We Wrocławiu i na całym Dolnym Śląsku męskiej siatkówki na poziomie PlusLigi czy PLS 1. Ligi brak. Żeby posmakować czegoś poważniejszego, trzeba wychylić nos poza granicę województwa, a nawet minąć tych granic więcej niż jedną.
Południowa część kraju siatkówką jednak stoi. Tym razem złożyło się, że w bezpośredniej walce o awans do PlusLigi naprzeciw siebie stanęły GKS Katowice i BBTS Bielsko-Biała. We wtorkowy (tj. 5 maja) wieczór górnicza orkiestra czekała już za rogiem, a szampany miały wystrzelić po ostatniej piłce na cześć gospodarzy.
Miały. Ale nie tym razem.
Zamiast 3:0 w serii dla GKS, było 3:0, ale w meczu dla BBTS. Bielszczanie tym samym dali sobie jeszcze przynajmniej jedną szansę. Za to w Katowicach pojawił się pomruk niepewności. Sport ma jednak to do siebie, że każdy może mieć swój gorszy dzień. GKS na razie wykorzystał jedno koło ratunkowe. Dwa kolejne spokojnie czekają.
Katowice mają sport we krwi. GieKSa doczekała się pięknego domu
Pisanie o meczu punkt po punkcie, zwłaszcza w dobie trwającego play-off, tak właściwie mija się z celem. Miejsce w tekście można za to poświęcić na polecenie lokalizacji, którą warto odwiedzić. Mowa o kompleksie sportowym wybudowanym w Katowicach.
Arena Katowice, czyli stadion piłkarski (tzw. Nowa Bukowa), ale też hala sportowa i hotel. Do tego boiska treningowe, parking i generalnie wszystko to, co powinno znaleźć się w jednym miejscu – w mieście takim, jak Katowice.
Z przyjemnością patrzyło się na rodziny zmierzające w charakterystycznych, żółtych koszulkach, do hali „na siatkarzy”. A przy tym rozmawiających, co będzie, jak pójdą „na piłkarzy”. Choć tak właściwie powinienem napisać, że po prostu – na ukochaną GieKSę. Właśnie na Nową Bukową. Z jednej strony stadion, z drugiej hala. Co i kto woli.
Choć słychać było przed wejściem do hali hasło „PlusLiga”, odmieniane właściwie przez wszystkie możliwe przypadki, to nie była to sprawa życia i śmierci. Siatkówka w Katowicach ma swoje tradycje, ale są one związane w głównej mierze ze Spodkiem i reprezentacją Polski, aniżeli klubowym graniem GKS. Katowiczanie przez lata kojarzeni byli w głównej mierze – mowa o tej najnowszej historii – z Szopienicami. W tej części miasta znajduje się bowiem hala, w której grał GKS, z pojedynczymi wyjątkami i grą w Spodku, głównie od wielkiego święta.
Choć w klubie z Katowic ws. awansu do PlusLigi z pewnością podchodzą poważnie, patrząc na nazwiska grające w katowickich barwach. Wojciech Włodarczyk, Michał Superlak, Wojciech Ferens, Bartłomiej Krulicki, Grzegorz Pająk, Kajetan Marek czy Gonzalo Quiroga – jest tu sporo ligowego doświadczenia. Ale i „starym” wyjadaczom potrafi zadrżeć ręka, zwłaszcza kiedy na trybunach jest mnóstwo kibiców – łącznie z prezydentem Katowic Marcinem Krupą, kapitanem ekstraklasowego, piłkarskiego GKS Arkadiuszem Jędrychem, ponad tysiącem kibiców, itd.
Niezależnie jednak od dyspozycji dnia gospodarzy, czy też zimnej krwi i konsekwencji po stronie BBTS, odwiedziny Areny Katowice warto polecić każdej i każdemu. Wydaje się, że gdyby z takim szacunkiem spoglądano na sport w Polsce, to nie drżelibyśmy o medale na wielkich imprezach czy problemy z nadwagą młodzieży.
Zasłużone przeciągnięcie finału. BBTS chce wygrać też pod Dębowcem
Wygrana do zera w setach przyjezdnych z Bielska-Białej jest o tyle zaskakująca, że ukazały zarówno wytrzymałość BBTS, jak i słabość GKS.
