Odwiedzam jeden z oddziałów dla kobiet. Naciskam dzwonek. Słyszę lekkie kroki. Otwiera mi starsza, uśmiechnięta pacjentka.
— Witam panią — mówi, najwidoczniej ciesząc się z mojego przybycia. Radość w mgnieniu oka zmienia jej twarz, uśmiech wygładza zmarszczki, ożywia zbyt mocno, niedokładnie umalowane oczy, bo ręka już niezdolna do tuszowania wieku i śladów przeżyć.
— Witam serdecznie, witam — powtarza z najprawdziwszym szczęściem w oczach, obejmuje mnie, całuje w oba policzki, odciskając na nich gruby ślad szminki.
Jedną ręką dotyka korali, sprawdzając, czy wszystkie trzy sznurki są na swoim miejscu, drugą gładzi włosy ozdobione grzebykami.
— Jak to dobrze, że pani przyszła.
Cieszy się tak szczerze, że chociaż jestem świadoma jej choroby i nieadekwatnej do sytuacji reakcji, doznaję miłego uczucia, jak każdy oczekiwany gość.
— Ładnie pani dziś wygląda, pani Zosiu — mówię po przywitaniu. Promienieje usatysfakcjonowana. Bo na pewno pragnie ładnie wyglądać, skoro przez tyle lat spędzonych w szpitalu nie zapomniała o fryzurze, ozdobach i makijażu. Poznałam ją, wstępując na chwilę z pielęgniarką na ten oddział kilka tygodni temu. Pani Zosia już wtedy dysponowała kluczami do drzwi wejściowych — siedzi przy nich przez całe dnie, nasłuchując dzwonka.
Posiadanie kluczy nobilituje, jest dowodem zaufania i przydatności, zapewnia pacjentowi ważne miejsce w szpitalnej hierarchii, wyróżnia spośród innych, toteż na każdy dzwonek Zofia z radością otwiera drzwi.
— Pani doktor jest na zebraniu — informuje mnie pielęgniarka wychodząca z dyżurki.
— Powiedziała, że może pani porozmawiać z chorymi — dodaje i wraca do swojej pracy.
Pani Zosia usiadła przy stoliku przy wejściu, uważając pewnie, że jej rola się skończyła. Jasny hol, serwetki, kilka kwiatków w wazonikach, przez otwarte drzwi wydzielonego po remoncie pokoju widać stoliki nakryte obrusami, jakąś makatkę, obrazek. Przywołujące ponure skojarzenia słowo „Kobierzyn” gdzieś się oddaliło, tylko charakterystyczne odgłosy z sali obserwacyjnej przypominają mi, gdzie jestem. Idę na pierwsze piętro po schodach nakrytych chodnikiem, znów niewielki hol, stoliki, makatki — to miejsce towarzyskich spotkań pacjentek oddziału. Kilka kobiet w szlafrokach. Wyróżnia się spośród nich wysoka, ładna, w średnim wieku, mocno umalowana, z opaską na włosach. Pali papierosa i krztusi się dymem. Obok białowłosa, koścista staruszka, a naprzeciw niej młodziutka dziewczyna o zaróżowionej buzi dziecka. Na środku pomieszczenia stoi tęga kobieta z brzuchem wystającym spod niedopiętego szlafroka w wyblakłe wzory, włosy ma śmiesznie związane w kucyk, tuż nad czołem, co sprawia, że jej duża, otłuszczona twarz wydaje się jeszcze większa i bardziej niesamowita. Ukazuje w uśmiechu dwa zęby sterczące w grubych dziąsłach, między nimi tkwi papieros. Mruży oczy od dymu.
— Po co pani tu przyszła? Pielęgniarki chłopów sprowadzają, a pacjentów trują lekarstwami! — woła do mnie, zagłuszając muzykę płynącą z odbiornika.
