Donald Trump nie jest wcale wyjątkowy, jeśli chodzi o prezydencki rozmach i brawurę, a jego popisy imperialnego przepychu są częścią historii Ameryki. Prawdziwy znak cesarskiej władzy we współczesnym świecie jest jednak całkowicie inny, niż wybudowanie dla siebie łuku triumfalnego.
Prezydent Donald Trump uczcił swoje 80. urodziny, zamieniając Biały Dom w arenę walk. Jego krytycy nie zwlekali długo z oczywistymi porównaniami. Zawodnicy wychodzili z Gabinetu Owalnego w stronę oktagonu, Trump obserwował klatkę z balkonu, a pokaz siły odbywał się jeszcze przed hymnem narodowym. Amerykańskie liberalne elity reagowały na to raz ciężkim westchnieniem, raz ironicznym uśmieszkiem, a potem użyły przewidywalnych porównań.
Nazywanie Trumpa rzymskim cesarzem — nawet takim, który tylko się na niego kreuje — to zbyt wielki zaszczyt i przesadna pobłażliwość. Rzymian pamiętamy nie tyle za ich uczty, ile za to, co po sobie zostawili: materialne ślady imperium, które przetrwały ludzi nim rządzących. Czas pokaże, czy historia będzie równie łaskawa dla Trumpa.
Jednak przyszłość należy rozpatrywać przez pryzmat przeszłości. Trump nie jest wcale wyjątkowy, jeśli chodzi o prezydencki rozmach i brawurę. Trumpowskie popisy imperialnego przepychu są częścią historii Ameryki, która przetrwała już jacksonowski motłoch, maczyzm Roosevelta, propagandę Wilsona, skandale Nixona i cztery zwycięstwa Franklina Roosevelta.
Najważniejsze porównanie to nie Trump kontra Cezar ani nawet Trump kontra jego poprzednicy. Odpowiedź na pytanie, czy Trump buduje prawdziwą potęgę, otrzymamy zestawiając go z Xi Jinpingiem.
Wiedza powszechna
Kości zostały rzucone w chwili, gdy Trump ogłosił wydarzenie, a drwiny nie ustawały przez kolejne godziny i dni.
Publicysta „The Atlantic” zauważył, że kopuła na South Lawn wznosiła się na wysokość górnej kondygnacji Koloseum, umieszczając Trumpa „niczym rzymskiego cesarza w jego pulvinarze — cesarskiej loży”. Dodawał, że wydarzenie „trąci przesadą”.
Inny komentator na łamach „The Guardian” opisał Trumpa jako „jakiegoś nieudolnego rzymskiego despotę zajadającego się winogronami w Koloseum” i stwierdził, że spektakl ten oznacza, że „USA to teraz on”. „Vanity Fair” określił walki na South Lawn wprost jako „scenę imperialną”.
Krytycy mogą mieć rację, zarzucając Trumpowi wulgarność, ale mylą się, uważając to za coś nowego. Trump nie jest cesarzem, dlatego że lubi imperialny kicz. Jest tylko prezydentem, który korzysta z bardzo amerykańskiego dziedzictwa — choć robi to nieudolnie.
Pierwsza zasada Fight Clubu według Theodore’a Roosevelta
Walka i pokaz siły to nic nowego wśród amerykańskich prezydentów — wcześniej mieli jednak odwagę brać w tym udział osobiście. Około 1905 r. prezydent Theodore Roosevelt zaprosił do Białego Domu mistrza judo Yamashitę Yoshiakiego, by zaprezentował jiu-jitsu. Roosevelt sam stanął do pokazu w East Room, w obecności m.in. przyszłego prezydenta Williama Howarda Tafta i członków swojej rodziny.
Roosevelt w swojej rezydencji uprawiał także boks. W relacji z 1917 r. opublikowanej przez „The New York Times” pod tytułem „Ślepy na lewe oko, Roosevelt przyznaje”, prezydent wspominał, że pełniąc ten urząd, boksował z młodym kapitanem artylerii, który uszkodził mu naczynie krwionośne w jego lewym oku. Po tym Roosevelt już na nie nie widział.
