KO i PSL wystawiły jedną kandydatkę na prezydentkę Krakowa. Senator Monika Piątkowska była związana z Trzecią Drogą, w poprzednim rządzie Donald Tuska była rzecznikiem jednego z resortów, a senatorką została na mocy paktu senackiego, czyli porozumienia wszystkich partii koalicji. Ale to nie postać kandydatki jest w tej rozgrywce najważniejsza.
Koalicja na starcie kampanii o prezydenturę w Krakowie popełniła błędy. Z wielu powodów, a jednak są to błędy, które będą kosztować KO i PSL bardzo dużo. Przede wszystkim kandydatka została ogłoszona w Warszawie, co właściwie nijak nie da się wytłumaczyć. Narracja pod tytułem „kandydatka przywieziona ze stolicy” właściwie pisze się sama. To osłabia tę kandydaturę na wejściu. I oczywiście można tłumaczyć, że chodziło o to, żeby ją podbić obecnością dwóch liderów, premiera i wicepremiera, że to jest poważna kandydatura, bo obaj ją popierają, i tak dalej, a w dodatku trwa posiedzenie parlamentu i nie dało się tego inaczej zrobić.
Do tego wszystkiego na razie struktura KO w Małopolsce jest pod nadzorem komisarycznym, żeby nie powiedzieć w rozsypce, więc nie bardzo wiadomo, kto miałby ogłosić kandydatkę. Ale wyszło słabo.
„Musimy przetestować różne układy”
Jednak za startem kandydatki, która jest wspólna dla KO i PSL, stoi coś więcej niż tylko problem krakowski. — To taki poligon przedwyborczy — śmieje się nasz rozmówca z koalicji.
— Musimy przetestować różne układy, które potem pewnie zastosujemy w wyborach do Sejmu. No jasne, że wybory w jednym mieście to nie wybory w całej Polsce, ale można niektóre rzeczy już wyborcom zasugerować — mówi „Newsweekowi”.
Sugestii dla wyborców jest kilka. Donald Tusk, prezentując kandydatkę, mówił, że jej kandydatura to wspólny pomysł. — Jestem bardzo szczęśliwy, że z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem i naszymi partnerami z PSL mieliśmy dokładnie ten sam pomysł, i ten pomysł okazał się trafiony, bo trafił również w marzenia senator Piątkowskiej — mówił premier.
Akurat marzenia Piątkowskiej były powszechnie znane, ale to wspólne działanie z PSL nie było aż tak oczywiste. Wielu polityków rządzącej koalicji zwraca uwagę, że współpraca KO i ludowców jest naturalna.
„Polskie EPP” (zarówno KO i PSL należą do EPP, czyli Europejskiej Partii Ludowej) jest koncepcją, która przewija się od lat w rozmowach o wyborczych startach. Obie partie współpracują w Parlamencie Europejskim i nie mają problemów z porozumieniem. Były ze sobą dwukrotnie w koalicjach rządzących, a zatem niewiele jest w stanie ich zaskoczyć. Problemem w tym układzie od kilku lat jest „lewicowe” skrzydło KO i sugestie ludowców, że właściwie cała PO/KO jest już partią lewicową. Ale PSL musi znaleźć partnera na wybory, bo widmo spadku poniżej progu wyborczego staje się coraz bardziej wyraźne. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i jej Polska 2050 nie gwarantują już nawet promila sukcesu, a nikogo innego nie ma na horyzoncie. Może się okazać, że koalicja centro-liberalno-konserwatywna jest najlepszym rozwiązaniem.
Drugą sugestią są dwie lewice w wyborach 2027. W Krakowie mamy już dwie kandydatki lewicy: Aleksandrę Owcę z Razem i Darię Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy. I tak zapewne będzie także za półtora roku.
Dwie lewice
— My naprawdę chcemy iść z Razem, ale obawiam się, że tam już zupełnie nie ma woli współpracy z nami. Na dziś sytuacja wygląda dokładnie tak, jak w Krakowie, będą dwie lewice, a oni będą nas atakować wszystkim, co mają — mówi nam polityk Nowej Lewicy.
Pewna jest też narracja publicystów o „jednej liście”, ale żadnej jednej listy nie będzie. Nowa Lewica woli iść oddzielnie, bić się na swoim podwórku z Razem, ale też kąsać konserwatywnych partnerów za to, że kilka spraw fundamentalnych dla lewicy nie zostało załatwionych.
Jest też trzech kandydatów prawicy. Konfederacja wystawia kandydata, PiS natychmiast mówi: — Hej, my chcieliśmy, chociaż pogadać o wspólnym starcie, a wy co?
Następnie wystawia swojego kandydata, nawet nie wysyłając Konfederacji sygnału, kto to może być. Korona Brauna jest na razie zupełnie z boku tych dyskusji i z nikim niczego nie konsultuje, ale za to będzie stawiać warunki, gdy pozna wyniki wyborów.
Oczywiście jest też w Krakowie cała masa kandydatów egzotycznych i niezwiązanych z partiami politycznymi, ale poza Łukaszem Gibałą raczej nie będą mieli oni dużego znaczenia. A zatem układ, który widzimy teraz w stolicy Małopolski, jest mniej więcej tym, co zobaczymy za półtora roku. Możliwe jest znacznie większe rozdrobnienie niż w poprzednich wyborach i być może pojawi się ktoś zaskakujący, kto przyciągnie uwagę wyborców na tyle długo, by wejść do Sejmu.
Dla Koalicji Obywatelskiej — co trudno wywnioskować z tego, w jaki sposób ogłoszono kandydatkę — wybory w Krakowie są bardzo ważne, bo strata tak dużego miasta będzie po prostu symbolem nadchodzącej kampanii parlamentarnej. Nadzieję politycy KO pokładają w rozdrobnieniu głosów i konfliktach po prawej stronie.