Kiedy opinia publiczna domaga się krwi, starą metodą każdej władzy jest odwrócenie uwagi i przeniesienie społecznego gniewu na inną grupę niż rządzący. W tym przypadku mogłyby to być „tłuste koty” w służbie zdrowia. Ale Donald Tusk ma kilka opcji, by wyciszyć aferę z lekarzem i byłym już radnym KO Dawidem Kacprzykiem w roli głównej.
Dawid Kacprzyk zrezygnował z członkostwa w KO i mandatu radnego dzielnicowego Ursusa, zwrócił Warszawskiemu Szpitalowi Południowemu część zarobionych tam pieniędzy i został zwolniony z pracy, prezydent Warszawy odwołał zarząd placówki. Sprawą zajęła się prokuratura, premier Donald Tusk zapowiedział, że każdy kto złamał w tej sprawie prawo, poniesie konsekwencje, a ten, kto naruszył dobre obyczaje, stanie przed partyjnym sądem. Rząd przyjął projekt ustawy pozwalający ustalić, ile zarabiają konkretni lekarze, ma też pracować nad ustawą wprowadzającą górny limit zarobków dla lekarzy na kontraktach.
Wszystko to jednak może nie wystarczyć, by zażegnać wywołany przez aferę kryzys, tym bardziej gdy zaczną wypływać kolejne informacje, np. o tym, kto korzystał z saloniku VIP w Warszawskim Szpitalu Południowym (im poważniejsze nazwiska, tym większy problem dla partii), czy na temat politycznych koneksji Kacprzyka i ich roli w jego bardzo specyficznej karierze. Jeśli okazałoby się, że nadzorujący szpital warszawski ratusz miał wiedzę, co robi Kacprzyk, ale ze względu na polityczne umocowanie młodego lekarza ignorował ją, byłby to kolejny wielki problem dla KO.
Tryb „Donald się wściekł”
Donald Tusk
Foto: Radek Pietruszka / PAP
Co więc może zrobić jeszcze Tusk? Pierwsza opcja to wejście w tryb „Donald się wściekł”. Znamy ten sposób działania premiera od czasu afery hazardowej w 2009 r. Gdy pojawia się jakaś związana z partią afera, lider KO ustawia się w roli kogoś, kto sam jest najbardziej oburzony całą sprawą. Zapowiada zero tolerancji dla patologii i przyjęcie najwyższych standardów w partii. W efekcie sypią się głowy.
Usunięcie Kacprzyka z partii i pracy oraz odwołanie zarządu szpitala to wejście w ten tryb. Jesteśmy jednak ciągle na dość niskim poziomie „drabiny eskalacyjnej”. I niewykluczone, że jeśli KO nie chce zostać postawiona pod ścianą, to będzie musiała, uprzedzając opozycję, sama wspiąć się na wyższe szczeble.
Głowy mogłyby więc polecieć nie tylko w samym szpitalu, ale także wśród urzędników nadzorującego go stołecznego ratusza i to aż do poziomu odpowiedzialnych za ten obszar wiceprezydentów. Opcją atomową mogłoby też być rozwiązanie stołecznych struktur KO albo wyciągnięcie konsekwencji wobec jej szefa — ministra spraw wewnętrznych Marcina Kierwińskiego. To byłby bardzo ryzykowny ruch z punktu widzenia wewnętrznej stabilności partii, wysyłałby jednak jasny sygnał — w przeciwieństwie do PiS w KO nie tolerujemy patologii i gdy się pojawiają, wypalamy je gorącym żelazem do samej kości.
W sytuacji kryzysu, gdy opinia publiczna jest wściekła i domaga się krwi, starą metodą każdej władzy jest odwrócenie uwagi i przeniesienie społecznego gniewu na inną grupę niż rządzący. W tym przypadku mogłyby to być „tłuste koty” w służbie zdrowia, lekarze wyciągający miliony na kontraktach, pracujący w prywatnej praktyce w czasie, gdy formalnie powinni wykonywać pracę w szpitalu itd. Problem w tym, że zamożni lekarze to naturalne społeczne zaplecze KO i partii trudno będzie wystąpić przeciw ich interesom. Dla wielu wyborców KO będzie też w takiej walce po prostu skrajnie niewiarygodna.
To już nie jest 2009 r.
