Żeby pokonać reżim liczący prawie 100 mln mieszkańców, trzeba zdobyć Teheran. A nie ma armii na świecie, która by tego dokonała — mówi Vincent V. Severski, pisarz i były oficer Agencji Wywiadu.
Newsweek: Akcja „Nieśmiertelnych” — jednej z twoich pierwszych książek — toczy się w Iranie. W późniejszym „Odwecie” też pojawiają się Irańczycy. To, co czytamy, nie wygląda jak wypisy z Wikipedii.
Vincent V. Severski: Nie uważam się za jakiegoś znawcę Iranu, ale zdarzyło mi się być w tym kraju i rozmawiać z jego mieszkańcami, więc tak, to więcej, niż można wyczytać w Wikipedii, a nawet w paru książkach.
Z „Nieśmiertelnych” pamiętam opisy społeczeństwa tak szczelnego, że oficerom polskiego wywiadu trudno było przeniknąć do środka, choć byli świetnie wyszkoleni, a jedna z agentek znała doskonale język farsi.
— To jest kraj, który wymyka się prostym opisom. Bo z jednej strony jest okrutny reżim, który potrafił wieszać ludzi na dźwigach, a na ulicy ludzie patrzyli na to beznamiętnie. To działo się w południowym Teheranie…
W północnym już nie?
— Północna część miasta to tradycyjne dzielnice elit. Kiedyś związanych z szachem, teraz — z ajatollahami i Korpusem Strażników Rewolucji, który sprawuje faktyczną władzę. Z drugiej strony zdarzali mi się rozmówcy, którzy nie bali się żartować, że „w Teheranie jest za mało drzew, żeby powywieszać wszystkich mułłów”. Irańczycy mają w sobie dużo przyrodzonej godności, wynikającej z kilku tysięcy lat perskiej historii.
W twojej powieści przed wyjazdem na misję do Iranu szef grupy Konrad wyjaśnia jedną z ważniejszych zasad rządzących tamtejszym społeczeństwem: taarof. Co to takiego?
— Konrad opisał to precyzyjnie: „kulturowa gra pozorów, rodzaj kamuflażu i konwencji, i wcale nie taka odległa od naszego szpiegowskiego świata… w którym nic nigdy nie wygląda na to, czym jest w rzeczywistości”. To sztuka społecznej mimikry, w której taksówkarz będzie udawał, że nie chce od ciebie pieniędzy, a ty powinieneś się domyślić, że jednak trzeba mu zapłacić, choćby odmawiał przyjęcia zapłaty trzy razy. To noszenie społecznej maski, która skrywa prawdziwe intencje. Zdolność do odczytywania znaczeń taarof to jeden ze sposobów, w jaki Irańczycy potrafią odsiać swoich od obcych.
Vincent Viktor Severski
Foto: Krzysztof Żuczkowski/Forum
Amerykanie są raczej prostolinijni, więc negocjacje, w których Steve Witkoff i Jared Kushner siadają naprzeciw arcymistrzów taarof, nie mogły się zakończyć dobrze dla USA.
— Znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy nie ma komu kibicować. Irański reżim to nie jest ekipa szlachetnych ludzi, a jak wygląda obecna władza w Białym Domu, widzimy chyba aż za dobrze. Należałoby zacząć od tego, że do tej absurdalnej wojny w ogóle nie powinno dojść. A doszło do niej tylko dlatego, że Donald Trump dał się podpuścić premierowi Izraela Beniaminowi Netanjahu.
I nie było nikogo, kto by go powstrzymał? Przecież w CIA chyba istnieje pamięć instytucjonalna? Amerykanie znają Iran, bo pociągali tam za sznurki od 1953 do 1979 r.
— Od czasu operacji „Ajax”, czyli przewrotu, w którym CIA do spółki z brytyjskim MI6 obaliła premiera Mohammada Mosaddegha i wzmocniła władzę szacha Rezy Pahlawiego. Mosaddegh przeprowadził uchwaloną przez parlament nacjonalizację brytyjskiego koncernu naftowego Anglo-Iranian Oil Company, później znanego zresztą jako BP — British Petroleum. Brytyjczycy i Amerykanie nie mogli tego puścić płazem.
Szach dostał wielką władzę i mnóstwo pieniędzy ze sprzedaży ropy, ale nie potrafił zrobić z tego użytku. Pieniądze wydawał na armię i luksusowe zachcianki.