Pete Hegseth z pewnością zgodziłby się, że amerykańska psychika i urząd prezydenta zawsze zawierały pierwiastek teatralnej męskości: jazda konna, polowania, służba wojskowa, boks, karczowanie zarośli na ranczu, lądowanie na lotniskowcu pod flagą „Misja wykonana”.
Motłoch Jacksona i jego wulgarność
Obrońcy Trumpa nazywają jego wulgarność demokratyczną, krytycy — demagogiczną. Ale to już przerabialiśmy. Podczas inauguracji prezydenta Andrew Jacksona w 1829 r. Biały Dom zamienił się w miejsce tłumnego przyjęcia.
Tłumy napierały na nowego prezydenta, poncz rozlewał się po podłodze, mężczyźni w zabłoconych butach stawali na tapicerowanych meblach, a senator James Hamilton, zwolennik Jacksona, opisał tę scenę jako „prawdziwe Saturnalia” — odnosząc się do rzymskiego święta. Jackson już podczas kampanii w 1828 r. był nazywany amerykańskim Cezarem.
Jackson wykorzystał niechęć elit i obsadził siebie w roli głosu ludu. Prezydentura Trumpa to kontynuacja tej tradycji: nie Rzym przeniesiony do Waszyngtonu, lecz amerykański populizm na miarę współczesności.
Brzydki spektakl Woodrowa Wilsona
Jeśli zarzutem jest, że Trump zamienił władzę wykonawczą w moralnie odpychający spektakl, jeszcze gorszy precedens ustanowił prezydent Woodrow Wilson. W lutym 1915 r. w East Room w Białym Domu w obecności Wilsona, członków jego gabinetu i ich rodzin odbył się pokaz filmu „Narodziny narodu” D.W. Griffitha.
Film, dziś znany z rasistowskich wizerunków czarnoskórych Amerykanów i gloryfikowania Ku Klux Klanu jako obrońców porządku, zyskał rangę i legitymizację dzięki pokazowi w Białym Domu i odniósł ogromny sukces komercyjny. Choć poglądy Wilsona na temat filmu do dziś budzą spory, to właśnie on wzmocnił segregację rasową, częściowo pod pretekstem chronienia czarnych Amerykanów przed nimi samymi.
Walki w klatce w Białym Domu są bez wątpienia prostackie, ale Wilson nadał prezydencką rangę filmowi, który — zdaniem historyków — pomógł odrodzić KKK jako ruch masowy. Jeśli prezydencki spektakl to sposób budowania własnej marki, to jeden z tych przypadków jest zdecydowanie groźniejszy od drugiego.
Triumfalizm i budowanie pomników
Budowlany rozmach Trumpa wydaje się jego krytykom jeszcze bardziej obciążający, bo jest dla prezydenta USA czymś osobistym. Biały Dom ogłosił budowę sali balowej o powierzchni 90 tys. stóp kwadratowych w 2025 r. Koszty — około 200 mln dol. — ponieść miał Trump i „inni patriotyczni darczyńcy”.
Do marca 2026 r. kosztorys podwoił się do 400 mln dol., podczas gdy Trump zapewniał, że podatnicy nie dołożą „ani dziesięciu centów”. Teraz kwota przekroczyła 600 mln dol., a jak donosi „The Washington Post”, podatnicy mogą pokryć nawet 300 mln.
Planowany łuk triumfalny o wysokości 250 stóp (ok. 76 m) to jeszcze łatwiejszy cel dla krytyków. Zapytany przez CBS News, komu ma służyć łuk, Trump wskazał na siebie. Gotowy łuk ma być ponad dwukrotnie wyższy od pomnika Lincolna.
To wszystko jest przesadne, choć nie bez precedensu, jeśli przypomnieć sobie kolumnady Jeffersona, skrzydło zachodnie Roosevelta, skrzydło wschodnie Roosevelta, czy przemianowanie basenu Roosevelta na salę prasową przez Nixona. Przebudowa za Trumana była jeszcze bardziej radykalna: trwała cztery lata począwszy od 1948 r. i zmieniła rezydencję prezydencką bardziej niż pożar z 1814 r. To właśnie Truman stworzył sporą część dzisiejszego Białego Domu.
