Zdolność do akceptacji tego, co mamy, nie zależy od „udanych dzieci”, sprzyjających okoliczności, dobrego nastroju. To postawa, która pomaga radzić sobie zarówno w chwilach komfortu i świętowania, jak i w kryzysie. Można się jej nauczyć. Jak ją praktykować na co dzień?
Rodzicielstwo to taki obszar naszego życia, w którym mamy okazję regularnie doświadczać zmęczenia, bezradności i dojmującego poczucia, że rzeczywistość drastycznie rozmija się z naszymi wyobrażeniami. To pewnie dlatego, że bycia rodzicem nie sposób sobie wyobrazić, zanim się nim staniemy.
Równocześnie też to sfera, która jest silnie mitologizowana i romantyzowana. Społeczne mity każą nam wierzyć, że rodzicielstwo powinno być przede wszystkim źródłem satysfakcji, że dobry rodzic to ten, który jest zobowiązany zawsze wiedzieć, co zrobić, a dzieci będą dla nas źródłem przyjemnych i dodających zapału do działania emocji. Kiedy więc robi się trudno, pojawia się natychmiastowa myśl: „Co tu jest nie tak? Z moim dzieckiem? Ze mną? Z naszą relacją?”.
Już jest! Najnowszy numer Newsweeka Psychologii już w kioskach!
Foto: Materiały wydawcy
Czym jest, a czym nie jest akceptacja?
Ta presja, by natychmiast zaradzić trudnościom, popycha nas do ciągłego działania i próby naprawiania wszystkiego, co wymyka się spod kontroli. W tym pośpiechu nie zostawiamy sobie jednak miejsca na doświadczanie emocji, które się w nas budzą. Zamiast słuchać ich jak ważnych drogowskazów, które pokazują nasze potrzeby, staramy się je uciszyć lub wyeliminować. Zaczynamy boksować się z rzeczywistością, tracąc ogromną energię na walkę z tym, co być może niełatwo zmienić (a przynajmniej nie od razu).
Mogłoby się wydawać, że akceptacja jest dla tych, którym się powodzi. O ileż łatwiej jest akceptować to, co dzieje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Ale co, gdybyśmy uznali, że akceptacja to nie rezygnacja, lecz realizowanie swojego wpływu tam, gdzie jest on największy? Takie świadome budowanie narracji na temat tego, co się dzieje. Żeby świadomie pisać swoją opowieść, potrzebujemy najpierw rozejrzeć się wokół siebie i zobaczyć, jak sprawy stoją. O to właśnie chodzi w akceptującej postawie.
Lęk przed praktykowaniem akceptacji związany jest często z tym, że traktujemy ją jako bierność lub kapitulację. Boimy się, że jeśli zaakceptujemy fakt, że nasze dziecko po raz kolejny wpada w furię albo że sami czujemy bezgraniczne wyczerpanie lub odzywamy się do dziecka w sposób daleki od tego, jak chcielibyśmy to robić, to tym samym wywieszamy białą flagę. Obawiamy się, że akceptacja jest w istocie rezygnacją, apatią czy wręcz przyzwoleniem na stan, który nas boli.
W rzeczywistości akceptacja umożliwia nam zaprzestanie boksowania się z rzeczywistością. Jest jak włączenie światła, by wreszcie zobaczyć, gdzie jesteśmy. To proste: „Aha, tak właśnie jest. Teraz to widzę”. Akceptacja będzie zatem uznaniem rzeczywistości. Akceptować to nie to samo, co lubić. Można przyjąć do wiadomości diagnozę, trudne zachowanie czy własną złość, nie czując przy tym cienia entuzjazmu. Akceptacja nie odbiera nam też prawa do smutku, wstydu, lęku, gniewu czy doświadczania straty — ona pozwala nam się ze sobą spotkać, dokładnie w tym, co jest.
Kluczowe narzędzie koregulacji
W relacji z drugim człowiekiem, a szczególnie z dzieckiem, akceptacja oznacza próbę dostrzeżenia dziecka realnie, takim, jakie ono jest w danej chwili. To decyzja, by zobaczyć, usłyszeć i przyjąć jego sposób doświadczania świata bez oceniania go czy próby „naprawienia”. To rezygnacja z ingerencji na rzecz autentycznej ciekawości: „Dlaczego tak się dzieje? O co moje dziecko teraz dba?”.
