Zaczęło się od bólu głowy i wymiotów po urodzinowym przyjęciu. Kilka tygodni później siedmioletnia Alessia walczyła o życie na oddziale neurochirurgii, a jej rodzice usłyszeli jedną z najgorszych diagnoz: nieuleczalny guz mózgu. W poruszającej relacji dla „Newsweeka” DeAnna Melillo opowiada o dramatycznej walce o życie córki, bezradności wobec choroby i świecie, który po jej śmierci już nigdy nie będzie taki sam.
20 listopada 2024 roku świętowaliśmy siódme urodziny moich bliźniąt, syna i córki. Było dokładnie tak radośnie i chaotycznie, jak można się tego spodziewać. Następnego ranka moja córka Alessia obudziła się około 6 rano, wymiotowała i skarżyła się na ból głowy. Pomyślałam, że to może być infekcja wirusowa albo po prostu efekt zjedzenie zbyt dużej ilości tortu urodzinowego poprzedniego wieczoru.
Wydawało się, że wszystko jest w porządku, więc wróciliśmy do codzienności. Niestety, sytuacja wkrótce się powtórzyła. Alessia obudziła się w środku nocy z bólem głowy, który nie ustępował, płakała z bólu. Była też wyraźnie bardzo zmęczona, a wcześniej wspominała, że w szkole zezłościła się na koleżanki i podniosła na nie głos — co było zupełnie do niej niepodobne.
Zadzwoniłam do pediatry i usłyszałam, że Alessia jest za młoda na migreny, więc to najpewniej wirus. Taka odpowiedź często pojawia się wtedy, gdy dzieci chorują, a przyczyna dolegliwości nie jest jasna — mnie jednak nie satysfakcjonowała. Jestem pielęgniarką i czułam, że córka powinna zostać zbadana przez neurologa dziecięcego.
Była już połowa grudnia 2024 roku, a Alessia miała za sobą kolejne epizody wymiotów i bólu głowy, więc sytuacja stawała się coraz bardziej niepokojąca. Nie odpuszczałam — w końcu udało mi się wywalczyć wizytę jeszcze przed świętami. Lekarz wydawał się wyraźnie zaniepokojony.
Nie miałam wtedy pojęcia, że poranne wymioty połączone z bólem głowy to jeden z klasycznych objawów guza mózgu. Umówiliśmy rezonans magnetyczny w sedacji na początek nowego roku, ale na takie badania czeka się długo, jeśli przypadek nie jest uznany za nagły.
Wszystko zmieniło się 1 stycznia 2025 roku. Alessia obudziła się o szóstej rano, nie mogła złożyć zdań i powtarzała tylko „przestań”. Wymiotowała, nie była w stanie chodzić ani się komunikować. Od razu wiedziałam, że dzieje się coś bardzo złego — zadzwoniłam pod 911 i natychmiast przewieziono nas do szpitala dziecięcego. Wystarczyło jedno spojrzenie lekarza i Alessia od razu trafiła na tomografię komputerową.
Gdy trzymałam ją na rękach, mój mąż podszedł do łóżka i powiedział, że coś jest nie tak z jej mózgiem. Rozpłakałam się. Chwilę później lekarze poinformowali nas, że ciśnienie w jej głowie jest bardzo wysokie i konieczna jest natychmiastowa, ratująca życie operacja.
Alessię natychmiast przewieziono na blok operacyjny. Najpierw próbowano założyć dreny, ale to nie przyniosło efektu, dlatego podjęto decyzję o prawostronnej kraniektomii — usunięto część czaszki, by mózg miał miejsce na obrzęk.
Przez dziewięć godzin czekałam, nie wiedząc, czy moja córka przeżyje.
Diagnoza była najgorsza z możliwych
Neurochirurg powiedział nam, że guz jest zbyt głęboko i nie mógł pobrać wycinka, więc Alessia pozostanie pod respiratorem do kolejnej operacji. Planowano wykonać kolejny rezonans, potem wybudzić ją ze znieczulenia i sprawdzić jej stan bez respiratora. Kilka dni później miała się odbyć operacja usunięcia guza i biopsja. Po ekstubacji powiedzieliśmy Alessii, że ma „wirusa” w głowie i jesteśmy w szpitalu, bo musi mieć operację, ale zapewniłam ją, że nie opuszczę jej ani na chwilę — i tak rzeczywiście było.
DeAnna Melillo z Alessią w szpitalu
Foto: TikTok/@grieving_like_a_mother / Newsweek.com
Kilka dni później znowu trafiła na salę operacyjną — i znów wszystko się zmieniło. Lekarze powiedzieli, że guz zachowywał się nietypowo, bo krwawił, co wywołało nagły wzrost ciśnienia w głowie. Chirurg zdołał usunąć 70 procent guza, ale reszta pozostała — jej położenie było zbyt niebezpieczne.
To właśnie wtedy u mojej cudownej, empatycznej i wrażliwej córeczki zdiagnozowano rozlanego glejaka środkowego w wzgórzu z komórkami glejaka IV stopnia. To najgorsza z możliwych diagnoz — nieuleczalny nowotwór. Do tego doszło mnóstwo powikłań po guzie i leczeniu: utrata wzroku i mowy, zaburzenia ruchowe, napady padaczkowe, problemy z zachowaniem. Żadne dziecko nie powinno przez to przechodzić.
