U syna znajduję po 15 talerzy w pokoju, nazbieranych w ciągu zaledwie trzech dni — opowiada Magda, mama 16-latka. Z podobnym problemem mierzą się w Polsce tysiące rodziców. — Nadmiernie chronimy dzieci przed tym, co trudne, a potem dziwimy się, że nie radzą sobie z najprostszymi rzeczami — mówi psychoterapeutka Anna Dziewulska. Konsekwencje są poważne.
Na lodówce w kuchni Katarzyna przypięła rozpiskę dla dzieci na tydzień: kto pomaga w kuchni i wynosi śmieci, kto ogarnia łazienkę. Potem zmiana. W sobotę sprzątają cały dom razem. Na papierze wszystko się zgadza. W domu — nie działa.
— Codziennie się wymawiają. Mecz, koleżanki, później, zaraz. I tak tygodniami — mówi Katarzyna. W końcu robi sama. — Mniej mnie męczy sprzątanie niż ciągłe proszenie.
Do pokojów dzieci już nie zagląda. Pilnuje tylko części wspólnych. Ale coraz częściej łapie się na tym, że odpuszcza.
— Zatyka mnie, gdy po córce zbieram z łazienki waciki albo podpaski. Ja w jej wieku spaliłabym się ze wstydu. Po niej to spływa. Zwracam uwagę i słyszę: „no i co z tego?”.
Pyta ją czasem: „jak ty sobie poradzisz w dorosłym życiu?”. Córka wzrusza ramionami.
— Wiedziałam, że przyjdzie bunt nastolatka. Ale nie, że dzieci przestaną robić cokolwiek — mówi Katarzyna.
***
W zamkniętych grupach dla rodziców na Facebooku problem wraca cyklicznie. „Syn potrafi skórkę od banana rzucić na podłogę i nie podnieść. Córka brudne majtki i piżamę zostawia pod drzwiami w łazience. Bo »nie ma siły«”.
„Gnijące resztki jedzenia na podłodze, gumy podklejone pod krzesłem, brudne ciuchy pod łóżkiem”.
Magda, mama 16-latka: — U syna znajduję po 15 talerzy w pokoju, nazbieranych w ciągu zaledwie trzech dni. Powiedziałam, że może mieć bałagan, jaki chce, ale na robale w domu się nie zgodzę.
Bez reakcji.
— W moim rodzinnym domu ja miałam obowiązki, a mój młodszy brat — nigdy. Bo dziewczynki miały sprzątać. Obiecałam sobie, że u mnie tak nie będzie — mówi Magda.
Na początku dobrze jej to wychodziło. Kilkuletni syn zaczynał od sprzątania stołu po posiłkach, potem opróżniał zmywarkę. Wreszcie wprowadzili wspólny harmonogram sprzątania.
Dziś pokój syna wygląda jak po wybuchu bomby. Na podłodze ubrania, zużyte chusteczki, puste butelki. Brudne rzeczy mieszają się z czystymi, smród uderza od progu. Na środku pokoju stoi 120-litrowy worek na śmieci. Wrzuca tam wszystko. I nie chce mu się go wynieść.
Magda pracuje z domu. Cały dzień sprząta i ogarnia. Coś leży? To podnosi.
— Jestem tym coraz bardziej zmęczona.
***
Dojrzewanie i bunt nie usprawiedliwiają braku empatii i szacunku dla innych — mówi Anna Dziewulska, psycholożka i psychoterapeutka. — Nastolatek może się nie zgadzać z regułami świata dorosłych, może się złościć i mieć bałagan w swoim pokoju. Ale to nie znaczy, że może ignorować pozostałych domowników.
Problem z unikaniem prac domowych zaczyna się dużo wcześniej niż w okresie dojrzewania. — Dziś uważamy, że dobre rodzicielstwo polega na tym, że wszystko robimy za dziecko. A tak nie jest. Dziecko musi wiedzieć, że inni też mają swoje potrzeby i należy je respektować — zwraca uwagę Dziewulska.