Bo też w ogóle problem z taktyką „Donald się wściekł” polega na tym, że nie jesteśmy już w 2009 r., gdy mogła znakomicie działać. Wtedy zupełnie inaczej wyglądała sfera publiczna: rządowi, by zejść z linii strzału wystarczyło zdominować komunikację w dwóch tabloidach i kilku telewizjach. Dziś opozycja ma własne, niezależne kanały komunikacji w mediach społecznościowych, przy pomocy których może skutecznie nakręcać oburzenie wokół działań rządu, a radykalne ruchy — np. rozwiązanie stołecznych struktur — będą przedstawiane tylko jako dowód winy KO.
Falę takiego algorytmiczno-wiralowego społecznego gniewu kontrolować jest o wiele trudniej i jak widzieliśmy wielokrotnie w ciągu ostatnich trzech latach, Koalicja Obywatelska i jej lider nie radzą sobie z tym najlepiej. Ta nowa architektura sfery publicznej utrudnia też odwracanie uwagi od istniejących problemów przez takie akcje, jak zapowiedzi kastracji chemicznej pedofilów czy wojna z dopalaczami, które świetnie sprawdzały się w trakcie pierwszych rządów KO. Więc nawet jeśli w ramach rozliczeń PiS zobaczymy nagle jakieś spektakularne aresztowanie, niekoniecznie odwróci to uwagę od afery w warszawskim szpitalu.
Wreszcie, wyborcy pamiętają, a jeśli nie, to mogą to sobie szybko znaleźć w Internecie, w jaki sposób Tusk zarządza podobnymi kryzysami i na kolejne odpalenie podobnego skryptu mogą zareagować tylko cyniczną rezygnacją.
Jawne zarobki lekarzy?
Być może więc rząd powinien zrobić coś, czego w tym wieku nie zrobił żaden gabinet — wykorzystać kryzys wokół doktora Kacprzyka, by na poważnie porozmawiać z wyborcami o ochronie zdrowia i zarobkach w niej. Nie w trybie populistycznej nagonki na lekarskie „tłuste koty”, ale szukania rozwiązań dla problemów.
Bo w sprawie Kacprzyka odbija się cały szereg systemowych patologii: problemy ze znalezieniem chętnych lekarzy do pracy na SOR, stawki dla niektórych lekarzy, które zupełnie oderwały się od społecznego poczucia przyzwoitości, kilkudobowe dyżury, kumulowanie etatów w wielu placówkach. Wszystko to przy tym sprowadza się do jednego podstawowego problemu: lekarzy jest po prostu zbyt mało w stosunku do potrzeb, przez co szpital, który chce znaleźć kogoś na SOR, czasem faktycznie musi oferować absurdalne stawki i tolerować łączenie przez jednego lekarza pracy w kilku miejscach.
Co z tym można zrobić? Długoterminowo musimy zastanowić się, jak zwiększyć podaż lekarzy — zwiększając sensownie limity przyjęć na studia medyczne i być może posiłkując się w tym celu migracją. Krótkoterminowo, warto porozmawiać o wprowadzeniu rozsądnych widełek wynagrodzeń dla lekarzy ze względu na wykonywaną pracę i ograniczeń maksymalnej liczby godzin na dyżurze. Warto też porozmawiać o tym, czy wynagrodzenia w publicznej służbie zdrowia nie powinny być po prostu jawne.
Nie gwarantuje to politycznego sukcesu, ale byłby to przynajmniej sygnał, że skandal przekłada się na jakiekolwiek propaństwowe myślenie rządzącej partii.
Doktor Kacprzyk i szczęście w nieszczęściu
Na razie KO wydaje się być ciągle o krok za wydarzeniami, działając w trybie nieudolnego gaszenia pożaru. Całość kryzysowego zarządzania spada przy tym na Tuska, który zużywa w ten sposób cenny polityczny kapitał.
Szczęście w nieszczęściu dla KO polega przy tym na tym, że afera wybucha ponad rok przed wyborami. Do następnych wyborów bardzo wiele może się jeszcze zdarzyć. Tak jak afera z jachtami z KPO przykryta została przez szereg kolejnych tematów, tak samo sprawa doktora Kacprzyka może już zupełnie zniknąć z radarów przed następnymi wyborami. Jednocześnie wielką naiwnością byłoby liczenie, że temat sam się rozejdzie po kościach i można z nim nic nie robić. Bo nawet jeśli za rok Kacprzyk nie będzie tematem debaty, to wyborcy będą pamiętać, jak rząd zareagował na ten kryzys.