Zamiast krytykować system, zapędził się w krytykę Bogu ducha winnej urzędniczki. Znajomi opowiadają o nim z mieszaniną podziwu i strachu. — Tak naprawdę to dobry chłopak — uważają jedni. — Cyniczny manipulator — twierdzą inni. — Nie mów mi, że zwariowałem, bo wydaje mi się, że jestem w oblężonej twierdzy. Ja od lat w niej mieszkam — mówi „Newsweekowi” Krzysztof Stanowski.
Awantura zaczęła się od kontroli, którą urzędniczki skarbówki przeprowadziły w gdańskiej pizzerii. Zamówiły pizzę z krewetkami, a kiedy przyszło do płacenia, okazało się, że lokal stosował 8-procentową stawkę VAT, choć dania z owocami morza powinny być objęte stawką 23 proc. Właściciel dostał 2,5 tys. zł mandatu, zapłacił i opisał to na Facebooku. Reportaż o urzędniczej nadgorliwości zrobił portal TVN24.pl.
I wtedy do akcji wkroczył Krzysztof Stanowski. — Ty babo głupia, wredna, babsko obrzydliwe — mówił w Kanale Zero na YouTubie. Dodał, że kobietę należałoby rozebrać do naga i przypiąć do słupa na rynku, żeby wszyscy widzieli, jak głupi potrafi być urzędnik.
Wywołał burzę. Zarzucono mu, że urządził lincz na urzędniczce, że została zaszczuta, a inni urzędnicy boją się teraz wychodzić w teren. Związkowcy z Krajowej Administracji Skarbowej złożyli w sprawie Stanowskiego zawiadomienie do prokuratury, a minister finansów Andrzej Domański oświadczył, że jego komentarz był „obrzydliwy, plugawy wręcz”.
Krytyczny był nawet Grzegorz Sroczyński, od niedawna związany z Kanałem Zero. — Straszne słowa, mnie włosy stanęły dęba — podkreślił. Publicyści Tomasz Terlikowski i Tomasz Stawiszyński odwołali udział w planowanym na koniec czerwca Kongresie Zero.
— Na początku uważałam, że to było paskudne. Ale potem doszłam do wniosku, że gdyby Krzysiek nie użył takich mocnych słów, to nikt by się nie pochylił nad odpowiedzialnością urzędników za wydawane decyzje — mówi pracownica Kanału Zero. Zaprzecza, że czuje presję, by bronić szefa. — On tego nie oczekuje, wręcz przeciwnie. Polubił bycie bad boyem.
Debaty telewizyjne kandydatów i kandydatek na prezydenta RP w Końskich
Foto: Andrzej Iwanczuk/REPORTER
Powinien się wstydzić
Kiedy proszę o rozmowę, Stanowski szybko odpowiada: „Doskonale sobie poradzisz z paszkwilem na mnie bez rozmowy, nie będę Ci komplikował zadania”. Dzień później jednak się zgadza, zaprasza do redakcji.
Nie żałuje tego, co powiedział o urzędniczce. — Ta kobieta jest symbolem patologii urzędniczej. Gdyby była znana z imienia i nazwiska, możliwa do zidentyfikowania, to pewnie bym tego nie powiedział. Ale moje słowa odnosiły się do całej instytucji, która niestety bywa oprawcą dla przedsiębiorców. Bardzo mnie śmieszy, że teraz wiele osób mówi, jak to potężny Stanowski zaatakował biedną urzędniczką. Ale kiedy zaatakowałem KAS, nagle okazuje się, że to ja jestem tym małym w starciu z wielkim aparatem państwowym — tłumaczy.
Żałuje swoich słów tylko z jednego powodu: bo nie lubi, gdy ludzie z jego otoczenia muszą się za niego tłumaczyć. Kiedy są nagabywani, jak mogą pracować z tym okropnym Stanowskim. — Natomiast samo porównanie jest dla mnie jasne: jeśli ktoś wykorzystuje stanowisko, by czerpać dziką satysfakcję z dopieprzania przedsiębiorcy, to powinien się wstydzić — mówi.