Rodzice mają prawo powiedzieć: „jestem zmęczona, nie mam siły, potrzebuję pomocy”. Zamiast tego dziecko często słyszy: „odsuń się, zrobię sama, będzie szybciej”. Kiedy matka mówi: „posprzątaj”, a potem i tak zrobi to sama, dziecko dostaje jasny komunikat, że to nie jest ważne. — Większym problemem niż bunt nastolatków jest brak konsekwencji u dorosłych — mówi terapeutka. — Jednak nie każde polecenie trzeba egzekwować za wszelką cenę. Czasem warto sprawdzić, czy za niewykonaniem polecenia stoi zwykłe „nie chce mi się”, czy zmęczenie. A może jakaś trudność, którą trzeba wyjaśnić.
***
Według badania zleconego przez firmę z branży środków czystości, Grupę INCO, aż 71 proc. rodziców twierdzi, że angażuje dzieci w obowiązki domowe. Większość uważa też, że powinny pomagać już od najmłodszych lat — nawet od czwartego roku życia. Tylko co czwarty rodzic odłożyłby te obowiązki do czasu, gdy dziecko stanie się nastolatkiem.
Tylko że „angażować” nie znaczy „dopilnować”.
Rodzice najczęściej słyszą: „A po co mam sprzątać? Przecież to nie twój pokój. Mnie to nie przeszkadza”.
Alicja: — Moja 12-latka potrafi zapytać, czy jej pomogę ogarnąć pokój, a potem czeka, aż sama go posprzątam. Czyste ubrania leżą na krześle tygodniami. Mówię, żeby powyrzucała papiery — nic z tego. Śmieci też nie ruszy, bo się ich brzydzi — mówi.
Gdy do sprzątania przychodzi ktoś z zewnątrz, wtedy dzieci jeszcze rzadziej widzą, że ktoś musi podnieść to, co spadło. I że tym kimś powinny być one.
— Umawiam się z osobą, która przychodzi sprzątać, żeby nie wchodziła do pokoi dzieci — opowiada jedna z matek. — To ma być ich przestrzeń i ich odpowiedzialność. Poza tym wstyd mi wpuszczać kogoś w taki bałagan.
Inna matka: — Dzieciaki nawet podstawowych rzeczy już nie zrobią: ciuchów nie sprzątną, skarpet z podłogi nie podniosą. Jeszcze większy bałagan zostawią, bo wiedzą, że ktoś to posprząta — opowiada. Teraz próbuje to odkręcić. — Pani od sprzątania zostawiłam mycie okien. Dzieciakom wdrożyłam dyscyplinę.
Rozmawiam z Beatą, która sprząta w domach. — Mnie to nie dziwi. Też wyręczałam syna, gdy był mały. Teraz nie mogę go zagonić do sprzątania — mówi.
W jednym z domów coś jednak zmieniła. — Rodzice prosili, żebym omijała pokoje dzieci, bo tam jest za duży bałagan. Raz jednak miałam czas i posprzątałam — opowiada.
Pierwsza reakcja była gwałtowna — awantura. Że nic nie mogą znaleźć. Ale przy kolejnej wizycie drzwi były już otwarte. — Posprzątali tak, że mogłam odkurzyć i umyć podłogę. Od tamtej pory się pilnują.
***
Badania pokazują, że to matki wykonują zdecydowaną część prac domowych, choć większość pracuje zawodowo. Wspierają je mężowie i partnerzy, ale dzieci najczęściej tylko okazjonalnie. Dla większości rodziców ważniejsze jest, żeby się uczyły, niż angażowały w obowiązki domowe.
