Czy rząd Viktora Orbána rozpoczął właśnie przedwyborczą operację kognitywną, która — wykorzystując dostawy gazu z Rosji — ma zwiększyć szanse na zwycięstwo Fideszu w wyborach 12 kwietnia? Wiele na to wskazuje — bo ostrzegano przed tym od dawna.
W Wielkanoc przez media przetoczyła się wieść, która zelektryzowała całe Bałkany — prezydent Serbii Aleksandar Vučić poinformował, że przy biegnącym przez serbskie terytorium gazociągu Turk Stream znaleziono ładunki wybuchowe o „dewastującej mocy”. Materiały odkryto w miejscowości Kanjiža na północy Serbii, ok. 40 km od granicy z Węgrami i kilkaset metrów od gazociągu. Połączenie to, będące ostatnim działającym gazociągiem łączącym Rosję z Europą, jest kluczowe nie tylko dla Serbii — Turk Stream to bowiem główne źródło surowca dla Węgier, odpowiadające za 62 proc. gazowego importu tego kraju.
Na reakcję rządu w Budapeszcie nie trzeba było długo czekać. W zasadzie natychmiast premier Viktor Orbán oświadczył, że jest w stałym kontakcie z Vučiciem i zwołuje jeszcze tego samego dnia nadzwyczajne posiedzenie rady bezpieczeństwa. Z kolei szef węgierskiej dyplomacji, Péter Szijjártó, zaczął już w swoich social mediach wiązać całą sytuację z Ukrainą, która — jego zdaniem — próbowała nałożyć na Węgry „blokadę energetyczną”.
Sytuacja od razu stała się wielkanocnym tematem politycznym numer jeden — problem polega na tym, że istnieje ogromna szansa, że jest zainscenizowaną operacją kognitywną.
Sztuczki magika. Viktor Orbána walczy o utrzymanie się przy władzy na Węgrzech
Rząd Viktora Orbána już od dawna był podejrzewany o przygotowywanie podobnej akcji mającej na celu zmianę tendencji sondażowych na ostatniej prostej przed węgierskimi wyborami parlamentarnymi, które odbędą się 12 kwietnia. Najnowsze sondaże pokazują bowiem nawet kilkunastopunktową przewagę opozycyjnego ugrupowania TISZA, któremu przewodzi Peter Magyar, nad rządzącym Fideszem. Orbán stoi zatem przed realnym ryzykiem utraty władzy. Walcząc o jej utrzymanie, sięgnąć może po rozmaite metody.
Sugestie, że jedną z tych metod może być operacja typu false flag (operacja pod fałszywą flagą ma na celu ukrycie tożsamości rzeczywistego sprawcy i przypisanie odpowiedzialności komuś innemu), pojawiły się m.in. trzy tygodnie temu, 21 marca. „Washington Post” poinformował wtedy, że Rosjanie mieli proponować zaaranżowanie fikcyjnego zamachu na węgierskiego premiera. Z kolei tuż po informacjach o materiałach wybuchowych przy gazociągu węgierski dziennikarz Szabolcs Panyi (notabene: oskarżany przez węgierski rząd o… szpiegostwo), stwierdził, że trzy dni temu ekspert ds. rosyjskich András Rácz poinformował o możliwej operacji typu false flag, która ogniskowałaby się wokół dostaw energii na Węgry. Podobne informacje miał podawać dziennikarz śledczy Balázs Kaufmann, który wskazywał bezpośrednio na Serbię jako stronę zaangażowaną w cały proceder.
Wszystkie te działania miały na celu nie tylko zwiększenie wyborczego poparcia dla rządu Orbána. Tego typu destabilizacja sytuacji może dać premierowi pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego — a ten przesunąłby wybory nawet o kilka miesięcy, dając rządzącym więcej czasu na osłabienie opozycji.
Zgrane karty. Jak Węgry Orbána grają na Rosję
Hipotezę o operacji pod fałszywą flagą wzmacnia też dotychczasowa retoryka Orbána i jego otoczenia — w tym również innych prorosyjskich polityków europejskich.
Od 2022 r. Budapeszt jest jednym z największych krytyków wspierania Ukrainy przez Zachód — a także jednym z największych obrońców interesów Rosji w Unii Europejskiej. Węgry nie tylko podkopują oferowane przez UE Ukraińcom mechanizmy pomocowe, ale także starają się przeciwdziałać wprowadzaniu sankcji na rosyjskie dostawy energii. O skali tego procederu mogą świadczyć informacje, które pojawiły się pod koniec marca dzięki publikacjom VSquare, FRONTSTORY, Delfi Estonia, The Insider i Centrum Śledczego im. Jana Kuciaka. Według nich, minister spraw zagranicznych Szijjarto uzgadniał telefonicznie z reżimem w Moskwie swoje działania na rzecz usunięcia z listy sankcyjnej UE obywateli Rosji oraz strategię osłabiania unijnych sankcji, nakładanych na Rosję.