Kiedy pytam, dlaczego od razu tak tego nie ujął, odpowiada, że to był program satyryczny. — My się tam śmiejemy, a potem się okazuje, że ludzie sobie dorabiają interpretacje. No i dorobili. A że bardzo wielu chciałoby, żeby mi się wreszcie powinęła noga, wykorzystują każdy pretekst, żeby mi dowalić — lekko się uśmiecha.
Tacy są najgroźniejsi
Ma niespełna 44 lata, a pracuje od 30. Był w ósmej klasie podstawówki, gdy został przyjęty na staż do redakcji „Przeglądu Sportowego”. Odbierał telefony od czytelników, wyszukiwał w archiwum zdjęcia do artykułów, przygotowywał tabele III ligi piłkarskiej, później pisał sprawozdania z meczów.
— Krzysiek zawsze miał chęć rywalizowania. Mieliśmy wyznaczone premie za teksty i pamiętam, że kiedyś przy obiedzie mówi: „co tydzień muszę napisać najlepszy tekst, żebym to ja tę premię zgarnął” — wspomina dziennikarz sportowy Przemysław Rudzki. Poznali się w „Przeglądzie”, potem zaprzyjaźnili.
Stanowski nie skończył jeszcze 20 lat, gdy w 2002 r. redakcja wysłała go na piłkarski mundial w Korei Południowej i Japonii. Rok później wydał pierwszą książkę, potem kolejne trzy, wszystkie o sukcesach i porażkach piłkarzy oraz działaczy sportowych. — Stano jest megautalentowany, ma świetne pióro i jest ambitny, aż za bardzo. Ale nieprzypadkowo najbliżej mu było do Pawła Zarzecznego, który był inny niż reszta dziennikarzy sportowych. Stanowskiego też zawsze ciągnęło do przekraczania granic. Najpierw w świecie sportu, a potem w biznesie — mówi dziennikarz, który szefa Kanału Zero zna od ponad 20 lat.
— Pióro ma rzeczywiście świetne. A do tego doskonałe wyczucie i ucho, by popłynąć na fali populizmów i dobrze na tym zarobić. Cyniczny manipulator. Tacy są najgroźniejsi, bo inteligentni. Ale to inteligencja makiaweliczna. To zły człowiek — dodaje osoba, która kiedyś ze Stanowskim współpracowała. Ale to tyle, nie chce już o nim mówić.
Głupieję z każdym dniem
Stanowski był przez kilka lat najmłodszym szefem działu piłki nożnej w historii „Przeglądu Sportowego”, ale po zmianie kierownictwa odszedł. Został przedstawicielem na Polskę duńskiej firmy bukmacherskiej Bet24, a później też grupy PartyGaming. To było jeszcze przed słynną aferą hazardową w 2009 r., ustawa porządkująca rynek internetowych zakładów weszła w życie dopiero rok później.
Stanowski założył portal Weszło.com, który miał promować zakłady bukmacherskie, a szybko stał się serwisem o piłce nożnej. — To był przełom. Wcześniej opisywanie sportu polegało na relacjonowaniu zawodów tak, by czytelnik poczuł atmosferę stadionu. Weszło pokazywało kulisy, używało dosadnego języka. Nie pisało, że ktoś zagrał słaby mecz, tylko że był beznadziejny. To był pierwszy tabloid sportowy — wspomina znajomy dziennikarz. Dodaje, że Stanowski jako jeden z pierwszych zaczął zarabiać na bukmacherce. — A to były czasy, gdy zakłady sportowe postrzegano jako mocno szemrany biznes. Dzisiaj nikt nie widzi nic zdrożnego w tym, że komentator czy piłkarz je reklamuje, a bukmacherzy są sponsorami lig piłkarskich. Ale Stano robił to wcześniej niż inni — mówi.
