Na prawicy buzuje bez przerwy. Podziały i publiczne spory dezorientują i zniechęcają prawicowy elektorat. W ostatnich dniach do konfliktu w PiS doszedł nowy: między częścią szerokiego obozu PiS a prezydentem. W jaki sposób mogą wpłynąć na przyszłoroczne wybory?
W latach 90. prawica była podzielona i skłócona ze sobą. Podział na wiele małych, skonfliktowanych komitetów w wyborach 1993 roku skończył się rozbiciem prawie wszystkich z nich o próg wyborczy. Próby jednoczenia prawicy przebiegały w wielkich bólach, a gdy w końcu w 2006 r. udało się utworzyć Akcję Wyborczą Solidarność, to po klęsce Mariana Krzaklewskiego w wyborach prezydenckich w 2000 r. przez rok obserwowaliśmy rozpad tej formacji przybierający coraz bardziej groteskowy charakter. Dopiero Jarosław Kaczyński po 2007 r. i zjedzeniu przystawek w postaci LPR i Samoobrony zaprowadził porządek po prawej stronie, z sobą w roli hegemona.
Do lat 90. i klimatów późnego AWS ciągle nam daleko, ale polska prawica dawno już nie była tak skłócona jak obecnie. Jakie są podstawowe linie konfliktu i jak mogą one zaważyć na wyniku przyszłorocznych wyborów?
Czy PiS pęknie?
Najbardziej widowiskowy jest bez wątpienia konflikt w PiS między twardogłową frakcją „maślarzy” z Przemysławem Czarnkiem na czele, a bardziej pozycjonującymi się w centrum „harcerzami” premiera Morawieckiego. Jedni chcą iść na prawo, po elektorat Konfederacji, drudzy przekonują, że PiS wygrywał i najsilniejszy był wtedy, gdy nie odpuszczał centrum i normalsów.
Konflikt ten dawno już przekroczył ramy zdrowej, wewnętrznej partyjnej dyskusji i wymknął się spod kontroli. Próby zapanowania nad nim przez Jarosława Kaczyńskiego skutkują zawieszeniem broni trwającym tydzień i kolejnymi tekstami o starzejącym się prezesie, który utracił polityczny instynkt i nie jest już w stanie dłużej tak kontrolować partii jak kiedyś. Choć chwilowo sytuacja się uspokoiła, to kolejny wybuch wydaje się tylko kwestią czasu — strategiczne różnice, skala wzajemnego skonfliktowania liderów obu frakcji, wreszcie słabość przywództwa Kaczyńskiego nie wróżą długiego wewnętrznego spokoju w partii.
Podstawowe pytanie brzmi teraz, czy wojna „harcerzy” z „maślarzami” nie skończy się secesją Morawieckiego i czwartą listą prawicy w wyborach w 2027 r. Wbrew narracjom, że od początku taki jest genialny plan Kaczyńskiego, taki układ byłby bardzo niekorzystny dla prawicy i mógłby uniemożliwić jej zbudowanie większości w przyszłym Sejmie — zwłaszcza gdyby jedna z list spadła pod próg, marnując prawicowe głosy. Nawet jeśli do secesji „harcerzy” nie dojdzie, to spory wewnątrz PiS, jeśli nie uda się ich opanować, będą odstraszały od prawicy wyborców i działały na nich demobilizacyjnie.
Dochodzi konflikt z prezydentem
W ostatnich dniach do konfliktu w PiS doszedł nowy: między częścią szerokiego obozu PiS a prezydentem. Wszystko w związku z powołaniem przez prezydenta Zbigniewa Kapińskiego na I prezesa Sądu Najwyższego. Kapiński był częścią składu sędziowskiego, który uznał w 2000 r., że Wałęsa nie skłamał w oświadczeniu lustracyjnym, gdzie zadeklarował, że nie był tajnym współpracownikiem bezpieki.
Z tego powodu o niepowoływanie Kapińskiego do prezydenta zaapelował były szef jego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Sławomir Cenckiewicz, a Jarosław Kaczyński obwieścił na swoim profilu na portalu X, że „nie wyobraża sobie”, by ktoś, kto wydał wyrok w sprawie lustracyjnej Wałęsy, objął tak ważną funkcję jak I prezes SN.
Nawrocki mimo to mianował właśnie Kapińskiego — jak donosiły media, przekonywać go do tego mieli Mateusz Morawiecki, Andrzej Duda i Julia Przyłębska. Decyzja prezydenta skończyła się awanturą, paski Telewizji Republika zaczęły atakować prezydenta, jakby był członkiem rządu Tuska. Zabrakło popularnych na prawicy okrzyków „Targowica!”, ale daleko nie było. Awantura przykryła niekorzystne dla rządu wyniki referendum w Krakowie, tematem dnia zamiast porażki prezydenta z KO znów czyniąc kłótnię w obozie prawicy.
Po tym, gdy PiS złożył projekt ustawy wprowadzającej zakaz prowadzenia działalności gospodarczej w zakresie kryptoaktywów — idący w zupełnej kontrze do polityki prezydenta, który dwa razy zawetował rządową ustawę o kryptowalutach jako obrońca branży przed nadmierną regulacją — to już drugi zgrzyt w relacjach między Nowogrodzką a Pałacem Prezydenckim.
