Eurosceptycy odnieśli gigantyczny sukces. Nawet ci, którzy uważają Unię Europejską za wartość samą w sobie, równocześnie widzą w niej skostniałego, przeżartego przez biurokrację molocha, produkującego kretyńskie przepisy.
To nie jest moja myśl, choć bardzo bym chciał, żeby było inaczej. Nie mogę też podać jej autora, bo usłyszałem ją na zamkniętym spotkaniu podczas ostatniego Impactu. Dzielę się nią, bo zasługuje na rozpropagowanie:
„Przestańmy w końcu uważać Unię Europejską za mniejsze zło. Zacznijmy w niej widzieć nasz olbrzymi atut”.
Na pierwszy rzut oka to banał. Wejście do Unii odmieniło kraj, kto pamięta, jak wyglądała Polska przed 2004 r., ten wie, o czym mówię. Te wszystkie drogi, oddziały szpitalne, domy kultury i oczyszczalnie ścieków nigdy by pewnie nie powstały albo powstawałyby w bólach. Unia otworzyła granice, całym pokoleniom dała łatwiejszy dostęp do edukacji na wysokim poziomie. Nade wszystko wejście do Unii było wyborem cywilizacyjnym, ostatecznym upadkiem żelaznej kurtyny. Słowem, mamy mnóstwo powodów, by „kochać Unię E.” (to przedreferendalne hasło nieboszczki Unii Wolności z 2003 r.).
A teraz przypomnijcie sobie te wszystkie awantury o nakrętki przytwierdzone do butelek, kpiny z przepisów regulujących krzywiznę banana i rytualne narzekania na brukselską biurokrację. Co z tego, że te historie są najczęściej oparte na fake newsach, skoro to one uzyskują największe zasięgi. Sens wspomnianej dyrektywy o bananie był wyjaśniany podczas brexitowej kampanii niezliczoną liczbę razy, ale odkłamać miejskiej legendy się nie udało. Celem brukselskich urzędasów jest utrudnianie życia tzw. zwykłym ludziom i już.
Mój rozmówca z Impactu proponował, by spojrzeć na Wspólnotę inaczej.
Chiny są rządzone przez autokratę. Rosja jest rządzona przez autokratę. USA są rządzone przez wybranego demokratycznie prezydenta, który chciałby zostać autokratą.
Unia działa zupełnie inaczej. Gwarantuje przewidywalność. Jest pewnym partnerem. Prezydent USA może nakładać cła i najeżdżać kolejne kraje, w zależności od humoru i własnych interesów. A Unia ma procedury. Tu się tak nie da. Parlament Europejski to najbardziej demokratyczny organ unijny, wybierany w wyborach powszechnych. W Komisji Europejskiej decyduje większość głosów, a w Radzie Unii Europejskiej w sprawach newralgicznych jest wymagana jednomyślność. Ursula von der Leyen nie najedzie Hawajów, Macron z Merzem i Tuskiem nie nałożą ceł na Teslę albo amerykańskie seriale. Nawet jak się trafi, że Polską i Węgrami rządzą Kaczyński z Orbánem, to razem mogą się co najwyżej pofrustrować.
Innymi słowy, w rozdygotanym świecie, w którym chwieje się nawet pakt północnoatlantycki, Unia daje nam najmocniejszą walutę: stabilizację.
Blisko dekadę temu w Brukseli, z inicjatywy PE, zaczął działać Dom Historii Europejskiej. W zamyśle miało być to miejsce pokazujące drogę, która doprowadziła kontynent do Unii Europejskiej. Muzeum powstawało w atmosferze awantury, najgłośniej protestowali (potem sami odebrali sobie prawo do protestowania) Brytyjczycy, narzekający na eurocentryczność placówki, ale we właściwą sobie histerię wpadła również polska prawica. Zasadniczo za mało było tam Polski, a jak już była, to pokazana nie tak, jak PiS by chciało. Wicepremier Piotr Gliński niedługo po starcie muzeum pisał nawet list do ówczesnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, że jest „zaniepokojony narracją wystawy”.
Prawicowe uprzedzenia nijak się mają do rzeczywistości, uzna każdy, kto zobaczy tę wystawę, ale nie w tym rzecz. Dom Historii Europejskiej pokazuje, co kierowało ojcami założycielami, pokazuje trudną historię kontynentu, stara się wyjaśnić, jak działa tak skomplikowany organizm, jakim jest stowarzyszenie 27 państw.
Tylko chyba niedostatecznie pokazuje Unię jako instytucję, którą można lubić. Być może to największe brukselskie zaniechanie. Tabliczka z informacją, że pływalnia albo ścieżka rowerowa powstała za pieniądze unijne, najwyraźniej nie wystarcza, nie przemawia do wyobraźni, nie wywołuje emocji. Unia to świetny — pardon my French — produkt, ale nie umie się sprzedać.
Jeśli komuś mało unijnych zalet, to dorzucam jeszcze jedną. Unia jest jedyną, absolutnie jedyną nadzieją na powstrzymanie wszechwładzy big techów. Choćby tylko z tego powodu powinniśmy sobie życzyć, by była coraz mocniejsza.