— Ukraina zaczyna zyskiwać przewagę i wypiera Rosję. Druga opcja to rozszerzenie wojny poza Ukrainę, żeby podbić stawkę, użyć jeszcze więcej broni, być może jądrowej, zaatakować kraje bałtyckie. A trzecią opcją jest zawarcie umowy pokojowej — mówi znany amerykański teoretyk wojny Gideon Rose.
„Newsweek”: Porównał pan wojnę Putina przeciwko Ukrainie do idiotycznej wojny George’a W. Busha w Iraku. Rosja powtarza dawne błędy USA?
Gideon Rose: Kiedy Putin atakuje Ukrainę albo Saddam — Kuwejt, ogłaszamy, że autorytarne reżimy i dyktatorzy nie podejmują mądrych decyzji, zakładając jednocześnie, że w dobrym, miłym, demokratycznym państwie będzie wcześniejsza dyskusja i to państwo nie zrobi czegoś, co jest ewidentnie głupie. Tymczasem jedną z najczęstszych rzeczy, które widzimy w wojnach, jest to, że przywódcy rozpoczynają je bez żadnego realistycznego planu zwycięstwa. To powtarzający się schemat.
To, co Stany Zjednoczone zrobiły w Iraku w 2003 r., a teraz w Iranie, i to, co Izrael zrobił w Strefie Gazy po 7 października 2023 r., dowodzi, że także demokracje mogą robić bardzo głupie rzeczy. USA wielokrotnie zaczynały interwencje wojskowe z całkowicie nierealistycznymi oczekiwaniami, przeceniały własne możliwości i nie doceniały przeciwników, wierzyły, że będą kochane, a nie znienawidzone. Myślały, że mogą wprowadzić do władzy swoich faworytów, a potem łatwo się wywinąć. I wielokrotnie, po napotkaniu trudnych bardzo realiów — co robi Putin — próbowały podbijać stawkę, zanim ostatecznie zdecydowały się zmienić kurs.
Chce pan przez to powiedzieć, że Amerykanie są jakoś szczególnie nieudolni?
— Nie. Po prostu wojna to bardzo trudne przedsięwzięcie. Jej istotą, jak uczył nas Clausewitz, jest użycie siły do osiągnięcia celów militarnych. Ale to, jak użyć siły, aby uzyskać to, czego politycznie chcesz, okazuje się bardzo trudnym wyzwaniem. Większość ludzi rozpoczynających wojnę myśli, że będzie to łatwiejsze, niż jest w rzeczywistości. To nie tylko Putin, Trump, Netanjahu czy George W. Bush. Nieustannie widzimy przywódców postępujących głupio, bo zakładają, że łatwo będzie osiągnąć to, czego politycznie pragną, używając siły militarnej.
Nagrobek z portretem rosyjskiego prezydenta i napisem „Putin chujło” na punkcie kontrolnym w pobliżu Kramatorska, obwód doniecki na Ukrainie, 21 kwietnia 2023 r.
Foto: Ed Ram/For The Washington Post via Getty Images
Wybitny rosyjski analityk Andriej Kolesnikow powiedział mi, że Putin interesuje się tylko wojną, ma na jej punkcie absolutną obsesję. Pan pisze, że największą przeszkodą w zakończeniu wojny może być skala żądań Putina wobec Kijowa. Jakie jest więc ryzyko, że nie przestanie pod żadnym warunkiem?
— Drzewa nie rosną do nieba, a prawo Steina, nazwane tak na cześć słynnego ekonomisty Herberta Steina, głosi, że jeśli coś nie może trwać wiecznie, kiedyś się skończy.
Putin spodziewał się krótkiej wojny. Kiedy zaczęła być dłuższa, uprawia polityczny „hazard o zmartwychwstanie” — w obliczu ruiny przywódca nieustannie podbija stawkę, licząc na to, że uratuje go jakiś cud. Zwerbował więcej żołnierzy, przestawił gospodarkę na wojenne tory, wciąż jednak stoi w obliczu nieugiętego przeciwnika. Opór Ukraińców jest spektakularny, są też niesamowici w nowych technologiach. W zasadzie pokazali, że mogą zastąpić ludzi dronami, a tym samym zredukować przewagę liczebną Rosjan.