— Od lat przygotowujemy dzieci do indywidualnego sukcesu, a nie do życia we wspólnocie — tłumaczy Anna Dziewulska. — Szkoła uczy rywalizacji, a rodzice skupiają się na tym, żeby dziecko dostało się do jak najlepszej szkoły. W takim modelu domowe obowiązki łatwo zaczynają wyglądać jak zbędny wysiłek.
Dzieci są za to dziś przeciążone nauką i dodatkowymi zajęciami, a jednocześnie źle odpoczywają. — Ślęczenie nad komputerem czy w telefonie nie daje takiego resetu jak ruch, świeże powietrze czy bezpośrednie spotkania z rówieśnikami — mówi psycholożka.
W efekcie wciąż są zmęczone, choć teoretycznie po szkole „odpoczywają”. Kiedy cały dzień wypełniają szkoła i zajęcia dodatkowe, a dzień rodziców — praca, brakuje miejsca na zwykłe życie w domu.
— Trudno budować relacje, wożąc dzieci z jednych zajęć na drugie. Lepiej, gdy robimy coś razem — nawet zwykłe rzeczy, jak gotowanie czy wieszanie prania — podkreśla Dziewulska.
Gdy nastolatki wracają wieczorem po szkole, dodatkowej lekcji angielskiego, treningu czy po korepetycjach, rodzice się litują i odpuszczają im domowe obowiązki.
***
Jednak w wielu domach problemem nie jest tylko bałagan. Jest nim także przekonanie, że sprzątanie to praca bez wartości.
Siedemnastoletnia Anka nie lubi pomagać w domu, bo czuje się wykorzystywana. — Sprzątam po wszystkich, zmywam, ogarniam. Mój dziesięcioletni brat dostaje kieszonkowe za wynoszenie śmieci. Ja mam to robić za darmo, bo jestem starsza? — pyta.
Niektórzy rodzice rzeczywiście płacą dzieciom za wyniesienie śmieci, sprzątanie pokoju czy pomoc w kuchni. Kilka złotych za zadanie albo w ramach kieszonkowego.
— Dom to nie miejsce pracy na zlecenie — protestuje Dziewulska. — To pierwsze miejsce, w którym dziecko uczy się działania na rzecz wspólnoty. Jeśli za podstawowe czynności w domu płacimy, dziecko zaczyna myśleć, że warto się wysilić tylko wtedy, kiedy coś z tego ma.
Anka ma poczucie niesprawiedliwości. — Nie będę sprzątać. Nie jestem ich służącą.
***
Magda słyszy od syna, że porządek w „jej domu” nie jest jego obowiązkiem. Jeszcze w XIX w. było oczywiste, że dzieci pracują razem z dorosłymi — w domu, w polu, w fabryce. To zmieniło się wraz z wprowadzeniem obowiązku szkolnego i ograniczeniami w zatrudnianiu najmłodszych. Dziś każde zatrudnienie — nawet w domowym wymiarze — coraz częściej traktujemy jako coś, przed czym dzieci trzeba chronić.
Tyle że to, co kulturowo uznaliśmy za niewłaściwe, prawnie wciąż jest obowiązkiem. Zgodnie z art. 91 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego: „Dziecko, które pozostaje na utrzymaniu rodziców i mieszka u nich, jest obowiązane pomagać im we wspólnym gospodarstwie”.
Na znaczenie obowiązków w dzieciństwie zwracają uwagę także badacze analizujący losy dorosłych, m.in. w długofalowych projektach prowadzonych na Harvardzie. Wniosek jest prosty: dzieci, które od małego uczą się, że „ktoś musi to zrobić — mogę to zrobić ja”, łatwiej potrafią wziąć odpowiedzialność za swoje obowiązki i relacje w dorosłym życiu.
Podobnie uważa Julie Lythcott-Haims, była dziekan Uniwersytetu Stanforda. W słynnym wystąpieniu TED podkreślała, że dzieci, które uczestniczą w pracach domowych, uczą się „zakasywać rękawy” — i potem będą umiały robić to, co trzeba. A to przekłada się na sukces w pracy i w życiu.