Był jednak prozachodni, więc Amerykanie go wspierali. To z tamtych czasów pochodzą zdjęcia irańskich kobiet w mini, przypominane często pod hasłem „kiedyś to był normalny kraj, nie to co teraz”.
— Zdjęcia pewnie z północnego Teheranu, bo znaczna część irańskiego społeczeństwa żyła wtedy w biedzie. To był kraj potężnego rozwarstwienia.
Jego najlepszym symbolem był chyba jubileusz 2,5 tys. lat perskiej państwowości w 1971 r., na który szach ponoć wydał 100 mln dol.
— Bo też impreza była, jak to się dzisiaj mówi, „epicka”: w pobliżu ruin miasta Persepolis postawiono klimatyzowane namioty, jedzenie i trunki sprowadzano samolotami prosto z Paryża. Szastanie pieniędzmi na pewno kłuło zwykłych Irańczyków w oczy, ale Pahlawi tłumił wszelkie przejawy buntu brutalną siłą. Okryty złą sławą SAVAK, czyli ówczesna bezpieka, torturował i zabijał ludzi bez mrugnięcia okiem. Trudno się dziwić, że hasła islamskiej rewolucji przeciw władzy szacha padły na podatny grunt.
Lud podburzał ajatollah Ruhollah Chomeini, wypędzony z Iranu w latach 60., do 1978 r. mieszkał w irackim Nadżafie, potem w Paryżu. Na początku 1979 r. szach wyjechał z kraju, żeby leczyć raka, a Chomeini wrócił do Teheranu i wszczął islamską rewolucję. Ona nie była inspirowana przez Rosjan?
— Nie sądzę, ale myślę, że była dla nich bardzo korzystna: Iran przestał być prawdziwym mocarstwem tuż pod bokiem Rosji. Gdyby szach utrzymał władzę, Iran mógłby mieć broń atomową dużo wcześniej.
Ale władzę w Iranie przejęli islamiści, którzy, jak wspominałeś, wieszali ludzi na dźwigach, a Amerykę nazwali Wielkim Szatanem. Pod koniec 1979 r. grupa rewolucjonistów przedostaje się do amerykańskiej ambasady i bierze 66 zakładników. 52 czekało na uwolnienie aż do 20 stycznia 1981 r.
— To była jedna z przyczyn porażki wyborczej prezydenta Cartera. A uwolnienie zakładników w dniu inauguracji Ronalda Reagana też było symbolicznym gestem Iranu.
Amerykanie nie siedzieli z założonymi rękami: w kwietniu 1980 r. podjęli próbę odbicia zakładników, ale woleliby pewnie zapomnieć o tej porażce: stracili ośmiu ludzi i trzy śmigłowce, a nawet nie dolecieli do Teheranu.
— Pokonały ich burze piaskowe i błędy organizacyjne misji. Co ciekawe, tymczasowe lądowisko urządzili wtedy na Pustyni Słonej pod Teheranem. Podczas niedawnej akcji ratowania członka załogi F-15E zestrzelonego nad Iranem amerykańskie maszyny też lądowały na tym terenie. Tym razem jednak akcja się powiodła, choć nie obyło się bez strat w sprzęcie. Amerykanie doskonale znają Iran i wiedzą, że jest praktycznie nie do zdobycia. Żeby pokonać reżim liczący prawie 100 mln mieszkańców, trzeba by zdobyć Teheran. A nie ma takiej armii na świecie, która by tego dokonała. Bo to naturalna twierdza — najpierw musisz pokonać góry Elburs, wysokie na ponad 4 tys. metrów. Od południa miasto chroni Słona Pustynia, gdzie temperatura dochodzi do 60 stopni. A na koniec masz do zdobycia ciasno zabudowane miasto z 16 mln mieszkańców.
Można sobie połamać zęby.
— Wiadomo, że jak obcy wejdzie do Iranu, to ci ludzie będą się bić. Niezależnie od tego, co widzieliśmy kilka miesięcy temu — te demonstracje to nie był cały Iran. W Teheranie, Isfahanie demonstrowali studenci, inteligencja, drobny biznes, ale nie cały lud.
I wszyscy biliby się z US Army, mimo że nie znoszą opresyjnego reżimu?