Pytanie czy pojawią się kolejne. Z jednej strony trudno wyobrazić sobie, by Karol Nawrocki wprost wystąpił przeciw partii, której zawdzięcza prezydenturę i której poparcie będzie mu, jak wszystko wskazuje, konieczne, by móc myśleć o reelekcji. Z drugiej, prezydent rozpycha się nie tylko w swoich relacjach z rządem, ale także z PiS, wyraźnie chce odgrywać centralną rolę na prawicy, wystąpić jako patron przyszłej prawicowej koalicji. A takie rozpychanie się będzie wywoływać tarcia z Kaczyńskim, niezdolnym z nikim, może z wyjątkiem swojego brata Lecha, ułożyć sobie długotrwałych prawdziwe partnerskich relacji. Kaczyński z całą pewnością nie zamierza też oddawać symbolicznego przywództwa na prawicy Nawrockiemu. Wszystko to może rodzić konflikty będące kolejnym czynnikiem dezorientującym prawicowy elektorat.
Wojny z Konfederacją
Od prawie roku, odkąd wybory wygrał Karol Nawrocki, dezorientuje go konflikt między PiS a dwiema Konfederacjami. Temat: „konflikt trzech prawic” bardzo szybko zastąpił w zeszłym roku dominujący przez krótki czas w mediach temat: „Polskę zalała prawicowa fala i w 2027 roku zatopi koalicję”. Konflikt na linii PiS-dwie Konfederacje zupełnie uniemożliwił partii Kaczyńskiego polityczne skapitalizowanie wyboru politycznie popartego przez nich kandydata na prezydenta, pchnął też ją w spiralę sondażowych spadków. Według średniej sondażowej Poll of Polls portalu Politico tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich KO miała jeden punkt procentowy przewagi nad PiS, dziś ma dziewięć.
Kaczyński w swoim stylu otworzył totalną wojnę na dwa fronty. Mentzena i jego część Konfederacji oskarżał o „darwinizm społeczny”, robił też nieładne aluzje do neuroatypowości lidera „wolnościowego” skrzydła Konfederacji. Mentzen nie pozostawał dłużny: po tym, gdy PiS złożył wspomnianą ustawę o kryptowalutach, opublikował wygenerowany w AI filmik przedstawiający Kaczyńskiego jako starszego, zagubionego pana, który nie radzi sobie z kasą samoobsługową i płatnością telefonem i chce zakazać rzeczy, których nie rozumie. Brauna Kaczyński zaatakował jeszcze ostrzej, nie tylko wyciągając mu rzeczywisty antysemityzm i prorosyjskość, ale też przestrzegając wyborców: jakiekolwiek porozumienia z Braunem zagrażają naszemu sojuszowi ze Stanami.
Te ataki PiS na obie Konfederacje ostatnio trochę przycichły, ale problem pozostaje. Kaczyński z jednej strony musi wyrwać Konfederacjom jak najwięcej prawicowego elektoratu — przy tym ten od Bosaka i Mentzena może być już w przytłaczającej większości nie do odzyskania dla PiS — a jednocześnie nie skłócić się z nimi tak, by to uniemożliwiało stworzenie rządu po wyborach. Bo wiemy, że jeśli PiS wróci do władzy za rok, to nie samodzielnie. Scenariusz, w którym Konfederacja Brauna spada minimalnie pod próg, ale PiS jest daleko za KO, też niekoniecznie byłby korzystny dla Kaczyńskiego z punktu widzenia podziału mandatów.
Wojny w Konfederacji
Dla Kaczyńskiego najmniej bolesną koalicją byłaby ta z narodową częścią Konfederacji Wolność i Niepodległość — czyli z Bosakiem i jego frakcją. Problem w tym, że Konfederacja na tle skłóconego PiS prezentuje się dziś jako formacja dobrze zorganizowana, profesjonalna, zdolna w cywilizowany sposób zarządzać wewnętrznymi różnicami.
Jednocześnie wszelkie partie zarządzane przez więcej niż jednego lidera nie są czymś, co sprawdzałoby się w polskiej polityce. Ostatecznie podobne układy rozpadały się, gdy jeden lider konsolidował władzę. Tak Tusk zrobił w PO, która była początkowo inicjatywą „trzech tenorów”: Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego i właśnie Tuska, a Czarzasty z Nową Lewicą, gdzie krótko dzielił się władzą z Robertem Biedroniem.
Różnice między narodowcami i „wolnościowcami” są przy tym realne, zarówno jeśli chodzi o program, jak i styl politycznej komunikacji. Mogliśmy się o tym niedawno przekonać, gdy Bosak odciął się od bardzo ostrej krytyki generała Kukuły, szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.
Nawet jeśli Konfederaci utrzymają swoje wewnętrzne spory pod pokrywką do wyborów, to po wyborach ich sejmowy kociołek może eksplodować wokół sporu o to, czy i z kim tworzyć rząd. Bo Bosak wydaje się gotowy do porozumienia z PiS, Mentzen znacznie mniej.
Największa nadzieja Tuska?
Czy te wszystkie wojny na prawicy przekreślają jej szanse na powrót do władzy? Niekoniecznie, do właściwej kampanii jest sporo czasu i prawica może znaleźć jeszcze formułę sensownego zarządzania swoimi różnicami. Jednocześnie wszystkie te podziały i publiczne spory wokół nich dezorientują i zniechęcają prawicowy elektorat. W tym sensie wojna na prawicy jest dziś jednym z największych zasobów Tuska przed następnymi wyborami.



