Więźniowie, którzy przeszli przez białoruskie więzienie, wspominają, że aby przeżyć, musieli zacisnąć zęby i powtarzać sobie: „Przetrwam, za wszelką cenę”.
Od kilkunastu miesięcy białoruski reżim – w toku negocjacji prowadzonych przez Stany Zjednoczone – zwalnia białoruskich więźniów politycznych. Dzięki ich opowieściom dowiadujemy się, jak żyje się za kratami w „ostatniej dyktaturze Europy”. Słowa byłych skazańców nikogo nie mogą pozostawić obojętnym, są żyletka przecinająca cienką skórę. Każdy więzień i każda więźniarka przeszli przez wszystkie kręgi piekła. Przetrwali jedynie ludzie najsilniejsi – fizycznie i psychicznie. Według białoruskich organizacji na rzecz praw człowieka, w kraju wciąż przebywa ponad tysiąc więźniów politycznych.
Lęk
Wolność na Białorusi stracić można w każdej chwili. Wielu więźniów politycznych zostało aresztowanych, kiedy – jak co dzień rano – wychodzili do pracy. Nagle, tuż przed nimi, z piskiem zahamował samochód, wybiegło z niego dwóch mężczyzn – jeden wykręcił aresztowanemu ręce do tyłu, drugi naciągnął parciany worek na głowę.
Podstawową zasadą służb specjalnych jest wzbudzanie lęku. Więzień musi czuć, że zagraża mu niebezpieczeństwo, że samochód wywiezie go za granicę miasta i już za chwilę może nawet stracić życie. Ot – strzelą w głowę i zakopią w piachu. Cóż z tego, że bliscy się o niego upomną? Reżim nie tłumaczy się ze swoich działań. Kiedy aresztowany po kilku godzinach krążenia po mieście w worku na głowie nie może już przełknąć śliny i posika się ze strachu, trafi do aresztu. W Mińsku najgorszą sławą cieszy się Akrestina – więzienie, przez które przeszło całe pokolenie niepokornych Białorusinów i Białorusinek, których dojrzewanie i młodość przypadły na lata rządów Łukaszenki.
Skazaniec nie ma za kratami żadnych praw. Nie pozwala mu się wyjść do toalety, pozbawia prawa do snu. Zeznania wydobywa się siłą – bijąc pałkami, polewając zimną wodą, niekiedy nawet gwałcąc. Szczególnie dotkliwe kary stosuje się podczas powyborczych protestów wyborczych. Cele są małe i tłoczne (niekiedy nie sposób w nich usiąść, nie mówiąc o położeniu się). Skazanym nie przysługuje pościel, a potrzeby fizjologiczne muszą załatwiać przy innych więźniach. Panoszy się robactwo i szczury. Wilgoć sprawią, że więźniowie często zapadają na choroby płuc. Normą jest przetrzymywanie więźniów politycznych z kryminalistami i kapusiami.
Co kilka dni każdy więzień trafia do karceru, w którym nie ma nic oprócz betonowej podłogi (łóżko jest na dzień podnoszone). Człowiek – dygocąc z zimna – całymi dniami pozostawiony jest ze swoim cierpieniem i uporczywymi myślami. Czy kiedykolwiek stąd wyjdę? Czy zobaczę swoich bliskich?
Terroryzm
Wspomnienia białoruskich więźniów politycznych zebrali i udokumentowali pracownicy i współpracownicy Ośrodka Studiów Wschodnich (publikacja w języku polskim i angielskim wkrótce ukaże się drukiem).
Jedną z więźniarek (a zarazem bohaterek tomu) jest Antanina Kanawaława, współpracowniczka Swietłany Ciechanouskiej – kandydatki na urząd prezydenta w 2020 r. Młoda (wydawałoby się niepozorna) kobieta została oskarżona o próbę obalenia białoruskich władz siłą.
Po aresztowaniu Antaninę przewieziono do siedziby MSW. Zapewne z powodu braku miejsca ją i innych zatrzymanych ulokowano w garażu. Przesłuchania były monotonne i męczące. Milicjanci grali w „dobrego i złego”.
Antanina wspomina, że na więziennym korytarzu funkcjonariusze chodzili w kominiarkach, w dłoniach zaciskami gumowe pałki. Na ścianach widniały świeże ślady krwi. „Będą nas bić” – pomyślała kobieta. Mundurowi wciąż wykrzykiwali do zatrzymanych: „Pierzecie ludziom mózgi”, „Nauczymy was rozumu”.
Z więziennego korytarza Antanina trafiła do „szklanki” – pomieszczenia bez okna, nie większego niż metr kwadratowy na metr. Później Antanina przeszła przez młyn białoruskiego śledztwa. Kazano jej oczerniać własne środowisko, donosić na przyjaciół i Swietłanę Cichanouską, która własny naród uważa za „mięso”.
Inny działacz opozycji, Zmicier Kazlou z karceru trafił do wieloosobowej celi. Ze wszech miar próbowano wzbudzić w nim lęk.