— Myślę, że Amerykanie przekonaliby się o tym tak samo, jak Rosjanie przekonali się, że Ukraińcy potrafią się bić o swój kraj. Reżim ajatollahów trzyma się od prawie pół wieku. Dlaczego? Bo ma swój mit założycielski, czyli wojnę z Irakiem, która zaczęła się w 1980 r. i trwała prawie osiem lat. Po stronie irańskiej zginęło milion żołnierzy. Do dziś w całym kraju są małe muzea z figurami męczenników, którzy oddali wtedy życie. A walki przypominały ataki tyralierą z II wojny światowej. W tych nacierających szeregach stali obok siebie ramię w ramię monarchiści, islamiści i nawet komuniści. To była wojna narodowa.
Skoro to taki narodowy monolit, to jak Mossadowi udało się tak spenetrować Iran? Skuteczność ich nalotów czy eliminacji np. naukowców to przecież zasługa nie tylko techniki, ale i agentów na miejscu.
— Izraelczycy znają Iran doskonale. Mają u siebie liczną irańską diasporę. Za czasów szacha oba kraje blisko współpracowały, nawet bardzo blisko — w tym służby specjalne. Wszystko się zmieniło po rewolucji. Nowy reżim musiał mieć wroga i stał się nim Izrael, a właściwie syjonizm, bo w społeczeństwie nie ma prawie antysemityzmu. Polecam izraelski szpiegowski serial „Teheran”. Uważny widz wiele w nim wyczyta. W samym Teheranie mieszka ok. 40 tys. Żydów, i to od wieków. Oni są tam „swoi”. Kiedyś w antykwariacie trafiłem na piękną gwiazdę Dawida. Sprzedawca — Pers, w czapeczce i z długą brodą — wyjaśnił, że to pamiątka osobista, nie na sprzedaż: „Jestem Żydem”.
Sam wojenny mit to jednak za mało, żeby utrzymać reżim u władzy. Bez aparatu przemocy by się nie powiodło.
— VEVAK, czyli następca SAVAK, trzyma społeczeństwo w ryzach. Podobnie jak Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. I to wbrew obiegowym opiniom nie są dzicy faceci z karabinami, tylko tacy goście w eleganckich garniturach. Do tego masz Basidż, czyli coś jak nasze dawne ORMO. Jest komu pilnować porządku i moralności. Pod wieloma względami Iran to taki mały Związek Radziecki, tyle że zamiast wiary w dialektykę marksizmu mamy prawdziwy element religijnej mistyki, tak ważnej w szyizmie. I podobnie jak w ZSRR masa społeczeństwa w ten czy inny sposób jest „umoczona” we władzy. Ale jak mówiłem, to kraj kontrastów, więc ta metafora Związku Radzieckiego nie do końca pasuje, bo Irańczycy w przeciwieństwie do Rosjan nie mają mentalności niewolników. Tam się czuje te kilka tysięcy lat historii.
Trochę kojarzy mi się to z Polakami w PRL. Niby budowaliśmy ten socjalizm, ale pod powierzchnią buzowały nastroje antykomunistyczne. Taki polski taarof.
— Ale myśmy mieli Wielkiego Brata, który nas pilnował z bliska. PRL był efektem nowego podziału świata…
… który dokonał się przecież w Teheranie.
— Faktycznie. Co ciekawe, konferencja w Teheranie w 1943 r. mogła się odbyć dzięki temu, że dwa lata wcześniej Iran podbiły wspólnie wojska brytyjskie i radzieckie.
À propos Rosji, współpraca między ajatollahami a Putinem kwitnie. Zawsze tak było?
— Po rewolucji Chomeiniego był etap wzajemnego tolerowania się. Bo ateistyczne państwo, jakim był ZSRR, nowe islamskie władze też uznawały za szatana. Ale z czasem to się zmieniło, zwłaszcza po wycofaniu się Sowietów z Afganistanu i po upadku ZSRR.
Chyba najbardziej znanym efektem tej współpracy są Szahedy, czyli irańskie drony, które Rosja importuje na potęgę i produkuje na licencji, a potem niemal codziennie wysyła setkami i tysiącami do Ukrainy.
— Irańczycy to niezwykle utalentowany naród, szczególnie jeśli chodzi o nauki ścisłe, np. matematykę. Nawet za szacha nauka mocno się rozwijała, a rewolucja islamska nie wycięła wszystkiego do nogi, tylko zostawiła to, co wartościowe. Iran od 1979 r. żyje w reżimie sankcji, a mimo to rozwinął produkcję własnych samolotów, samochodów, własny przemysł. Wiesz, gdzie mieszka najwięcej Irańczyków poza Iranem?
Nie mam pojęcia.
— W Kalifornii. Samoloty z Teheranu latają tam nieustannie i wożą pracowników do branży high-tech. Irańska diaspora za granicą to rzadko właściciele kebabowni. Oni są profesorami na wyższych uczelniach.