— Przestań, Weronciu, nie mów głupstw, kupię ci ciastka, ale bądź cicho — młoda dziewczyna przemawia do niej jak do niesfornego dziecka. Przez hol przebiega chuda kobieta o siwiejących ciemnych włosach pozlepianych w pasma, duże okulary zsuwają się jej z cienkiego nosa, powiększone nimi oczy biegają niespokojnie.
— Niech pani nikomu nie mówi, że mam już czterdzieści osiem lat! — Grozi mi palcem.
— Na wiosnę zawsze mam dwadzieścia, siwe włosy zafarbuję, kupię perfumy Poemat. Siostra odbiła mi chłopaka, a ja zostałam sama.
Siadam przy stoliku. Chuda, czarnowłosa, szczerzy do mnie zęby. Ta niska, koło drzwi, wykonuje monotonne ruchy głową i coś do siebie mruczy. Ładna, postawna pacjentka zerka na mnie ukradkiem spod mocno zarysowanych brwi, a młoda dziewczyna patrzy mi w oczy wyczekująco. Każda osoba z zewnątrz, rozpraszająca, choć na chwilę szpitalną nudę, wzbudza ich zainteresowanie. Staruszka przysuwa krzesło w moją stronę.
— Pani kogoś przywiozła czy sama tu zostanie, hm? — pyta.
— A ja mam tu antenę — przerywa jej Weroncia.
— Tu, we włosach.
— Nie przeszkadzaj, Weronciu, masz, kup sobie ciastko — prosi znów ta młoda.
Ze środkowej sali wychodzi drobna kobieta w średnim wieku, pociera z zatroskaniem policzki zbyt dużą, śniadą ręką, obchodzi mnie dookoła i wreszcie odważa się zapytać:
— Ma pani jakieś znajomości z lekarzami? Jutro dziecko idzie do komunii, a mnie w domu nie ma — żali się z góralskim akcentem.
— Jakbym im zapłaciła za karetkę, toby mnie puścili, hej? Albo jak w sobotę przyjadą z moich stron, to bym se siadła z nimi, nawet w papciach, hej? Chłop sam na gazdówce, troje dzieci w domu dopatrzeć, grule sadzić, a tu jeszcze ta komunia. A jak komunia bez matki? Chyba że ksiądz odłoży, bo wiele naszych kobiet pracuje w Czechosłowacji.
— Spytam panią doktor, ale nie mogę wpływać na jej decyzję — wykręcam się od powierzonej mi misji.
— Spytajcie, pani. I powiedzcie, że dziecko idzie do komunii.
Z drugiej strony stolika dosiadła się lnianowłosa staruszka z brulionem w ręce, pokazuje mi swoje rysunki: ptaszki i kwiatki jak z przedwojennych widokówek.
— Mnie córka oddała do tego szpitala bez mojej woli — skarży się. — Własna córka. Tu leczą tak, że się mowa plącze, traci się pamięć i równowagę. Mam swój dom w Rzeszowskiem, tam takie piękne łąki i jeziora, po co ja tu siedzę? Ona mnie kocha, ale jest w błędzie, bo ja wcale nie jestem chora, tylko mi smutno. Mówi, że chce mnie podleczyć, żebym mogła bawić wnuka, urodził się tydzień temu, tak bym go chciała zobaczyć. Dobrze, że tych leków nie połykam — zwierza mi się cichutko.
— Wypluwam, tylko dlatego jeszcze żyję.
— A ja wszystko biorę, co lekarze przepiszą.
Młoda dziewczyna patrzy mi w oczy. Ma na imię Wiesia.
— Jestem w szpitalu już piąty raz. Dotąd bywałam na oddziale młodzieżowym, w moich stronach. Tam jest bardzo dobra pani doktor, pomogła mi, nie wiem, jak się odwdzięczyć. Pierwszy raz zachorowałam, gdy byłam w liceum, w internacie, ale lekarz z pogotowia powiedział, że nie widzi tu żadnej choroby, że trzeba mnie popędzić do roboty. Cała rodzina zaczęła na mnie krzyczeć, nawet tato, a ja tak cierpiałam, ból głowy, słabość, smutek, straszna męka. Nikt mnie nie rozumiał, nawet własny ojciec. Nie mogłam się uczyć, choć wcześniej miałam same piątki i rodzina się spodziewała, że będę nie wiadomo kim.