Kilka faktów. Już set otwarcia został brawurowo przypudrowany serią zagrywek Ferensa, wprowadzonego z kwadratu dla rezerwowych. MVP finału numer 2, Quiroga, w trzecim starciu szybko został zmieniony. I to była słuszna decyzja trenera Emila Siewiorka. GKS przy Ferensie w polu serwisowym wyszedł z wyniku 14:22 do 20:22, ale ostatecznie autowa zagrywka kapitana Pająka, zamknęła (23:25) tę odsłonę spotkania.
Ten sam Ferens nie przebił się przez potrójny blok przy piłce setowej w drugim secie (23:25). I choć w trzeciej odsłonie GKS wyszedł nawet na 15:13 – jedno z nielicznych prowadzeń gospodarzy w całym spotkaniu – to ostatecznie BBTS ponownie zachował zimną krew. Można odnieść wrażenie, że spora w tym zasługa duetu trenerskiego. Adrian Hunek jako „jedynka” i Mateusz Mielnik w roli „dwójki”. Dużo bardziej doświadczony szkoleniowo jest drugi z wymienionych, co akurat tylko pomaga Hunkowi. Były środkowy, który na zapleczu PlusLigi przeżył praktycznie wszystko, ciekawie się rozwija i warto spoglądać na jego kolejne, trenerskie kroki.
Wspominałem na początku Dolnym Śląsku, więc dodam, że kiedy przyszło co do czego, to najlepiej punktującymi spotkania byli dwaj panowie – a jakże – właśnie z tego województwa. Po stronie gospodarzy Michał Superlak, autor 14 punktów, z Wrocławia, a wsród zwycięzców Szymon Romać – wybrany zresztą MVP meczu – z 22 punktami w dorobku. Atakujący BBTS pamięta zresztą zamierzchłe czasy, w których klub z jego rodzinnego miasta był w PlusLidze. Mowa o Cuprum Lubin, gdzie leworęczny wychowanek przedstawiał się szerszej publiczności.
Czasy się jednak zmieniają, Cuprum stało się Stilonem z Gorzowa Wielkopolskiego, ale Romać nadal walczy w obrębie PlusLigi. Ostatnio z powodzeniem zaliczając awans – w 2021 roku z klubem z Lublina. Dokładnie tym samym, wtedy jako LUK (jeszcze bez Bogdanki), który w ekspresowym tempie stał się mistrzem Polski.
BBTS zapewne również chciałby nawiązać do swoich najlepszych czasów. Klub z Bielska-Białej jest nieformalnym spadkobiercą tradycji sprzed lat, które funkcjonowały pod szyldem niejakiego Włókniarza. Wielosekcyjny potentat, który w swoich szeregach miał wielu mistrzów – choćby pięściarzy Mariana Kasprzyka czy Zbigniewa Pietrzykowskiego. Siatkarze sięgali za to m.in. po Puchar Polski (1994), czy stawali na podium mistrzostw Polski (1993).
Łącznikiem tamtych i obecnych wydarzeń jest Wiktor Krebok, którego można zobaczyć właściwie na każdym meczu w hali pod Dębowcem. W przeszłości m.in. trener reprezentacji olimpijskiej (1996), ale też człowiek wywodzący się z Bielska-Białej.
BBTS w PlusLidze nie jest od 2023 roku. Żeby przedłużyć swoje nadzieje na awans, bielski zespół w sobotę (tj. 9 maja) musi wygrać. GKS ma jeszcze jeden mecz spod znaku „może, ale nie musi”. Katowiczanie, jako ubiegłoroczny spadkowicz z PlusLigi nie dopuszczają zapewne scenariusza, że drugi raz przegrają z BBTS. Ale we wtorek mało kto też zakładał, że z Areny Katowice wyjdzie bez zobaczenia – na własne oczy – cieszących się z awansu gospodarzy.
A jednak. W siatkówce, choć wydaje się to być stosunkowo policzalna rywalizacja, w momentach gry o stawkę, wydarzyć może się właściwie wszystko. A perspektywa nie czterech, a pięciu meczów o awans – wcale nie jest taka nieprawdopodobna.