***
Bunt rozumiem, też byłam nastolatką — mówi Katarzyna. — Ale jak ich zmusić do czegokolwiek? Żeby chociaż odnieśli talerze z pokoju. Tłumaczenie nie działa.
Rodzice na forach dzielą się pomysłami: „Usunęłam wszystko z pokoju syna, oprócz łóżka i komody. Zostały mu tylko dwa komplety ubrań. Gdy spędził tydzień bez zaśmiecania pokoju, mógł »zarobić« na kolejny komplet ubrań. W przeciwnym razie miał te same ubrania w kółko. Zajęło mu trzy tygodnie, aż zrozumiał, że mówię poważnie i nie mieszkamy w chlewie”.
„Nie piorę ubrań, które nie trafią do kosza — bywa, że brakuje majtek, trudno. Ostatnio zrobiłam wszystkim śniadanie, oprócz nastolatka, bo w kuchennej szafce zabrakło dla niego talerza — wszystkie ma w pokoju. Czasem wkładam mu do piórnika brudne łyżki albo talerze między zeszyty”.
„Nie pomagać, nie sprzątać, nie prać, jak nie jest w koszu na brudną bieliznę, itp. i wdech, i wydech. Luz!”.
***
Katarzyna: — Nas rodzice trzymali krótko. Nie słuchałam? To klaps na dupę i już się słuchałam. Teraz nie bijemy dzieci. A jak rodzice za mocno pilnują i gonią do nauki albo do sprzątania, to się potem dzieci ze stresu tną. No to już nie wiadomo, co robić?
— Najgorsza kara to zakaz spotkań z kolegami — mówi Kamila, mama dwóch chłopców, 11 i 14 lat. — Sięgam po ten szantaż, gdy nic innego nie działa. Po trzech upomnieniach mówię: „nie ma kolegów”. W pięć sekund mam posprzątane.
Na chwilę. Bo potem wszystko wraca do normy. Bałagan im nie przeszkadza. — Ale jak mają przyjść koledzy, nagle zbierają ciuchy — mówi.
— Tradycyjnie to kobiety utrzymują dom. A ja jestem tu jedyną kobietą — mówi Kamila. — Uczę ich sprzątać, bo nie chcę zostać z tym sama.
Dlatego gdy w sobotę w salonie jeździ Roomba, resztę pomieszczeń sprząta ona z dziećmi. Ojciec bierze na siebie cięższe rzeczy — myje okna, zajmuje się terenem wokół domu.
Ale pod łóżkiem nie sprzątają w ogóle. Kurz? „Czyściłem tydzień temu”.
— Nie pilnuję dokładności. Cieszę się, że w ogóle jeszcze mnie słuchają — mówi Kamila. I zaraz dodaje, że poprawia po nich tylko wtedy, gdy tego nie widzą — odkurza pod łóżkami, domywa łazienkę. — Najważniejsze to ich nie wyręczać. Bo potem nie będą umieli o nic zadbać.
Scena obiadowa. Siedzą razem przy stole.
— Mamo, podaj mi picie — mówi młodszy.
— Weź sobie sam — odpowiada. I widzi, że jej nastolatka to wciąż dziwi.
Dziewulska: — Przestańmy robić za dzieci to, co mogą zrobić same. Niech naleją sobie picie, przygotują coś prostego do jedzenia, zrobią coś dla innych domowników. To są małe rzeczy, ale na nich buduje się odpowiedzialność — mówi. — Nadmiernie chronimy dzieci przed tym, co trudne, a potem dziwimy się, że nie radzą sobie z najprostszymi rzeczami — tłumaczy. Podkreśla jednak jeszcze raz, że czasem dziecko jest naprawdę zmęczone, czasem potrzebuje większego poluzowania reguł i czułości. — Wtedy naprawdę kosz na śmieci może poczekać na lepszy moment.





