Ja bym chciała omawiać z maturzystami interesujące lektury. Ale nie mogę, bo oni muszą przygotować się do egzaminu. I ja muszę tłuc z nimi te perełki kanoniczne, pisane przez mężczyzn o mężczyznach — mówi nauczycielka Aleksandra Korczak.
Newsweek: W klasach 4-6 na liście lektur, które uczniowie i uczennice mają przeczytać w całości, nie ma żadnej książki napisanej przez kobietę.
Aleksandra Korczak: Można omówić utwór Wisławy Szymborskiej, ale to nie jest lektura obowiązkowa. Poezja współczesna to w ogóle jest coś, czego znajomość trudno się weryfikuje, bo pozwala na wolnomyślicielstwo, zaprasza do snucia swobodnych rozważań. Ale to się ciężko sprawdza na egzaminie.
Dlatego musi się zmienić sposób egzaminowania i Centralna Komisja Egzaminacyjna. Dziś, jeśli w wypracowaniu na koniec ósmej klasy osoba uczniowska nie odwoła się do konkretnej lektury obowiązkowej, to ma zero punktów, choćby było na poziomie olimpijskim. Rozumiem, czemu to ma służyć: to się wygodnie sprawdza i nanosi na tabelki w Excelu. Tylko że nie o tym jest humanistyka.
W klasach 7-8, sześć lektur do poznania w całości, takoż sami męscy autorzy. Liceum, lektur jest trzynaście, załapała się jedna pisarka, Hanna Krall. Na poziomie rozszerzonym autorki nie ma żadnej.
Owszem. A wiesz, co jest najtrudniejsze? Weźmy moją klasę wychowawczą, przygotowywaną do matury rozszerzonej, w której staram się zarazić czytaniem, polecać fajne książki. I teraz pytanie, czy korzystając z tego, że mamy trochę luźniejszych lekcji w czwartej klasie, mogę nareszcie z nimi omówić coś więcej? Jakąś Jane Austen albo powieść Olgi Tokarczuk, a nie tylko króciutkie opowiadanie? Może oni chcą mi coś zaproponować? Ale nie mogę, bo oni zdają maturę, która przesądzi o tym, czy się dostaną na wymarzone studia. I gdybym w tym momencie wjechała na lekcję i powiedziała „a co tam matura, będziemy omawiać „Do latarni morskiej” Virginii Wolf, bo to jest super powieść i bardzo wam się spodoba”, byłoby to narcystyczne z mojej strony, bo oni jednak przychodzą na te lekcje, żeby przygotować się do egzaminu. I ja muszę tłuc z nimi te perełki kanoniczne, pisane przez mężczyzn o mężczyznach, do matury.
Z kolei bardzo duża część tego, co się czyta w szkole podstawowej, to wcale nie jest literatura dla dzieci i młodzieży, tylko dziewiętnastowieczne utwory dla dorosłych.
Faktycznie, co 13-latek zrozumie z „Dziadów”
Albo ze „Świtezianki”. Jeżeli się nie wie, czym była ballada, czym był romantyzm, no to o czym to jest? O wariatce z jeziora. Albo „Quo vadis”. Jak to czytam jako osoba dorosła, to wiem, kiedy to powstało, że to jest ku pokrzepieniu serc, że Ligia, za którą się ugania Marek Winicjusz, to Polska i tę Polskę trzeba ocalać. A dla dzieci to jest powieść, która niby miała być o jakiejś lasce i jakimś typie, a ta laska bierze udział w pięciu dialogach i nawet wtedy nie mówi swoim głosem, tylko cytuje Homera albo Pismo Święte. Poza tym tam są sceny samobójstwa. I to nie jest zaopiekowane na lekcji, bo jednak podstawa programowa nie przewiduje, że teraz porozmawiamy o tym, z kim się kontaktować, gdy ktoś ma myśli samobójcze. To może być dodatkowy wysiłek nauczyciela, który nie ma gwarancji, że rodzic do niego nie napisze „hej, a jakim prawem pani rozmawia z dzieciakami o kryzysie samobójczym, moja córka jest na to za mała”. „Quo Vadis” otwiera furtki do rozmów o świecie wartości. Tyle że system nie przewiduje takiego wykorzystania tej lektury.
Podobnie chyba zresztą jest z „W pustyni i w puszczy”? To przecież idealna książka, żeby porozmawiać o kolonializmie i stereotypach płci. A czyta się to jako powieść przygodową o dzielnym polskim chłopcu, który uratował angielską dziewczynkę.
Ja przy okazji omawiania „W pustyni i w puszczy” tłumaczyłam, czym jest rasizm, dyskryminacja, kolonializm, ale też dlaczego Staś jest taki bez skazy, silny i zaradny, nazywa baobab Kraków i uczy Nel polskiego. Mówię im, że Sienkiewicz to napisał, gdy Polski nie było na mapie, ku pokrzepieniu serc, i wtedy się już inaczej patrzy na tę lekturę. Dla dorosłych to oczywiste, ale w podstawówce nie ma tego kontekstu.
Ale to nie kanon jest największym problemem.
A co?
Brak lekcji o tym, czym jest w ogóle stereotyp płciowy, jaka jest historia kobiecości, że dzisiaj my, kobiety malujemy się i to jest pozostałość tego, że kiedyś uroda przesądzała o zamążpójściu, czyli o życiowym statusie. I dzisiaj widzimy echa tego myślenia w tym, że kobiety ocenia się przez pryzmat wyglądu. Mężczyzn już trochę też, ale mniej. Fajnie by było, żeby każda osoba w wieku wczesnoszkolnym już zrozumiała, że to jest pewien społeczny konstrukt, że można wyobrazić sobie społeczeństwo, które działałoby zupełnie inaczej. I żeby chociaż jedną lekturę szkolną omówiła w taki sposób, żeby przyjrzeć się pokazanym w niej stereotypom płci. Wtedy przestałyby być takie przezroczyste.