— Zostaniesz tu do końca życia! — wykrzykuje Weroncia.
— Ha, ha, ja też myślałam, że stąd wyjdę — śmieje się coraz głośniej.
Dziewczyna milknie i blednie.
— Idź stąd, Weronciu, kupię ci potem herbatę — prosi.
— Ja potrafię się uczyć eksternistycznie. I dobrze pamiętam, czego dotąd się uczyłam, powiedzieć pani? „W trójkącie prostokątnym o kącie ostrym trzydzieści stopni…” — deklamuje jak uczennica.
— Uczyłam się historii starożytnego Egiptu, Mezopotamii, Chin. Bitwa pod Issos… Oj, zapomniałam.
Chwyta się za głowę przerażona, jakby ten fakt przesądzał o jej losie. Weroncia zaśmiewa się, ubawiona.
— Najlepiej mi szło z matematyki, nim mnie wzięli do szpitala, uczyłam się o zbiorach. A jak wróciłam na wieś, to wszyscy na mnie tak patrzyli, jakby się mnie bali — skarży się.
— Może, jeśli tu dłużej będę, to choroba już nie wróci?
— Kiedy jakaś dziewczyna zacznie się tu leczyć, to już za mąż nie wyjdzie — przepowiada okrutnie Weroncia.
— Pragnęłam zostać lekarką.
Wiesia stara się jej nie słuchać.
— Teraz wiem, że do takiej nauki już się nie nadaję, ale może mogłabym być pielęgniarką albo siostrą PCK, żeby pomagać chorym.
— Pamiętam, jak przyjmowaliśmy Weroncię — słyszę za plecami głos pielęgniarki, która podeszła niepostrzeżenie. — Prawie trzydzieści lat temu. To była piękna, elegancka dziewczyna, przyprowadził ją mąż, wojskowy. Była ubrana w granatowy kostiumik, zgrabna, szykowna. Wiesia przygląda się Weronci z przerażeniem.
— Nie narzekaj, Weronciu, na rodzinę — mówi pielęgniarka.
— Tyle pieniędzy zostawia ci córka w depozycie. Kiedyś nam Weroncia uciekła, pojechała do Warszawy do ministerstwa, narozrabiała i przywieźli ją z powrotem. Napisała do nas stamtąd list, zaadresowała: „Do szpitala głupich w Kobierzynie” .
— Wizyta! — woła jasnowłosa staruszka.
— No to strajkujcie, jak mało zarabiacie, to strajkujcie — dociera do nas z dołu donośny głos ordynatorki.
— Tak jak w hucie, strajkujcie. Wypuśćcie pacjentki na miasto. A jak chcecie, możemy iść na demonstrację, ale wszyscy, cały oddział, z pacjentkami, bo przecież ich tu nie zostawimy. Taki zawód żeście sobie wybrały, w szpitalu nie można tylko liczyć pieniędzy. Tak, moje drogie. Wchodzi po schodach, energiczna, niewysoka, mocnej postawy, wielki, czarny kok upięty z lśniących włosów o granatowym odcieniu. Rozgląda się, pozdrawia mnie pośpiesznie i zdecydowanym krokiem kieruje się do największej sali, gdzie przy zsuniętych stolikach kilka pacjentek mechanicznymi ruchami układa w pudełkach cienie do powiek.
— Pracujemy? Dobrze.
Świdruje wszystkich czarnymi, bystrymi oczami. Dopada ją góralka.
— Pani, córka idzie do komunii, puśćcie mnie pani, hej?
— Pójdzie pani niedługo, w odpowiednim czasie.