Wielokrotnie zarzucano mu wtedy, że rozmywa granicę między dziennikarstwem a reklamą hazardu i buduje model finansowania mediów oparty na branży bukmacherskiej. Zawsze odpowiadał, że działa ona legalnie. Przyznawał, że to dzięki współpracy z firmami bukmacherskimi stał się niezależny finansowo.
W 2013 r. opublikował głośny tekst, który zaczynał się od zdania „Głupieję z każdym dniem”. Pisał, że zna szczegóły z życia gwiazd show-biznesu, ale nie ma pojęcia, kto jest premierem Izraela. — Krzyśkowi chodziło o to, że media podają ludziom mało wartościowych informacji, a coraz więcej papki. Po raz pierwszy wypowiedział się mocno na temat spoza bańki sportowej. I ludzie, którzy nie interesowali się sportem, dowiedzieli się, kim on jest — tłumaczy Przemysław Rudzki.
Stanowski powtarzał potem wiele razy, że media, zamiast opowiadać o polityce czy gospodarce, wolą konflikty i historie celebrytów. Kiedy w 2024 r. uruchamiał Kanał Zero, obiecywał, że tam będzie inaczej. I rzeczywiście są poważne i wnikliwe audycje, a w nich znani eksperci, tyle że coraz częściej są też rzeczy, które właściciel Kanału krytykował: awantury, ostre komentarze, a przede wszystkim emocje. On sam bez wahania nazywa ludzi debilami i trollami, szkodliwymi celebrytami. O Natalii Janoszek, za którą pojechał do Indii, by udowodnić, że wbrew temu, co opowiada, nie jest gwiazdą Bollywood, mówił, że zmyśliła karierę: „To najlepiej poprowadzony kit w historii polskich mediów”. W tej sprawie jest już nieprawomocny wyrok: sąd nakazał usunięcie filmu z sieci i wypłatę 20 tys. zadośćuczynienia na rzecz aktorki.
Co ludzie chcą usłyszeć
— Redaktor Stanowski rozgryzł, jak działają social media. Cały czas się uczył, czego oczekują ludzie i jak działają algorytmy. Kiedy powstawał Kanał Sportowy, wiedział już, jak robić nowoczesne media — mówi Wojtek Kardyś, specjalista ds. PR i mediów społecznościowych.
Stanowski wziął do spółki trzech znanych komentatorów: Michała Pola, Mateusza Borka i Tomasza Smokowskiego. — Stano zrozumiał, że można zarabiać pieniądze na tym, że ludziom powie się to, co chcą usłyszeć. A jest na tyle cyniczny i sprytny, że wie, jakie poglądy mają ci, którzy go oglądają. I się do tego dopasowuje, a nawet wyprzedza oczekiwania, bo ma ten niesamowity zmysł do zarabiania kasy — mówi znany dziennikarz.
W Kanale Stanowski prowadził m.in. program „Hejt Park”, do którego zapraszał znane osoby. Z poetą i publicystą „Krytyki Politycznej” Jasiem Kapelą pokłócił się o opłatę reprograficzną, a boksera i zawodnika MMA Marcina Najmana prowokował tak, że tamten oblał go w końcu wodą.
Jesienią 2023 r. poinformował, że odchodzi. — Pokłócił się o kasę ze wspólnikami, ale też o to, że on chciał robić więcej, a im wystarczało to, co mieli, czyli kupę hajsu. Jemu cały czas było mało. Nie tylko pieniędzy, ale też poczucia, że może być jeszcze bardziej znany, mieć większy wpływ na kształtowanie rzeczywistości — tłumaczy znany dziennikarz.
Michał Pol i Tomasz Smokowski nie chcą dziś rozmawiać o przyczynach rozstania. Stanowski też nie. — Wzajemne uszczypliwości są nikomu niepotrzebne. Oni mają swój biznes, ja mam swój. Oni są zadowoleni, ja też — tłumaczy.