Myślałam, że w czasach „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” i Netflixa pełnego seriali z pierwszoplanowymi bohaterkami będzie już lepiej.
Nadal jest to smutne, że jeżeli dzieciaki poznają jakieś wyzwalające, emancypacyjne klisze, przekraczające te stereotypy płciowe, to nie za sprawą rozmowy o wartościach w przestrzeni szkolnej, tylko za sprawą kapitalizmu: bo rodzice mają Netflixa. I nawet jeśli mamy seriale o małych geniuszkach czy łuczniczkach, to ich bohaterki dalej muszą być piękne. Poza tym jeśli wyłamują się z klisz kobiecych, to zazwyczaj wpadają w tory toksycznej męskości. A kiedy bohaterka jest burkliwa, nie umie rozmawiać o uczuciach, rozwiązuje problemy siłowo, jak Katniss Everdeen z „Igrzysk śmierci”, to już nie jest wyzwolona dziewczyna, tylko chłop z żeńskim imieniem. Nie jestem fanką takiego ślepego girlpower. Takiego „a to przywal mu, co będziesz z nim rozmawiać”. Jeśli nie akceptujemy przemocowych zachowań u chłopców, nie powinniśmy też u dziewczyn.
Ale może to jest prawda etapu: najpierw dajemy dziewczynom męską drogę bohatera, potem damy chłopcom opowieść o współpracy — choć, szczerze, trudno mi pomyśleć, jak taka historia byłaby równie narracyjnie atrakcyjna jak opowieść o przygodach jednostki.
Wszyscy mamy z tym problem. Ale trzeba go przekroczyć, bo jednak historia pokazuje, że jeżeli jesteśmy w stanie przezwyciężyć większe problemy, to tylko za sprawą wspólnoty. To zespół zmienia rzeczywistość, a prawdziwy feminizm to jest jednak siostrzeństwo i „nie będziesz szła sama”, a jedna typiara, która jest inna niż wszystkie i nie lubi innych dziewczyn. Jest to przestrzeń jeszcze nie wyeksploatowana. I z wielkim zainteresowaniem myślę o dzieciakach, które teraz dorastają w czasach odchodzenia od stereotypów płciowych.
A skoro edukacja przez 12 lat przekazuje uczniom i uczennicom tradycyjną wizję ról kobiecych i męskich, to skąd ten tzw. kryzys męskości?
Zastanawiam się, czy czasem nie wynika właśnie po części z tego, że również chłopcy czytają fabuły deprecjonujące kobiecość. I później jest mamy zdziwienie i niezadowolenie, że co, ona chce w ogóle nie mieć chłopa? Przecież kobieta musi mieć chłopa.
Albo mieć partnerską relację.
Skąd taki pomysł w ogóle? I zastanawiam się wręcz, czy to nie jest trochę tak, że dziewczyny się emancypują, a chłopcy nie mają jak, bo nie ma alternatywy dla tradycyjnych wzorców? To jest oddzielny problem: mamy „Kosmos dla dziewczynek”, a chłopcy nie widzą dla siebie kosmosu. Gdzie są warsztaty, fora, które by poddawały reinterpretacji tę toksyczną męskość?
Czyli co, należy dzieciom przynajmniej w podstawówce pozwolić czytać książki, które im po prostu sprawiają przyjemność w lekturze i będą odzwierciedlać ich wartości?
Uważam, że osoby, które stoją za układaniem spisów lektur, niepotrzebnie hołdują przekonaniu, że im coś jest starsze, tym wartościowsze. Przecież mamy w literaturze XX i XXI wieku bardzo dużo ambitnej, dobrej literatury. Czemu w starszych klasach nie omawia się ambitnej publicystyki? Przecież znajdziemy reportaże, które mogłyby zainteresować 11-latka. Czy umiejętność pięknego władania polszczyzną będzie lepsza dzięki temu, że ktoś przeczyta „Zemstę”? Nie sądzę. Powinniśmy poszerzać młodym ludziom słownik, dając im ambitniejsze, współczesne teksty pisane naszym językiem. Podcasty zresztą też mogą pełnić tę funkcję.
To co byś ty zmieniła?
Edukacja powinna być elastyczna. Jeżeli nie chcemy, żeby kanon się zdezaktualizował za 5 czy 10 lat, dobrze by było raczej ułożyć go z toposów i problemów. Szczególnie w szkole podstawowej. Bierzemy na warsztat patriotyzm i do tego dopasowujemy lekturę. Albo publicystkę czy nawet film, czemu ciągle te książki i książki? Żyjemy w kulturze wizualnej, czemu dzieciaki, które kończą szkołę, nie potrafią wymienić dwóch dobrych polskich reżyserów? To jest jakiś skandal. To samo robimy z miłością romantyczną, wojną, śmiercią, depresją. I żeby od razu praca nad tekstem literackim była jednocześnie pracą nad sobą, wypracowaniem swojej tożsamości, ale też żeby służyła jako przyczynek do dyskusji. I nie chodzi mi o to, żeby przekonywać do jakichkolwiek rozwiązań osoby niedorosłe, tylko żeby miały okazję do przegadania tego, co i dla nich jest ważne.
Cała rozmowa z Aleksandrą Korczak, nauczycielką, autorką książki „Bezradne i romantyczne” w podcaście „Historia kobiet”.