Obie strony powoli dochodzą do punktu, w którym zdają sobie sprawę, że nie mogą wygrać i że druga strona się nie podda. Putin jeszcze tego nie dostrzegł, ale w pewnym momencie magia, którą rosyjscy bankierzy centralni wyczarowują, się skończy. I odroczone koszty wojny bardzo dadzą się we znaki. Wybór, przed którym stanie Putin, jest taki sam jak Trumpa w Iranie: jeszcze bardziej eskalować sytuację czy przyjąć kiepską ofertę ze średniej półki, która da mi coś, choć nie to, czego chciałem.
Jakie opcje ma dziś Rosja?
— Putin ma trzy i wszystkie są dla niego złe. Rosja nie wygrywa, Ukraina zaczyna zyskiwać przewagę. I jeśli szala zwycięstwa nadal będzie się przechylać w drugą stronę, kontynuacja wojny będzie oznaczała: pozwolić Ukrainie dalej wypierać Rosję. Putin tego nie chce.
Druga opcja to rozszerzenie wojny poza Ukrainę, żeby podbić stawkę, użyć jeszcze więcej broni, być może jądrowej, zaatakować kraje bałtyckie. Ale to jest jeszcze bardziej kosztowne i nie ma powodu, by wierzyć, że zadziała.
A trzecią opcją jest zawarcie umowy pokojowej. Sherlock Holmes mówił, że kiedy wyeliminuje się to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, bez względu na to, jak bardzo byłoby nieprawdopodobne, musi być odpowiedzią. I dla Putina, kiedy zwycięstwo i rozszerzenie wojny staną się niemożliwe, najmniej złym rozwiązaniem okaże się kompromisowe zawieszenie broni. Myślę, że ostatecznie doprowadzi to do czegoś w rodzaju rozejmu w stylu koreańskim, z liniami frontu jako nowymi granicami. Nie wiemy tylko, ile czasu mu to zajmie.
Wielu z nas co trzy miesiące albo przynajmniej raz w roku miało nadzieję, że wojna się skończy.
— Putin zainwestował w wojnę bardzo dużo, a dodatkowym ratunkiem jest dla niego Donald Trump oraz niechęć USA i Europy, aby bardziej zdecydowanie pomagać Ukrainie. W końcu jednak zrozumie, że zawarcie połowicznej ugody to mniejsze zło.
Amerykanie mieli podobny problem. Od połowy lat 2000. w odniesieniu do Iraku i Afganistanu czuliśmy zasadniczo to samo: jak, do cholery, się stamtąd wydostać, żeby ta wojna nie doprowadziła nas do całkowitej katastrofy?
Może to potrwać kolejny rok lub dwa, ale nawet jeśli Ukraina będzie chciała walczyć dalej, Europa i Ameryka będą naciskać, żeby zawarła umowę. Kiedy po śmierci Stalina nowi przywódcy radzieccy postanowili ograniczyć straty i zezwolić na zawieszenie broni, Waszyngton zmusił Seul do przyjęcia porozumienia, któremu Korea Południowa stanowczo się sprzeciwiała. Dwadzieścia lat później Waszyngton zmusił Sajgon do tego samego. Ukraina jak dotąd opierała się takiej presji, ale jeśli Rosja będzie skłonna do zawarcia rozsądnego porozumienia, Zachód znajdzie sposób, aby przekonać Kijów do jego akceptacji.
Rosja chce części Donbasu, których nie podbiła, ale nie dostanie. Tak samo nie uzyska prawa do decydowania o tym, co dzieje się w Ukrainie po zakończeniu konfliktu. Będzie mogła zachować zdewastowany skrawek wschodniej Ukrainy, który podbiła. Nie otrzyma tego na mocy prawa, ale zachowa faktyczną kontrolę. Za to reszta Ukrainy ostatecznie będzie mogła żyć dalej połączona z Zachodem.
W Europie panuje przekonanie, że pokój w Ukrainie będzie nietrwały. Putin potraktuje to jako swego rodzaju przerwę i po jakimś czasie zaatakuje znowu. Pan tak nie uważa.