Niby reżim, ale nie jak w Korei Północnej, która jest całkiem pod kloszem. Tu ludzie jeżdżą po świecie.
— Ten reżim wciąż się zmienia. Kiedy byłem tam po raz pierwszy w latach 90., czuć było twardą rękę: rygorystycznie przestrzegano noszenia chust, zdarzały się publiczne egzekucje. Dziś w Teheranie masz eleganckie restauracje, sklepy, na ulicy można zobaczyć Ferrari. Irańska młodzież mówi po angielsku, słucha tej samej muzyki co ich rówieśnicy. Alkohol niby jest zakazany, ale są restauracje, gdzie można się napić, nawet w towarzystwie Strażników Rewolucji. Zakazane jest picie alkoholu, a nie posiadanie. Ormianie niemal legalnie pędzą kiszmisz. Irańczycy mają nawet rodzimy przemysł pornograficzny i licencjonowaną prostytucję w formie sigeh — czasowego małżeństwa nawet na kilka minut.
Wygląda to jak schyłek reżimu.
— Żeby było jasne, tamtejsza bezpieka wciąż jest silna i potrafi być brutalna, co było widać niedawno przy tłumieniu protestów. Ale instynkt podpowiada mi, że jakaś zmiana wisi w powietrzu.
Zmiana wywołana wojną?
— Na początku tego konfliktu napisałem na Facebooku, że jeżeli reżim w Iranie przetrwa pierwsze uderzenie i się utrzyma, to wygra tę absurdalną wojnę. No i się utrzymał.
Chwilami wręcz dyktuje warunki. Cieśnina Ormuz znajduje się pod kontrolą Iranu, planowane jest pobieranie myta. A Donaldowi Trumpowi pozostało tylko straszenie w sieci na przemian z pokrzykiwaniem, że wojnę wygrał.
— Reżim długo się do tej wojny przygotowywał i okazało się, że choć Trump zapewnia, że zniszczył irańskie siły zbrojne, to jednak część instalacji naftowych na Bliskim Wschodzie poszła z dymem za sprawą irańskich dronów i rakiet.
I co będzie dalej?
— Irańczycy stawili czoło największej armii świata, więc bez ujmy na honorze mogą zawrzeć pokój. Amerykanom też zależy, żeby wyplątać się z tej awantury. Ta wojna może mocno zmienić bliskowschodnią układankę. Nie wykluczałbym skutków w postaci unowocześnienia Iranu. Nie to, że za sprawą oddolnych zmian, to byłaby raczej metamorfoza sterowana odgórnie. Takich zmian mogą dokonać Strażnicy Rewolucji. To oni rządzą tym krajem, trzymają cały biznes. To jest państwo w państwie i to nie są głupcy.
Reżim pozostaje, ale zmienia się jego maska? W sumie na zmianę kursu nie ma lepszej chwili niż wojna, w której ginie całe dotychczasowe przywództwo państwa.
— Persowie są cierpliwi, nie podejmują gwałtownych decyzji, nie są emocjonalni. Ale też widzą, że dotychczasowa formuła reżimu się wypala, więc mogą chcieć poszukać nowej, bardziej otwartej, czerpiącej ze współpracy ze światem. Wtedy nawet w kilkanaście lat Iran ma szansę stać się potęgą.
Czyli pokój?
— Nie wykluczałbym tego. Przyjazny Iran to dla Ameryki sto razy cenniejszy sojusznik na Bliskim Wschodzie niż Izrael. Na dodatek wielki rynek. Izrael trzeba by jakoś udobruchać, ale cała bliskowschodnia układanka będzie się układać teraz na nowo. Myślę, że Iran też znajdzie w niej swoje miejsce, może w końcu pozytywne, bo jest do tego potencjał.
Jak już tak sobie fantazjujemy, to za kilka miesięcy w Stanach Zjednoczonych zaczyna się mundial. Iran awansował do finałów, ale do niedawna z powodu wojny występ jego drużyny stał pod znakiem zapytania. Specjalna ceremonia z udziałem irańskich futbolistów mogłaby stanowić symboliczne zakończenie kolejnej wojny przez Donalda Trumpa.
— Znając jego skłonność do efekciarskich zagrywek, w ogóle bym się nie zdziwił. Może pierwsza Pokojowa Nagroda FIFA, którą Gianni Infantino wręczył Trumpowi, okaże się jednak prorocza?