Najpierw byłam w szoku, później nie mogłam w to uwierzyć. W końcu ogarnęła mnie rozpacz, ale wiedziałam, że muszę się trzymać, by pomóc Alessii. Miała zaledwie siedem lat, a choroba jest dla dziecka przerażającym doświadczeniem, nie chciałam jej dodatkowo straszyć. Sześć lat wcześniej moja mama zmarła na raka trzustki i Alessia o tym wiedziała. Chciałam dać jej nadzieję, a nie straszyć, więc powiedzieliśmy jej, że ma wirusa. Mówiliśmy, że nie wiemy, skąd się to wzięło, ale czasem tak się zdarza i że mama, tata i lekarze robią wszystko, by jej pomóc.
Poza operacjami jedyną formą leczenia była radioterapia całego mózgu. Alessia przeszła 30 naświetlań w ciągu sześciu tygodni. Około trzeciego tygodnia pojawiły się powikłania po radioterapii. 11 kwietnia wykonano rezonans, aby ocenić stan guza — wtedy usłyszeliśmy, że choroba postępuje, a czasu zostało bardzo niewiele. Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym, jak powiedzieć synowi, że jego siostra bliźniaczka umiera.
Poprosiłam o możliwość powrotu do domu pod opieką hospicjum, aby Alessia mogła spędzić ostatnie dni wśród bliskich i w ciepłej, domowej atmosferze. Dzielnie walczyła przez 125 dni, z czego 87 spędziła w szpitalu. Miała w sumie cztery operacje mózgu w ciągu pięciu miesięcy, 30 naświetlań i leki łagodzące objawy. Przechodziła też rehabilitację ruchową i zajęciową.
Nie żałuję, że nie powiedziałam Alessii, że ma raka, choć czasem zastanawiam się, czy się domyślała. Nasza rodzina i lekarze wiedzieli, że nazywaliśmy to wirusem, ale ona była bardzo bystra. Pod koniec wierzę, że rozumiała, że coś się dzieje.
Mówiła mi, że chciałaby pojeździć na rowerze i pobawić się z przyjaciółmi. Zapewniałam ją, że nie ma się czego bać i nigdy nie będzie sama. Jeśli mnie przy niej nie będzie, to babcia Fran w niebie zawsze się nią zaopiekuje. Mówiłam jej, że wiem, że to wszystko jest straszne, ale nie zostawię jej ani na chwilę, a już niedługo będzie mogła znów jeździć na rowerze i zawierać nowe przyjaźnie — tylko w inny sposób. Powtarzałam jej, jak bardzo ją kocham i jak wiele dla nas znaczy — każdego dnia, o każdej porze.
Alessia podczas leczenia w szpitalu
Foto: TikTok/@grieving_like_a_mother / Newsweek.com
5 maja 2025 roku moja ukochana Alessia odeszła w moich i męża ramionach.
Zostaliśmy na tym świecie bez naszego dziecka
Taka strata zmienia człowieka na zawsze. Patrzeć, jak dziecko robi ostatni oddech, planować nie urodziny, a śmierć — to niewyobrażalne i rozdzierające serce.
Mój mąż opłakuje jedyną córkę. Bliźniaczy brat Alessii cierpi na lęki związane ze zdrowiem. Mój pasierb idzie na studia — to powinien być dla niego wspaniały czas, a tymczasem niesie ze sobą ciężar straty młodszej siostry. To wszystko jest niesprawiedliwe. Świat idzie dalej, a my zostaliśmy na tym świecie bez naszego dziecka.
Zostaliśmy pozbawieni przyszłości z naszą piękną córką przez chorobę, na którą od ponad 50 lat nie ma skutecznego lekarstwa. Potrzeba większej świadomości na temat tego, co dzieje się z rodzicami po utracie dziecka: jak przeżywają żałobę i jak próbują poskładać życie na nowo.
Kiedy ludzie na mnie patrzą, widzą najgorszy koszmar, który stał się rzeczywistością. Żałoba wciąż pozostaje tematem tabu — budzi dyskomfort, dlatego często ukrywam swoje uczucia. Ale chcę to zmienić.
Utrata dziecka izoluje, a brak przestrzeni do rozmowy i zrozumienia ze strony innych tylko pogłębia ból. Chcę przełamać tę ciszę i pokazać, jak taka strata wpływa na rodziców, małżonków i rodzeństwo. Potrzebujemy więcej wsparcia i prawa do przeżywania emocji na własnych zasadach.
Chcę też zachęcić innych rodziców, by ufali swojej intuicji, jeśli czują, że z ich dzieckiem dzieje się coś niepokojącego — czy chodzi o zmianę leczenia, dodatkowe badania, czy nawet zmianę szpitala, jak w naszym przypadku. Bądźcie najważniejszymi rzecznikami swoich dzieci i zaufajcie swojemu przeczuciu.
Ludzie często chcieliby widzieć dawną mnie, ale tej osoby już nie ma. Ta wersja mnie, w której moja rodzina była pełna, odeszła razem z córką. To nie tylko strata dziecka — to utrata tożsamości, przyszłości i wszystkiego, co było dotąd znane.
DeAnna Melillo, lat 40, jest pielęgniarką z ponad 18-letnim stażem, mieszka z mężem, synem i pasierbem w Westchester w stanie Nowy Jork. Po śmierci córki zrezygnowała z pracy, nie będąc w stanie wrócić do dawnego środowiska. Obecnie wspiera rodziców w żałobie i założyła fundusz Alessia Maria Memorial Fund.