— Podobnie jak wojna w Korei, zakończy się to porozumieniem, które okaże się bardziej stabilne, niż spodziewa się większość obserwatorów. Obie wojny są niezwykle brutalne, z setkami tysięcy zabitych i milionami innych ofiar. Tak ogromny wysiłek włożony w osiągnięcie tak niewielkich korzyści pozostawia ślad. Zawieszenie broni w Korei trwa ponad 70 lat, bo obie strony wiedzą, że wznowienie walk byłoby niezwykle kosztowne i nic by nie dało.
Wojna w Ukrainie przypomina panu wojnę w Korei, a wojna w Iranie — tę w Wietnamie.
— Rozpoczęto ją na podstawie błędnego planowania — zakładając, że jeśli USA obalą irańskie przywództwo, Teheran się podda i będziemy w stanie rozwiązać fundamentalne problemy związane z Iranem. Podobnie jak w przypadku Wietnamu, nie było dobrego powodu, by w to wierzyć. A gdy irański reżim nie upadł i może paraliżować żeglugę w Zatoce Perskiej i atakować infrastrukturę energetyczną w pozostałej części zatoki, Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę, że eskalacja może doprowadzić do jeszcze większych szkód.
Jednak irański reżim, chociaż przetrwał, bardzo ucierpiał, a sytuacja w kraju jest bardzo zła. I to tworzy okazję do zawieszenia broni, ponieważ zarówno administracja Trumpa, jak i rząd Iranu uznały, że wstrzymanie wojny jest lepsze niż jej kontynuowanie. Mijają jednak tygodnie i pytanie o to, jaki kompromis uda się wypracować, wciąż pozostaje bez odpowiedzi.
Problem polega na tym, że żadna ze stron nie jest szczególnie racjonalna: głęboko autorytarny, brutalny reżim teokratyczny ma się dogadać z kimś w rodzaju szaleńca w Białym Domu i raczej niekompetentnym przywódcą wojskowym pod nim. To przypomina końcową fazę wojny w Wietnamie, kiedy obie strony zdają sobie sprawę, że nie mogą wygrać wszystkiego, ale nie chcą iść na kompromis, spotykając się w połowie drogi. Wiedzą, że będą musiały zawrzeć porozumienie, ale mają zasadnicze kłopoty z ustaleniem, jakie ono powinno być i jak je sprzedać we własnym kraju.
Wojna amerykańsko-izraelska z Iranem prawdopodobnie zakończy się podobnie jak wojna w Wietnamie w 1973 r.: niestabilnym kompromisem, który powstrzyma faktyczne walki i otworzy cieśninę Ormuz dla żeglugi, jednocześnie odkładając na później inne kwestie, takie jak przyszłość irańskiego reżimu czy irańskiego programu nuklearnego.
To porozumienie będzie oznaczało w pewnym sensie powrót do sytuacji sprzed wojny. I będzie znacznie mniej stabilne niż to w Ukrainie. Podstawowe kwestie pozostaną nierozwiązane, strony powrócą do ich załatwiania metodami innymi niż otwarta wojna, choćby tajnymi operacjami.
Mieszkańcy Teheranu modlą się po ataku na komisariat policji podczas inwazji USA i Izraela na Iran, 4 marca 2026 r.
Foto: Fot. Majid Asgaripour/WANA (West Asia News Agency) via REUTERS
Napisał pan, że Trump w dwa miesiące w Iranie przerobił wszystko to, czego próbował prezydent Johnson w Wietnamie przez pięć lat, i teraz jest w fazie Nixona. A to oznacza, że niebawem zacznie się fala oskarżeń za wojnę z Iranem, tak jak Nixon był atakowany za wojnę z Wietnamem. Jak brutalne będą te rozliczenia? I co będą oznaczać dla Trumpa i ruchu MAGA?
— To świetne pytanie, ale nie wiem. Ameryka jest teraz w bardzo dziwnej sytuacji. Nie mieliśmy w swojej historii kultów jednostki, ale Trump jest właśnie taką postacią. Baza MAGA jest namiętnie oddana wodzowi, bez względu na to, co zrobi. Potem mamy republikanów w Kongresie oraz elity biznesowe. Oni niekoniecznie są zwolennikami Trumpa z serca (czy raczej z intelektu). To politycy przywiązani do własnych stołków i brudni oligarchowie, którzy zdają sobie sprawę, że mogą osiągnąć zysk i władzę, sprzymierzając się z Trumpem. Tak więc mamy trzy warstwy: Trump na górze, tuż pod nim jego skorumpowani, cyniczni wspólnicy i pomocnicy, a na dole jego sekciarska baza.
