Dla kogo dobrym wyborem jest terapia oparta na pracy z wzorcami zachowań, które utrudniają zdrowe funkcjonowanie? Na czym ona polega i jak przebiega? Kiedy warto z niej skorzystać i jakich efektów można oczekiwać?
Terapia schematu to wśród różnych nurtów terapeutycznych metoda „większego kalibru”. Nie będziemy po nią sięgać w przypadku pierwszego epizodu depresji ani napadów paniki. Są na to prostsze, szybsze i bardziej skuteczne sposoby. Ale jeśli depresja powraca mimo wcześniejszych terapii bądź też gdy dana osoba doświadcza jakiegoś rodzaju trudności w relacjach lub w zakresie własnej samooceny „od zawsze”, wtedy terapia schematu będzie lepszym wyborem. W końcu w tym właśnie celu stworzył ją Jeffrey Young, gdy w latach 80. XX w. szukał metody leczenia osób, dla których terapia poznawczo-behawioralna była niewystarczająca.
Aby dobrze zrozumieć, na czym polega praca w terapii schematu, warto zacząć od poznania historii naszej osobowości.
Newsweek Psychologia. Najnowsze wydanie już w kioskach!
Foto: Materiały prasowe
Jak działa osobowość
O osobowości najprościej myśleć jako o rodzaju systemu operacyjnego wgranego w nasze mózgi. Głównym zadaniem osobowości jest dbać o to, żebyśmy mogli funkcjonować w równowadze — wewnętrznej (np. między naszymi pragnieniami a możliwościami) oraz zewnętrznej (czyli między nami a ludźmi, z którymi wchodzimy w interakcje lub budujemy długotrwałe relacje). Wspomniane wcześniej nawracające problemy czy trwałe wzorce funkcjonowania w relacjach są sygnałem, że nasza osobowość nie działa prawidłowo. Gdy trudno nam utrzymać wewnętrzną równowagę, możemy np. oczekiwać od siebie zbyt wiele, a w efekcie wciąż być niezadowoleni z tego, co realnie osiągamy, albo nie dawać sobie prawa do błędu. Z kolei trudności w utrzymywaniu równowagi zewnętrznej mogą powodować, że wchodzimy w relacje z „niewłaściwymi” ludźmi. Na przykład takimi, którzy nie są w stanie zbudować z nami bezpiecznej relacji, bo są zbyt skupieni na sobie. Albo takimi, którzy ranią i nadużywają. Możemy też sami ranić i nadużywać, powodując tym samym, że to inni cierpią przez nas.
Kto napisał naszą historię
Sposób działania naszej osobowości jest w dużej mierze odzwierciedleniem doświadczeń z dzieciństwa i młodości. Przychodząc na świat, nie jesteśmy zdolni do samodzielnego funkcjonowania. Potrzebujemy kogoś, kto odpowie na nasze potrzeby. Skąd wiadomo, że mamy jakąś niezaspokojoną potrzebę? Posłańcami są emocje. W pierwszych dniach życia płaczemy głównie z fizycznego dyskomfortu: głodu, chłodu, hałasu itp. Z czasem przeżywamy również dyskomfort związany z potrzebami emocjonalnymi, jak potrzeba bezpieczeństwa, autonomii czy realistycznych granic.
Rozwojowe optimum stanowią sytuacje, kiedy opiekunowie są w stanie ukoić nasze emocje, robiąc jednocześnie to, co należy, by dana potrzeba została zaspokojona. Gdy np. jako kilkuletnie brzdące późnym wieczorem padamy już z nóg, lecz wciąż chcemy się bawić i ani w głowie nam kładzenie się spać, potrzebujemy rodzica, który powie: „Widzę, że masz ochotę się jeszcze pobawić. Ale widzę też, że padasz już ze zmęczenia. Dlatego chowamy teraz zabawki i idziemy myć ząbki”. A potem ze spokojem przyjmie naszą złość, powtórzy postawioną granicę i zaprowadzi do łazienki. A na koniec poprzytula przed snem.
Kształtująca się osobowość to zapis tego, co dzieje się w interakcjach między nami a naszymi opiekunami. Powyższa historia może jawić się jako coś banalnego. Ale zróbmy prostą kalkulację. Wystarczą trzy lata, aby ów banał powtórzył się tysiąc razy. A teraz wprowadźmy małą zmianę. Niech raz w tygodniu, w weekend, rodzic chce szybko położyć dziecko spać, by spędzić czas z drugim rodzicem. Niech w ten wieczór puszczą mu nerwy i nakrzyczy, gdy dziecko nie dość sprawnie zbierze się do snu. Nie poprzytula, lecz zamiast tego trzaśnie drzwiami, mówiąc, że dziecko zepsuło mu wieczór. Ten raz w tygodniu przez trzy lata to około 150 wieczorów, kiedy zamiast przytulania była agresja. 150 razy, kiedy dziecko zamiast być w równowadze, uczyło się przez konsekwencje, że jak spróbuje powalczyć o autonomię, zamiast ulec rodzicowi, to spotka je krzywda. I 150 razy, kiedy uczyło się, że wymuszanie i trzaskanie drzwiami jest czymś normalnym. Bo przecież robił to rodzic.