Codziennie jakaś wojna
Dziś jest królem platformy X, ma tam ponad 1,5 mln obserwujących. Z podsumowania Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że w zasadzie codziennie toczy na X jakąś wojnę. A to wymienia prztyczki z posłem Giertychem, a to krytykuje ministrę kultury za projekt dopłat do ZUS dla artystów.
— Nie wydaje mi się, żebym toczył wojnę z Martą Cienkowską, po prostu uważam, że promuje absurdalne pomysły, których nie potrafi logicznie uzasadnić, i generalnie poczyna sobie głupio. A ustawa o artystach zawsze była mi bliska, bo dostrzegałem jej absurd — mówi Stanowski.
Z Romanem Giertychem — dodaje — jest dłuższa zabawa. Tak to zresztą traktuje: jako zabawę. — Ale myślę, że to on ma problem ze mną, a nie ja z nim. Ja mam problem z tym, że Giertych permanentnie kłamie, manipuluje, szczuje, jest bezkarny. Jest złym człowiekiem. Uważam też, że należy młodszym widzom i czytelnikom przypominać, jaka była jego polityczna droga i że to nie jest wcale taki fajny pan, jakim mogą go dziś widzieć — tłumaczy.
Kanał Zero szybko rośnie: od startu w lutym 2024 r. zgromadził 2,3 mln subskrybentów, a jego materiały mają już 2 mld wyświetleń. Rekordowym okresem była ubiegłoroczna kampania prezydencka, w której startował sam Stanowski. Twierdził, że chodzi mu o wykazanie niedoskonałości systemu wyborczego. W kampanii używał haseł „Vamos Polska” i #zerokonkretów. W pierwszej turze zdobył 1,24 proc. głosów.
— Od początku wiedziałem, że to jest pewnego rodzaju performance — mówi Rudzki.
— Potraktował kampanię jako formę darmowej promocji — dodaje dr Jacek Kotarbiński, ekspert ds. marketingu.
— Mówiono, że startuje, żeby promować Sławomira Mentzena. A on promował siebie. Snuto domysły, że założy partię polityczną, a on zrobił dokładnie tak, jak obiecał. I to jest to, czego młodym ludziom najbardziej brakuje. Oni nie widzą jego cynizmu. Widzą autentyczność i wiarygodność — mówi znany dziennikarz.
Większość odbiorców Kanału Zero to ludzie w wieku od 25 do 44 lat, 80 proc. stanowią mężczyźni.
Bez pouczania
Wojtek Kardyś uważa, że sukces Kanału Zero jest wypadkową tego, co się wydarzyło w mediach. — Kiedy dziennikarze stali się tubą propagandową tej czy innej opcji politycznej, Polacy to zauważyli. Dlatego czerpią newsy nie z telewizji ani z radia, ale z social mediów. Przekaz musi być mocny i kontrowersyjny — tłumaczy ekspert.
— Krzysiek nie jest dziś dziennikarzem, bardziej właścicielem wielkiego biznesu i influencerem. Ale wciąż jest w nim ta dziennikarska cząstka, dzięki której potrafi skonstruować dobry scenariusz programu i biznesu. I to jest jego przewaga — dodaje Przemysław Rudzki.
— Uważam się za człowieka, który zatrudnia dziennikarzy. A to, czy mnie samego ktoś uważa za dziennikarza, to już wszystko jedno — mówi sam Stanowski.
Kiedy pytam, czy czuje się odpowiedzialny za to, jak pod wpływem należących do niego mediów zmienia się dziennikarstwo, upewnia się, czy wszystko zacytuję. Potem mówi, że gdyby mógł, zmieniłby dziennikarstwo „Newsweeka” czy „Gazety Wyborczej” tak, by naśladowało Kanał Zero. — Ponieważ my jesteśmy mniej ideologiczni, a bardziej racjonalni — tłumaczy.