Ale to nie wszystko — w trwającej wciąż kampanii wyborczej Budapeszt wielokrotnie sięgał po argument zagrożenia ze strony Ukrainy. Już 25 lutego 2026 r. Orbán oskarżył wprost Kijów o planowanie działań mających zakłócić funkcjonowanie węgierskiego systemu energetycznego i nakazał wysłanie wojska do ochrony infrastruktury krytycznej. Z kolei 26 marca rząd Orbána zakazał węgierskiemu operatorowi systemu przesyłowego organizowania aukcji przepustowości na dostawy gazu na Ukrainę w III kwartale 2026 r., zapowiadając stopniowe wygaszanie eksportu do tego kraju, dopóki nie zostaną wznowione dostawy ropy rurociągiem Przyjaźń.
Natomiast 4 kwietnia — po rozmowie z przywódcą Węgier — premier Słowacji Robert Fico wezwał Unię Europejską do zniesienia sankcji na rosyjską ropę i gaz, przywrócenia dostaw rurociągiem Przyjaźń oraz podjęcia działań na rzecz zakończenia wojny w Ukrainie.
Gazociągi, rurociągi, wybory. Kto jest głównym podejrzanym?
Dla pełnego oglądu sytuacji trzeba natomiast wskazać, że w węgierskiej kampanii parlamentarnej istotną rolę odegrał spór z Ukrainą o rurociąg Przyjaźń. Pod koniec stycznia br. fragment tego połączenia biegnący przez ukraińskie terytorium został uszkodzony w rosyjskim ataku. Od tamtego momentu ropa z Rosji nie płynie rurociągiem na Węgry i Słowację. Budapeszt i Bratysława postrzegają to oczywiście jako szantaż. Kijów też nie gra do końca fair — dla przykładu Komisja Europejska, która wysłała na miejsce swoich ekspertów do oceny sytuacji, wciąż nie otrzymała zgody na dotarcie grupy do uszkodzonego fragmentu rurociągu. Z kolei ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski, komentując informację o kolejnej blokadzie unijnej pomocy przez Węgry, stwierdził publicznie, że da adres Orbána żołnierzom, by „porozmawiali z nim po swojemu”. Słowa te wywołały ostrą reakcję Budapesztu, ale też krytykę ze strony Komisji Europejskiej.
Czy zatem Kijów może w ten sposób zakłócać dostawy rosyjskiej energii na Węgry? Tak, natomiast sprawa z ropociągiem Przyjaźń była najpewniej wybiegiem w negocjacjach dotyczących pakietu pożyczkowego dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro. Był on omawiany m.in. podczas ostatniego posiedzenia Rady Europejskiej. Zgodę na pomoc blokowały właśnie Węgry i Słowacja (to te działania wywołały wspomniany komentarz Zełenskiego). Ukraińcy raczej nie zdecydowaliby się na tak desperacki i — mówiąc brutalnie — głupi krok, jak wysadzanie kluczowego gazociągu na tydzień przed wyborami na Węgrzech. Oni też doskonale wiedzą, że to tylko Orbánowi pomoże. Co więcej, gdyby Ukraina chciała w jakiś sposób zakłócić dostawy gazu przez Turk Stream, mogłaby np. uderzyć w rury gazociągu biegnące po Morzu Czarnym — co byłoby znacznie prostsze, a równie skuteczne.
Czy zatem Europa obserwuje właśnie rozpaczliwą próbę ratowania wyniku wyborów przez Viktora Orbána? Wiele na to wskazuje. Narrację rządu w Budapeszcie może jeszcze wkrótce podbić wiceprezydent USA JD Vance, który przybywa nad Dunaj 7 kwietnia.
W sprawie jest jeszcze jeden ciekawy wątek, dotyczący współpracy węgiersko-serbskiej. W styczniu tego roku węgierski państwowy koncern energetyczny MOL i rosyjski Gazprom Nieft uzgodniły warunki sprzedaży większościowych udziałów w spółce Serbski Przemysł Naftowy (NIS), która znalazła się na liście sankcyjnej USA. Na mocy porozumienia MOL zobowiązał się utrzymać działanie i poziomy produkcji jedynej serbskiej rafinerii w Panczewie. Innymi słowy: Węgry Orbána mocno pomogły Belgradowi w tej sprawie. Może to wszystko to zatem swoista polityczna odpłata?