Wszystko to, czego doświadczamy w dzieciństwie, zapisuje się w naszej emocjonalnej historii. Ta emocjonalna historia jest bazą dla naszej osobowości. Niekiedy będzie to stabilna baza, w której królują wzajemny szacunek, ale i realistyczne granice. A niekiedy w tej bazie znajdą się emocjonalne miny będące odzwierciedleniem bolesnych doświadczeń. Im te doświadczenia częstsze, tym więcej min. Im silniejsze emocje nam wtedy towarzyszyły, tym większa siła zawartego w minie ładunku wybuchowego.
Czasochłonne naprawianie osobowości
Terapia schematu to proces, w trakcie którego poszukuje się i rozbraja właśnie takie emocjonalne miny. Równocześnie buduje się i wzmacnia bezpieczną i stabilną bazę do tego, by dana osoba mogła zdrowo wzrastać i rozwijać się. Realizowanie tych zadań wiąże się z kilkoma kwestiami.
Przede wszystkim taki proces potrzebuje czasu. Terapia schematu jest terapią długoterminową. Przeciętny czas trwania wynosi około dwóch lat, bo tyle zwykle zajmuje „rozminowywanie” i budowanie bezpiecznej bazy. Jeśli dana osoba miała w dzieciństwie więcej zdrowych doświadczeń, wtedy w krótszym czasie może osiągnąć satysfakcjonujące efekty. I odwrotnie — im więcej „emocjonalnych min” i bolesnych doświadczeń, tym więcej czasu może potrzebować do zdrowienia.
W tym procesie terapeuta pełni dyrektywną rolę, świadomie nadając kierunek i ton przebiegowi terapii. Kierunek jest tu wstępnie zdefiniowany: pomóc danej osobie w nauczeniu się rozpoznawania jej własnych potrzeb emocjonalnych i zaspokajania ich w sposób, który będzie zrównoważony, wolny od przesady i nieraniący innych. Bo tak właśnie w terapii schematu definiuje się zdrowie psychiczne: jako zdolność i umiejętność właściwego zaspokajania emocjonalnych potrzeb.
Uzdrawiająca relacja
Kolejną ważną kwestią w terapii schematu jest relacja psychoterapeutyczna, której podstawą jest ograniczone powtórne rodzicielstwo. Za tym tajemniczo brzmiącym terminem kryje się taki sposób budowania relacji, w której osoba prowadząca terapię nie tylko rozmawia o potrzebach emocjonalnych, ale też bezpośrednio i na bieżąco na nie odpowiada.
Wyobraźmy sobie sytuację, gdy dorosły klient wspomina w trakcie sesji o tym, że właśnie kupił sobie nową gitarę. Reakcja terapeuty czy terapeutki będzie zależeć od tego, jakie są główne niezaspokojone potrzeby emocjonalne tego klienta. Jeśli stoi za nim historia, w której rodzice wciąż czegoś oczekiwali i wymagali i tym samym mało czasu zostawało na zabawę, wtedy terapeuta, próbując uzupełnić ten brak, może zareagować słowami: „Nowa gitara? Z chęcią dowiem się czegoś więcej na ten temat, a nasza bieżąca praca może chwilę zaczekać”.
Jeśli jednak rodzice dawali za dużo swobody i tym samym dziecko wychowywało się w chaosie i nieprzewidywalności, wtedy reakcja będzie inna. Uzupełniając tamten deficyt terapeuta odpowie raczej: „Wiem, że gitara jest czymś fajnym i pasjonującym. Ale teraz skupmy się na naszej bieżącej pracy i na kontynuowaniu tego, na co umówiliśmy się pod koniec poprzedniego spotkania. Do gitary możemy wrócić na koniec spotkania, jeśli zostanie nam jeszcze czas”.
Pracując w ten sposób, terapeuta ma możliwość uzupełnienia emocjonalnych braków, stając się powtórnym rodzicem dla danej osoby. Stąd powtórne rodzicielstwo. Dlaczego ograniczone? Bo zaspokajając potrzeby danej osoby, terapeuta trzyma się norm prawnych i etycznych. Porozmawia o gitarze w gabinecie (jeśli będzie to zdrowe i właściwe z punktu widzenia potrzeb), ale raczej nie umówi się na jam session w prywatnym czasie, bo to byłoby przekroczeniem granic.