Kładzie jej rękę na ramieniu i już odwraca się do innej chorej. — Pani po punkcji? Leżeć spokojnie — napomina. A do mnie szeptem: — Zrobiłam dzisiaj punkcję chorej na kiłę, nie było rękawiczek… Pani za dużo leży w łóżku — strofuje inną.
— A jak się miewa król szwedzki? — pyta przemykającą chyłkiem starszą pacjentkę, ubraną w bluzkę, której stare koronki wyglądają spod szlafroka jak legitymacja dobrego urodzenia. Przytrzymuje je kształtną dłonią o długich palcach.
— Król szwedzki nadal mnie tu trzyma, już ponad cztery lata, wydaje pani polecenia i pani mnie więzi. Bo przecież ktoś mnie tu zamknął w Kobierzynie, chyba król szwedzki.
— A pani? Proszę powiedzieć, co pani skończyła i dlaczego tu się znalazła — lekarka pyta następną chorą. — Skończyłam dwadzieścia lat temu biologię na Uniwersytecie Jagiellońskim — odpowiada tamta układnie. — Dobrze mi tu — przyznaje.
Ale gdy się odwraca, jej twarz staje się bardzo smutna. — Te panie wylądowały u nas w psychozie alkoholowej.
Lekarka wskazuje dwie leżące obok siebie kobiety w średnim wieku.
— Zostaną wypisane, jeśli wcześniej przekopią ogródek i zasadzą kwiaty — decyduje stanowczo.
— Takie są zasady wychowania przez pracę. Obie są niezadowolone z tej decyzji, jedna coś bąka o chorym kręgosłupie.
— Jak się ma zdrowie do wódki, to do pracy też — przerywa jej pani doktor.
— Warto porozmawiać z tą pacjentką — zwraca się cicho do mnie, wskazując szczupłą, długowłosą kobietę, idącą z gracją przez korytarz, i wraca do dyżurki.
Podchodzę do niej. Patrzy na mnie wyniośle niebieskimi oczami, niespokojnymi, pociemniałymi od smutku. Z jabłkiem w smukłej dłoni wygląda jak biblijna Ewa. Twarz zniszczona, porysowana pierwszymi zmarszczkami, lecz nadal ładna. Uśmiecha się blado, raczej z grzeczności.
— Pani ze mną chciała rozmawiać? O mnie? O Boże. Miałam życie grzeszne i po co do tego wracać? Siadamy w pustym gabinecie. Ustawiając z wdziękiem zgrabne nogi i gestykulując delikatnymi dłońmi, niezbyt szczerze odwodzi mnie od zamysłu poznania swoich losów. — To prawda, tańczyłam w kabaretach, w Anglii, Belgii, Luksemburgu, zachodnich Niemczech, ale gdy przyszedł czas na rachunek sumienia, okazało się, że było to życie grzeszne i złe. Zwłaszcza te kontakty z mężczyznami, programy ze striptizem. Nie powinnam była wyjeżdżać z kraju. Dzisiaj, gdy mam ponad pięćdziesiąt lat, chciałabym zawrócić ten czas, lecz to niemożliwe.
Zaciska szczupłe palce na blacie stolika. Głowa jej lekko drży, oczy ma podkrążone, wzrok rozmyty, rozgorączkowany poczuciem winy.
— Pozostaje się modlić, lecz Bóg już mnie nie wysłucha — mówi szeptem.
— Za dużo tych grzechów, za dużo. Urodziłam się w Lublinie, tuż przed wojną. Ojciec był alkoholikiem, a matka nigdy nie miała dla nas czasu. Wychowywaliśmy się z bratem sami. Pamiętam wojnę, chociaż wtedy jeszcze byłam mała. Widziałam, jak ludzie kradli żywność z magazynów, a Niemcy do nich strzelali, jak chłopi zdejmowali buty z nóg zabitych, pamiętam…
Jak gdyby wpatruje się w te wspomnienia, mówi monotonnie, z wysiłkiem, zatrzymując w ustach słowa jak niesmaczną strawę.