Trump jednak działa inaczej. Choć łuk triumfalny kojarzy się z Rzymem, to jest czymś innym. Rzymianie budowali łuki, by upamiętnić czyny państwa. Trump chce łuku, by upamiętnić samego siebie — na długo po swojej prezydenturze.
Prawdziwy cesarz
Prezydent Xi Jinping nie potrzebuje łuku triumfalnego, bo ma coś trwalszego: oficjalną teorię, dlaczego jego władza nie musi się kończyć. W eseju z 2021 r. zatytułowanym „The Governance of China IV” Xi stawia pytanie, które zachodni historycy Rzymu dobrze znają: „Jak przełamać historyczny cykl wzlotu i upadku?”. Jego odpowiedzią nie jest reakcja na krytykę z zewnątrz, lecz samoreformująca się partia.
Doktryna Xi dąży do zachowania mandatu, eliminując możliwość buntu. To przepis na prawdziwą władzę imperialną: w Pekinie nie tylko nie wolno walczyć w klatce, nie wolno walczyć w ogóle.
Po czterech kadencjach Roosevelta Ameryka uchwaliła 22. poprawkę w 1951 r., by żaden prezydent już nigdy nie mógł piastować urzędu dłużej niż dwie kadencje. W 2018 r. Chiny poszły w drugą stronę — wykreśliły z konstytucji zapis ograniczający liczbę kadencji prezydenta.
Na tym tle Chiny pod rządami Xi pokazują trwałe cechy rzymskiego dziedzictwa, o których Ameryka może tylko marzyć. Rzym zostawił po sobie ok. 80 tys. km utwardzonych dróg i system akweduktów, które przetrwały do dziś.
Chińska sieć autostrad osiągnęła pod koniec 2024 r. długość ok. 200 tys. km — najwięcej na świecie i ponad dwa razy więcej niż amerykański system autostrad międzystanowych. Cała chińska sieć dróg to ok. 5,6 mln km.
W grudniu 2025 r., po otwarciu linii łączącej Xi’an z Yan’an, chińska sieć kolei dużych prędkości przekroczyła 50 tys. km — więcej niż wszystkie inne kraje razem wzięte. Pierwsza linia szybkiej kolei powstała w Chinach dopiero w 2008 r.
Jeśli elektryczność jest dla współczesnych społeczeństw tym, czym woda była dla Rzymu, Chiny znów są liderem. Na koniec 2025 r. Narodowa Administracja Energetyczna informowała, że moce wiatrowe i słoneczne sięgnęły 1840 gigawatów, po raz pierwszy przewyższając energetykę węglową i gazową — cel wyznaczony przez Xi na 2030 r. osiągnięto sześć lat wcześniej.
W samym tylko jednym miesiącu 2025 r. w Chinach montowano niemal 100 paneli słonecznych na sekundę. W 2024 r. kraj osiągnął więcej mocy słonecznych niż reszta świata razem wzięta.
Gdy w Waszyngtonie toczy się spór, kto zapłaci za salę balową, Pekin buduje z myślą o przyszłych pokoleniach i nie dopuszcza do sprzeciwu. Tak właśnie działa imperium.
Koniec rundy
To jest prawdziwy znak cesarskiej władzy we współczesnym świecie. Nie walka w klatce ani łuk triumfalny. Krytycy Trumpa powiedzieliby, że o to właśnie chodzi — nawet w roli cesarza nie wypada on przekonująco, więc co tak naprawdę krytykują? To, że Trump albo jego zwolennicy są wulgarni?
To samo w sobie może nie być takie złe, bo oznacza jedno: Ameryka wciąż jest republiką i nic, co zrobił Trump, tego nie zmieniło. USA to nie on.
Można krytykować zarówno Trumpa, jak i Xi. Ale ze wszystkich zarzutów wobec Trumpa określenie „cesarz” jest tym, które powinien przyjąć z zadowoleniem. Jest ono jednak mylące.
Nie znaczy to, że jest prezydentem, jakiego chcą obywatele, ani takim, jakiego potrzebuje republika. Przyda się jednak trochę dystansu. Xi może nie ma talentu do widowisk, ale jest znacznie bardziej cesarzem niż Trump kiedykolwiek był. I rywalizacja między USA a Chinami będzie mieć dużo większe znaczenie niż ta urodzinowa na South Lawn.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.