Relacja w terapii schematu to nie tylko odpowiadanie na potrzeby emocjonalne danej osoby, ale też uczenie zdrowego funkcjonowania w innych ważnych relacjach. Bardzo pomaga w tym empatyczna konfrontacja. Terapeuta stosuje ją głównie wtedy, gdy zauważa jakieś nieprzystosowawcze (czyli utrudniające zdrowe funkcjonowanie) wzorce zachowań w relacjach. Takim wzorcem mogą być np. nadmierna kontrola, przesadny krytycyzm czy trzymanie innych na dystans. W takim przypadku empatyczna konfrontacja mogłaby mieć następującą formę:
„Znam twoją historię i wiem, że jako dziecko mogłaś polegać tylko na sobie. To nauczyło cię przejmować inicjatywę i nie dopuszczać innych zbyt blisko (empatyzowanie z doświadczeniami danej osoby). Ale teraz, gdy chcę pomóc i wesprzeć cię w trudnym czasie, te stare przekonania sprawiają, że wciąż mnie odpychasz. I przez to dalej zostajesz sama z tym ciężarem (skonfrontowanie z kosztami danego zachowania)”.
Taki sposób prowadzenia rozmowy daje narzędzia do naprawiania relacji na bieżąco. A jednocześnie pomaga zauważyć, że coś, co kiedyś chroniło, w bieżącym życiu zaczyna szkodzić.
Naprawianie przez doświadczanie
Trzeci filar terapii schematu to techniki doświadczeniowe. Za tym terminem kryje się zbiór narzędzi pozwalających na bezpośrednie uruchamianie i zmienianie emocji. Dwie najbardziej znane grupy technik doświadczeniowych to przede wszystkim wyobrażeniowa zmiana skryptu oraz praca z krzesłami. Ich rolę w terapii najprościej zrozumieć, wyobrażając sobie następującą historię: mała dziewczynka wbiega do domu, żeby powiedzieć tacie o tym, że bawiła się na podwórku ze szczeniaczkiem swojej koleżanki z przedszkola. Jest podekscytowana i już od progu krzyczy: „Tato, tato!”. Ojciec, zamiast dzielić z córką radość, reaguje krzykiem: „Daj mi spokój! Nie widzisz, że coś robię?! Niczym się przy tobie nie można zająć!”. Z dziewczynki znika cały entuzjazm, zostaje mieszanina strachu („co teraz zrobi tato?”) i poczucia winy („jestem złym dzieckiem, przeze mnie mój tata nie ma chwili spokoju!”).
Takie doświadczenie — jeśli będzie się powtarzać — może zostawić trwały ślad w postaci niechęci do dzielenia się swoimi przeżyciami. I wspomnianego wcześniej trzymania innych na dystans. W terapii sama rozmowa o tym zapewne wyjaśni wiele rzeczy, ale w nieznacznym stopniu zmieni utrwalone w pamięci emocje. Stosując wyobrażeniową zmianę skryptu, odtwarzamy dane zdarzenie z pamięci tak, jakby działo się tu i teraz. Zamykamy oczy i zanurzamy się w wyobraźni w tamtą sytuację, by przeżyć ją na nowo. Ale tym razem przy wsparciu terapeuty możemy zmienić jej zakończenie. Pojawić się w swojej obecnej, dorosłej postaci i powiedzieć do ojca: „Hej! Nie krzycz na nią, przecież nie zrobiła nic złego! To ty wiecznie nie masz czasu i ciągle coś robisz, zamiast zainteresować się własnym dzieckiem!”. A potem uspokoić dziewczynkę, przytulić i spytać, jak było na podwórku ze szczeniaczkiem.
W przypadku pracy z krzesłami możemy wpłynąć na stare emocje w inny sposób. Wziąć kilka dodatkowych krzeseł. Na jednym posadzić będące echem tych dawnych doświadczeń wewnętrzne dziecko, które czuje się nieważne i nie ma z kim dzielić radości. Na drugim krytyka, który jest odbiciem głosu ojca i powtarza w naszej własnej głowie raniące słowa: „jesteś ciężarem dla innych!”. A na trzecim nasz sposób radzenia sobie: kobietę, która jest samodzielna aż do przesady. Nie dzieli z nikim trosk ani radości. Bo gdy zacznie dzielić, wtedy krytyk znów się odezwie, a wewnętrzne dziecko znów się poczuje nieważne. Taki sposób pracy pozwala wyraźnie zobaczyć to, co zwykle w niezauważalny dla naszej świadomości sposób rozgrywa się w naszych umysłach. A potem pogadać z każdą z tych części. Pierwszą wesprzeć, drugiej postawić granicę. A wtedy trzecia nie będzie już potrzebna.
Taki sposób pracy ma uzupełnić stare braki i zmienić leżące u podstaw bieżących trudności emocje. Czy to pomaga? Zdecydowanie. Ale nie jest to łatwy proces. Nie da się uwolnić od cierpienia, nie doświadczając go w procesie terapii. Terapia schematu to nie głaskanie po główce. To doświadczanie silnych emocji, momenty konfrontacji ze swoim terapeutą. Czasem uczucie zagubienia lub lęku. Ale nagroda jest tego warta. Jeśli jakieś części nas nie miały okazji dojrzeć w dzieciństwie w bezpiecznych warunkach, podczas tego typu terapii mogą mieć na to szansę.
Przemysław Mućko — psychoterapeuta i popularyzator wiedzy, pracujący w nurcie terapii schematu. Autor bloga „Psychowiedza” oraz podcastu „Ludzie tak mają”