— Nie mogę dobrze opowiadać, nie potrafię nawet zebrać myśli — skarży się. — Po wojnie wyjechaliśmy z rodziną do Łodzi, wynajęliśmy małe mieszkanie na poddaszu, było biednie, szaro. Już w przedszkolu lubiłam tańczyć, potem w szkole występowałam na akademiach i uczyłam się tańca w ognisku baletowym. Taniec był moją pasją przez całe życie. W liceum poznałam księdza, stał się moim dobrym duchem, całe życie szukałam takiego mężczyzny jak on. Rozmawialiśmy wiele o sprawach ostatecznych. Przechowuję dużo widokówek i listów, które od niego otrzymywałam. Miałam dwie miłości: tego księdza i Johanna Straussa, więcej nic już się nie liczyło. Byli jacyś Belg i Francuz, ale co to ma dzisiaj za znaczenie. Wyjechałam z kraju, gdy miałam dwadzieścia trzy lata, był to fatalny krok. Mogłam tu, w Polsce, żyć uczciwie, pracować w domu kultury, a ja zostawiłam syna obcym ludziom. Dotąd ma o to do mnie żal. Najpierw pracowałam w Anglii w restauracji jako kelnerka, szybko nauczyłam się języka. Ale ja chciałam tańczyć. Znalazłam w prasie ogłoszenie o przyjęciach do kabaretu, zgłosiłam się i zostałam przyjęta. To był nocny kabaret, wychodziłam tańczyć na scenę i robiłam striptiz. Wówczas nie miałam poczucia grzechu, tam panował kult ciała, akt na ekranie, w sztuce, w czasopismach, plaże nudystów. Dopiero teraz, w czasie spowiedzi, ksiądz odkrył mi hańbę takiego życia — wyznaje, szukając u mnie potępienia, a może rozgrzeszenia.
— Jeździliśmy z koncertami po całej Anglii, to piękny, czysty kraj — kobieta wraca do swoich zwierzeń. — Różnie mi się wiodło, mój taniec zawsze się podobał. O sukcesy pani pyta? Teraz inaczej na to wszystko patrzę i nie widzę w tym, co robiłam, żadnych sukcesów. Nawet nie chcę widzieć. Przetańczyłam prawie osiemnaście lat w różnych krajach, lokalach, kabaretach, a potem, gdy minęła czterdziestka, coraz częściej zaczęto mnie krytykować, że jestem za stara, że mój taniec jest za mało sexy, a zbyt baletowy, że piję nie dość szampana z gośćmi i mały jest utarg od alkoholu, że mam bliznę po operacji wyrostka. Z nikim się nie związałam, mężczyznom chodzi tylko o jedno, boją się zobowiązań. Utrzymywałam dłuższe kontakty najpierw z Anglikiem, potem z Holendrem, ale żaden z nich nie miał odwagi się ze mną ożenić. Nie miałam też przyjaciółek, raczej koleżanki, najczęściej Niemki, Holenderki. Poznałam wielu iluzjonistów, akrobatów, piosenkarek, striptizerek. Spotkałam też Polki jeżdżące z bogatymi facetami w pięknych samochodach, interesowały ich tylko ciuchy i chłopy. Gdy syn dorósł, sprowadziłam go do Francji, ale nigdy już nie zżyliśmy się ze sobą. Nie podobało mu się to, co robiłam, nie przychodził na moje występy. Z czasem ożenił się i zajął własnymi sprawami. Niewiele majątku mi zostało z mojego nieuporządkowanego życia, ale miałam mieszkanie i zasiłek. I nagle spakowałam się i przyjechałam do kraju, bez przemyślenia, pod wpływem impulsu i tęsknoty. Tu zatrzymałam się w przepełnionym mieszkaniu brata. Podczas transportu z zagranicy część moich rzeczy zaginęła, potem stopniały oszczędności.
Publikujemy fragment książki „Można oszaleć. Opowieści o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” wydanej nakładem wydawnictwa MANDO.