W relacji rodzic — dziecko akceptacja pełni funkcję kluczowego narzędzia koregulacji. Układ nerwowy dziecka, szczególnie w chwilach silnych emocji, skanuje otoczenie w poszukiwaniu sygnałów bezpieczeństwa. Kiedy opiekun reaguje oporem, złością na złość czy próbą siłowego stłumienia emocji dziecka, wysyła sygnał zagrożenia. W efekcie mózg dziecka pozostaje w trybie przetrwania, co uniemożliwia jakąkolwiek naukę czy wyciąganie wniosków. Praktykowanie akceptacji — czyli wewnętrzne uznanie: „widzę, że jest ci teraz bardzo trudno” — pozwala dorosłemu zachować dostęp do własnych zasobów poznawczych. Rodzic, który akceptuje stan faktyczny, nie „zaraża się” napięciem dziecka w tak dużym stopniu. Jego spokojna obecność staje się dla dziecka zewnętrznym regulatorem. W atmosferze akceptacji układ nerwowy dziecka może powrócić do stanu równowagi.
Do takiej postawy przygotowuje nas doświadczenie akceptacji na sobie, czyli bycie przyjętym przez kogoś takimi, jakimi jesteśmy. Czasem wystarczy doświadczyć tego tylko w jednej relacji, by zacząć być gotowym ofiarowywać to sobie i innym. Innym razem dostęp do tego odzyskuje się poprzez dużą liczbę drobnych doświadczeń lub proces terapeutyczny. Jedno pozostaje niezmiennie ważne — akceptacja dla innych rodzi się w łagodności dla siebie. Bywa, że pierwszym krokiem będzie więc zaakceptowanie tego, że czegoś nie akceptujemy. Uruchomienie ciekawości, dlaczego tak się dzieje, zamiast presji, że powinniśmy myśleć, odczuwać lub przeżywać coś inaczej.
Od akceptacji do działania
Wbrew naszym lękom akceptacja nie blokuje zmiany — ona ją umożliwia. To nie usilne negowanie, ale właśnie zobaczenie rzeczy takimi, jakie są, często rozpoczyna proces faktycznego przekształcania naszego życia. Dopiero kiedy przestajemy boksować się z rzeczywistością, odzyskujemy prawdziwą swobodę, by zacząć działać tam, gdzie naprawdę mamy wpływ. Bo akceptacja to nie koniec działania, ale punkt wyjścia, z którego możemy zacząć:
— obierać realne cele, które są możliwe do osiągnięcia i na których realizację możemy wpływać;
— sprawdzać, czego potrzebujemy, by sięgać po to, co dla nas ważne;
— rozglądać się za adekwatnym i dostępnym wsparciem, jeśli go potrzebujemy.
Praktyka akceptacji nie jest więc kapitulacją, lecz wyborem, by przyjrzeć się temu, co myślimy o tym, co dzieje się wokół nas, co w związku z tym odczuwamy. I dlatego będzie praktyką uniwersalną, niezależnie od stopnia trudności codziennych wyzwań. Postawa: „aha, tak właśnie jest” pozwala odzyskać sprawczość i redukuje frustrację. Przynosi ulgę dorosłemu i dziecku, które zamiast presji zmiany zyskuje przestrzeń do bycia usłyszanym. To właśnie z uznania prawdy o tym, co jest, wyrasta relacja (także nasza relacja z samym sobą) oparta na autentyczności, a nie na wyczerpującej pogoni za wyobrażeniami czy społecznymi standardami. Akceptacja nie jest więc cechą charakteru, z którą przychodzimy na świat. Będzie natomiast postawą wobec samego siebie, innych ludzi i tego, co nas spotyka. To sposób patrzenia na rzeczywistość, który możemy świadomie wybierać i trenować każdego dnia, aż stanie się naturalnym odruchem naszego układu nerwowego.
Małgorzata Stańczyk — psycholożka, dziennikarka, autorka książek dla rodziców. Wspiera rodziców i nauczycieli w lepszym rozumieniu dziecięcych zachowań i budowaniu relacji opartych na szacunku i zaufaniu do dziecięcego rozwoju. W ośrodku Bliskie Miejsce prowadzi warsztaty dla rodziców i spotkania szkoleniowe oraz psychoedukacyjne dla specjalistów