Jednak w listopadzie są wybory połówkowe do Kongresu…
— I wygląda na to, że republikanie stracą kontrolę nad co najmniej jedną izbą, może dwiema. MAGA nie opuści Trumpa, ponieważ ludzie nie wychodzą z sekty dzięki racjonalnej perswazji. Natomiast elity świata biznesu, Senatu, Izby Reprezentantów mogą zacząć odchodzić, gdy zdadzą sobie sprawę, że Trump traci władzę. Ale naprawdę interesujące pytanie brzmi: czy większość opinii publicznej stanowczo odrzuci Trumpa? Częścią problemu jest to, że wielu Amerykanów nienawidzi demokratów jeszcze bardziej niż republikanów. Gdyby demokraci byli mądrzy i przesunęli się trochę bardziej w stronę środka, odnieśliby spektakularny triumf. Można łatwo wyobrazić sobie coś podobnego do Węgier: w Stanach zdecydowana większość społeczeństwa sprzeciwia się autorytaryzmowi i przywraca demokrację. Ponieważ jednak demokraci mają swoje własne problemy i ideologiczne szaleństwa, będzie to mniej zdecydowane. Mimo to myślę, że zarówno w listopadzie, jak i w wyborach prezydenckich 2028 r. zobaczymy odrzucenie trumpizmu.
Ameryka Trumpa jest coraz częściej postrzegana jako imperium w fazie upadku, na które nie można liczyć. Może się to zmienić po odejściu Trumpa?
— Moim zdaniem wiele z tego ma więcej wspólnego z głupimi decyzjami Trumpa i jego partii niż z nieuchronną utratą amerykańskiej potęgi. Weźmy np. relacje z Europą: nie ma powodu, dla którego Stany Zjednoczone miałyby porzucić Europę. I dla którego nie mogłyby sobie pozwolić na pomoc Ukrainie i przeciwstawienie się Rosji. Tak samo nie ma zresztą powodu, by całkowicie ustąpić Chinom w sprawie Tajwanu.
Modlę się o to, żeby — gdy Trump odejdzie — powróciła logika liberalnego porządku, w którym Stany Zjednoczone traktują politykę międzynarodową jak sport drużynowy, a nie indywidualny.
Mimo że USA straciły zaufanie reszty świata?
— Lee Kuan Yew, były premier Singapuru, usłyszał kiedyś od chińskich decydentów: „Mamy półtora miliarda ludzi. Możemy pokonać Amerykanów, bo oni mają tylko kilkaset milionów”. Odpowiedział im: „Mylicie się. Amerykanie potrafią dogadywać się ze światem i dlatego mają po swoje stronie miliardy ludzi”. Wielkim błędem Trumpa jest to, że skoro on sam myśli tylko o sobie, jego zdaniem Ameryka również ma myśleć tylko o sobie.
Miejmy nadzieję, że lekcja chaosu ery Trumpa wystarczy, by wszyscy kluczowi członkowie zespołu zrozumieli, że możemy przetrwać ten okropny okres przejściowy i znów grać jako drużyna. Zasady nieco się zmienią: Europa będzie bardziej aktywna na swoim obszarze, bo wreszcie zaczęła dbać o swoją obronność, a Stany Zjednoczone skupią się bardziej na Pacyfiku niż na Atlantyku, ale będziemy drużyną.
Oczywiście zaufanie reszty świata do Ameryki nie wróci łatwo. Wierzę jednak, że logika współpracy między liberalnymi, demokratycznymi społeczeństwami jest tak wielka, że na dłuższą metę zwycięży.
Goldeon Rose
Foto: Fot. Teresa Kroeger/Getty Images
Gideon Rose (ur. 1963) jest politologiem i teoretykiem wojny. Był redaktorem naczelnym „Foreign Affairs”, a za prezydentury Billa Clintona zastępcą dyrektora ds. Bliskiego Wschodu i Azji Południowej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA. Jego „How Wars End: Why We Always Fight the Last Battle” (2010) uchodzi za najważniejszą książkę dotyczącą tego, jak kończą się wojny.