„Było tam czterech ludzi. To byli narkomani, skazani za różne wykroczenia administracyjne, chuligaństwo, pijaństwo. Ciągle rozmawiali o narkotykach. I mieli żółtaczkę, AIDS, jeden miał padaczkę. Myślę, że specjalnie umieścili mnie w takiej celi” – opowiada Kazlou.
Warunki panujące w „Wołodarce”, areszcie śledczym w Mińsku Kazlou uważa za „najlepsze” spośród wszystkich aresztów. Spędził tam – w piwnicy – ponad dziewięć miesięcy. Cela – o wymiarach pięć na sześć metrów kwadratowych ma pomieścić dwadzieścia cztery osoby. Prycze liczą trzy pietra i ustawione są w rzędach. Z sufitu kapie woda, a w powietrzu panuje nieustępująca wilgoć. „Myszy, szczury, karaluchy” – mówi mężczyzna.
„Chemia”
Na Białorusi nikt nie może czuć się bezpieczny, choć w mediach opisywane są przypadki aresztowania i tortur stosowanych na więźniach politycznych, to za kraty trafiają także niewinni studenci, czy przedsiębiorcy. Kraj w tak szybkim tempie zmierza ku totalitaryzmowi, że nawet błahostka może stać się powodem aresztowania. Do więzień trafiają ludzie, którzy przypadkiem znaleźli się w miejscu, które władze uznały za „nielegalne zgromadzenie”, pogrążyć może komentarz w mediach społecznościowych (nie zawsze sensu stricte polityczny), a nawet polubienie postu, który reżim uzna za „ekstremistyczny” bądź „obrażający prezydenta”. Powodem aresztowania może stać się lektura niewłaściwej książki, albo zbyt swobodna rozmowa z kimś, kto okaże się donosicielem.
Choć często stosuje się takie porównanie, to współczesna Białoruś nie jest Związkiem Radzieckim. Reżim robi jednak wszystko, by zasiać w obywatelach strach oraz udoskonalać aparat represji i to mu się udaje. W sieci więzień i kolonii (które często zrównuje się z łagrami) znajduje się coraz więcej osadzonych. Wielu z nich – jak Andrzej Poczobut – spędzi w zamknięciu dużą część swojego życia. Zostaną aresztowani jako młodzi ludzie, wyjdą jako staruszkowie: przebywanie w karcerze, codzienne tortury, brak opieki medycznej i głodowe racje żywnościowe sprawiają, że trzydziestolatek wygląda i czuje się jak staruszek.
Łukaszenka nigdy nie miał ochoty być szanującym prawo prezydentem (choć w 1994 r. wygrał wybory szafując słowem „demokracja”). Marzenia o białoruskiej demokracji runęły wiosną 1995 r., kiedy Łukaszenka wydał służbom specjalnym rozkaz pobicia posłów Białoruskiego Frontu Ludowego, którzy protestowali przeciwko zmianom mającym znaleźć się w białoruskiej konstytucji. Łukaszenka – ukryty za kotarą – miał obserwować, jak gumowe pałki spadają na ciała parlamentarzystów, sprawiając ból nie do zniesienia. W następnych latach dyktator rozprawił się z opozycją (w 1999 r. w „niewyjaśnionych okolicznościach” zginęli jej czołowi przedstawiciele), wolnym słowem. W 2001 r. uchwalono prawo pozwalające posłać za kraty „za obrazę prezydenta”.
Z tego paragrafu aresztowano redaktora wydawanej w Grodnie gazety „Pogoń”, Pawła Marzejkę. Paweł był wtedy młodym, wesołym chłopakiem, miłośnikiem historii, który mówił o sobie: „lokalny patriota”. Nigdy nie ciągnęło go do Mińska, kochał „swoje” Grodno, trafił z niego do „chemii”, jak w białoruskim żargonie nazywa się zesłanie do obozu pracy przymusowej. Po dwóch latach odsiadki jego ciemne włosy pokryły się siwymi pasmami, a dłonie nosiły odciski powstałe na skutek ciężkiej fizycznej pracy. Od tamtego czasu Mażejka cały czas przebywał na celowniku służb specjalnych. W 2006 r. był asystentem opozycyjnego kandydata na prezydenta – Aleksandra Milinkiewicza, liczył się z możliwością kolejnej odsiadki, jednocześnie pracował jako dziennikarz telewizji „Bełsat”. Za kraty trafił w 2022 r., powód jego aresztowania nie został podany do wiadomości publicznej. Przez rok Mażejka nie mógł kontaktować się z rodziną. Opinia publiczna dopiero w 2023 r. – podczas rozprawy sądowej – dowiedziała się, że Mażejka został oskarżony o „sprzyjanie działalności ekstremistycznej”.
Skazano go na sześć lat pozbawienia wolności (został zwolniony jesienią ub.r.). Chciałam z nim wówczas porozmawiać – wiele lat temu służył mi pomocą w pracy na Białorusi. Zawsze serdeczny, dzielący się kontaktami, otaczający opieką. Tym razem serdecznie mnie pozdrowił i powiedział, że woli pomilczeć.




