porozumienie Centrum. Jest tam dużo miejsca dla liberałów (prezes popiera wolnorynkowe reformy Leszka Balcerowicza), ale w zamierzeniu ma być to partia chadecka. Skrajnej prawicy Kaczyński w PC nie chce. Związek formacji z Kościołem nie jest jeszcze przesądzony, podobnie jak radykalne stanowisko w sprawie aborcji.
Od tamtej pory zmieniło się wszystko. Dziś Orbán i Kaczyński są nacjonalistycznymi populistami, dbającymi o sojusz z Kościołem, sprzeciwiającymi się zasadom liberalnej demokracji, złorzeczącymi na wspomnianego Sorosa, w którym widzą demiurga nastającego na Węgry i Polskę.
Jedno ich jednak różni fundamentalnie. Orbán okazał się politykiem skuteczniejszym. A Kaczyński nieudolnym. Zapomnijcie o ciemnych interesach Mateusza Morawieckiego i Daniela Obajtka, zamianie TVP w propagandową szczujnię i deformie sądownictwa, na którą Kaczyński pozwolił Zbigniewowi Ziobrze. Orbán wszystko zrobił bardziej. Węgry są dziś najbardziej skorumpowanym krajem Unii Europejskiej, w rankingu Transparency International zajmują 84. miejsce (na 182 kraje) — ex aequo m.in. z Kubą i Gujaną. Polska jest w tym zestawieniu 52. W rankingu wolności prasy Węgry są na 68. miejscu (Polska na 31.).
Kaczyński może wciąż marzyć o budowie Budapesztu w Warszawie, dla Orbána budowa Warszawy w Budapeszcie byłaby krokiem w tył. Także dlatego Węgier jest tak hołubiony przez amerykańskich radykałów.
Żeby było jasne: to nie jest o tym, że prezes niczego nam w Polsce nie zepsuł. O skali zniszczeń dokonywanych przez Kaczyńskiego i jego kamratów piszemy w „Newsweeku” od lat. To jest o tym, że Kaczyński chciałby być jak Orbán, ale albo otoczył się nieodpowiednimi ludźmi, albo źle zabrał się do sprawy, a może, koniec końców, zabrakło mu determinacji. W każdym razie: także w byciu złym Kaczyński nie okazał się dobry.
Co jasne, Polak i Węgier nie demolują państwa prawa dla samego demolowania. Treścią i sensem ich obecności w polityce jest władza. Może z tą różnicą, że w przypadku Kaczyńskiego chodzi o władzę dla samej władzy, a dla Orbána jest to także narzędzie do pomnażania majątku. Napisać, że obaj nie mają poglądów, to przesadzić, ale przez ostatnie cztery dekady obaj wielokrotnie udowadniali, że nie są nadmiernie pryncypialni.
Nie lubią o tym pamiętać, ale takie robili zakręty, że zdarzało im się nawet znaleźć w jednych formacjach z Donaldem Tuskiem. PO-PiS na poziomie ogólnokrajowym zakończył się co prawda na rozmowach w 2005 r., ale przecież trzy lata wcześniej ta koalicja wystawiła wspólne listy w wyborach samorządowych. Orbán przez lata był natomiast kumplem Tuska w Europejskiej Partii Ludowej.
Nie sposób ocenić, kto korzysta na tym sojuszu bardziej, ale związek Orbána i Kaczyńskiego wyróżniają trwałość i bezwarunkowość. Węgier to najlepszy przyjaciel Władimira Putina w UE, relatywizujący rosyjskie zbrodnie w Ukrainie, zagrażający jedności NATO, a co za tym idzie: bezpieczeństwu Polski. Mimo to Kaczyński wspiera go przed wyborami, zamierza wraz z nim stworzyć „siłę, która zmieniłaby Europę”.
„Ameryka szybko zmierza w kierunku węgierskiego populizmu, węgierskiej polityki i węgierskiego wymiaru sprawiedliwości. Oznacza to również węgierską stagnację, węgierską korupcję i węgierskie ubóstwo” — pisała rok temu w „The Atlantic” Anne Applebaum. Polska jest w takiej samej sytuacji. Autokratyczne rządy zawsze kończą się tym samym. Węgry są chorym człowiekiem Europy, pytanie, czy tę infekcję uda się jeszcze powstrzymać, czy rozleje się ona na kolejne kraje. Polskie wybory już za rok.