Mam wrażenie, że w najnowszym sezonie serialu „Ziemia, planeta ludzi” — tak, tego, w którym wszyscy gramy albo chociaż statystujemy — scenarzystom wyczerpały się pomysły i zaczynają szyć zdecydowanie zbyt grubymi nićmi.
Kto by uwierzył w te intrygi, rodem z łopatologicznej telenoweli? To już nie media się tabloidyzują, ale rzeczywistość. Wszystkie te historie dookoła są właśnie takie, jakby ktoś się specjalnie starał, żeby za kolejne sto lat, nawet najmniej wybitni uczniowie nie mieli problemów z przyswojeniem historii XXI w. Nie wiem co prawda, czy ludzkość będzie jeszcze wtedy istniała i czy zachowa szlachetną tradycję kształcenia przyszłych pokoleń, bo wszystko przecież jest możliwe, zwłaszcza jeśli wydarzenia rozwijają się w takim tempie.
W Polsce wszyscy żyjemy w cieniu wojny. Nie ma dnia, żebym o niej nie myślała. Nie ma doby, żebym nie odbyła przynajmniej kilku rozmów o tym, jak bardzo blisko podchodzi, że zaraz będzie jakaś ruska prowokacja. Sprawdzam w „Poradniku bezpieczeństwa”, co trzeba spakować, o czym pamiętać, jakie jest znaczenie poszczególnych sygnałów alarmowych. Umawiam się z bliskimi, co zrobimy, gdyby coś się stało: gdzie się spotkamy, kto do kogo przyjedzie, jak będziemy nawiązywać kontakt w razie zerwania łączności. W razie braku prądu. W razie braku benzyny. W razie W.
Nikt nie ma wątpliwości, skąd to nadejdzie. Jeśli nadejdzie. Bo zawsze może zdarzyć się cud, zawsze może być inaczej niż tak, jak podobno mówi jakiś wywiad amerykański, o którym od czasu do czasu czytamy na różnych portalach. Sprawdzaj źródła. Nie ufaj byle komu. Wojna kognitywna już tu jest. Wojna w cyberprzestrzeni już tu jest. Ruscy już tu są — od lat, od zawsze, od kiedy najstarsi ludzie pamiętają. Chaos już tu jest. I strach. Tego mam w sobie najwięcej. A może nie, bo więcej mam w sobie dzikiej złości na to, że można w ogóle myśleć o niszczeniu tego świata, o burzeniu w imię testosteronowych popędów. Takie mamy wszystko ładne, wreszcie ponaprawiane, posklejane, ułożone. Komu to przeszkadza? Gdybym to ja rządziła krajem, w którym co czwarty mieszkaniec nie ma w domu kanalizacji, to bym się zajęła naprawieniem tego, a nie atakowaniem i niszczeniem innych krajów, w których żyje się godnie i z łazienką w domu.
Nikt nam tego nie tłumaczy. Łapię skrawki reglamentowanych informacji. Na co dzień widzę, jak działa ruska propaganda. Nikt już nie mówi źle o Rosjanach. Odium spada na Ukraińców, którzy się w naszych gościnnych domach schronili przed wojną. Nikt już nie pamięta tamtego zrywu, jeżdżenia na granicę, pomagania, zapraszania do siebie. Gdzieś nam się po drodze zgubiła i solidarność, i troska. Na sztandarach Wołyń.
Wystawa „Dziesięć wieków polskiej rusofobii” otwarta 10 kwietnia w Katyniu przeszła bez większego echa. Wiceminister sprawiedliwości ucieka z Polski kolejno: do prorosyjskiego Orbána, następnie do współpracującej z Putinem Serbii, żeby teraz wysyłać listy z Naddniestrza. Do jakich państwowych tajemnic miał dostęp ten wiceminister sprawiedliwości? Dlaczego jego przełożony chroni się u Trumpa w USA? Kto, komu, za co w ten sposób płaci? Dlaczego Musk wyłączył Polsce Starlinki? Kto płaci za rozprzestrzenianie dezinformacji? Kolejne akty wrogości są pomijane, nierozdmuchiwane, bo przecież nie chcemy, żeby to przekroczyło próg wojny kinetycznej, nie chcemy, żeby została uruchomiona przerażająca maszyna apokalipsy. A może ona już działa? Na ilu poziomach już tu jest? Może rewersem kolektywnego strachu jest wspólne wypieranie najprostszych i najbardziej oczywistych danych, przesłanek tak jasnych, że trudniej ich nie widzieć, niż po prostu zobaczyć?
Staram się odnaleźć spokój w codzienności. Powtarzam w głowie odpowiedzi na najprostsze pytania: wyjedziesz czy zostaniesz? Będziesz się chować czy walczyć? Czy w razie czego potrafisz udzielić pierwszej pomocy? Czy wiesz, dokąd najpierw pobiegniesz? Czy masz zapas lekarstw: dla siebie, dla dziecka, dla rodziców? To wcale nie są dla mnie pytania paniczne. Odpowiadam sobie, żeby potem było trochę mniej niewiadomych, mniejszy stres. Za co wezmę odpowiedzialność? Czy znam moich sąsiadów? W książce „Idzie wojna?” wszystkie osoby rozmawiające z Agnieszką Lichnerowicz zachęcają właśnie do tego: poznaj ludzi, których masz najbliżej siebie. Spotkajcie się, wyjdźcie z anonimowości. W razie czego właśnie w takich dość przypadkowych grupach będziemy na siebie zdani. Kto pomoże starszej pani z drugiego zejść do piwnicy?
Ja wcale nie chcę wiedzieć o sobie tyle, ile mnie sprawdzono.