Twierdzi, że dziennikarstwo traktuje jak sport: — I o ile jestem w stanie zaakceptować miejsce trzecie, to już szesnaste byłoby mi trudno, bo to taka strefa spadkowa. Przy czym jest to rywalizacja na dobre tematy, na opiniotwórczość, na frajdę z działania. Lubię przygody, więc je sobie tworzę, tak jak te wybory prezydenckie.
W lutym tego roku odpalił portal Zero.pl, a trzy miesiące później telewizję Zero. Ściągnął doświadczonych dziennikarzy. — Nigdy nie miałam takiej wolności, robię, co chcę. A poza tym Krzysiek ma ładny zwyczaj dzielenia się pieniędzmi z odsłon na YouTubie — twierdzi osoba, która pracuje u Stanowskiego.
Uważa, że przyprawiono mu gębę. — Tak naprawdę to dobry chłopak. I trochę ludowy trybun, lubi wymierzać sprawiedliwość. Jak ktoś robi nieciekawe rzeczy, nie ma dla niego litości. Ale chętnie pomaga ludziom i nie mówi na kolegium, że zrobimy akcję, bo to nam zwiększy oglądalność — przekonuje.
Najgłośniejsza była zrzutka dla Olgi Malinkiewicz. Ruszyła po wywiadzie w Kanale Zero, w którym wynalazczyni perowskitów oskarżyła inwestorów o próbę przejęcia jej technologii. Stanowski zebrał ponad milion złotych pod hasłem „Wspieramy polską naukę!”, ale nie wypłacił pieniędzy. Malinkiewicz domaga się teraz ich przekazania lub zwrotu darczyńcom. Właściciel Kanału Zero odpowiada, że pieniędzy nie wypłaci bez pełnej dokumentacji i faktur.
Redaktor przesadził
Jak wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów, na początku afera krewetkowa miała 6,6 mln zasięgu. W ciągu kolejnych dziesięciu dni po wypowiedzi Stanowskiego zasięg publikacji wzrósł do 22,5 mln. — Kolejny raz udowodnił, że potrafi siłą własnych zasięgów przekształcić lokalny kryzys w ogólnonarodową debatę — mówi Monika Ezman, członkini zarządu IMM.
Wojtek Kardyś, który sam jest przedsiębiorcą, rozumie, dlaczego Stanowski tak ostro ocenił sytuację z gdańskiej pizzerii. — Tyle że zamiast krytykować system, zapędził się w krytykę Bogu ducha winnej urzędniczki. To było przekroczenie, samosąd. Redaktor przesadził — twierdzi ekspert.
— Profesjonalny dziennikarz raczej by zadawał pytania, dlaczego prawo podatkowe jest tak skonstruowane, że biedny restaurator został ukarany wysoką karą. A Stanowski zdehumanizował urzędniczkę. I trudno powiedzieć, czy zrobił to celowo, czy przypadkiem. Czy chodziło wyłącznie o wzbudzenie kontrowersji po to, by zdobyć zasięgi? — zastanawia się dr Kotarbiński.
— Totalny fałsz — odpowiada Stanowski. — Ja się w mediach społecznościowych głównie spontanicznie bawię. To się samo przekłada na zasięgi. Nie ma w tym jakiegoś cynicznego biznesplanu, pieniądze są pochodną tego, co robimy na co dzień. Natomiast mam słuch społeczny i wiem, co wzbudza w danej chwili emocje i na jaki temat warto porozmawiać, bo ludzie chcą o tym słuchać.
Kto w to uwierzy?
Kiedy opowiadam, jak znajomi ostrzegali, że po publikacji tekstu poszczuje na mnie swoje psy gończe, lekko się irytuje. — Wszystkie wojenki prowadziłem osobiście i nie używałem do tego żadnych psów gończych, bo ich nie mam. A to, że publiczność czasami jest po mojej stronie, to dlatego, że to są ludzie, którzy mają swój rozum i sami podejmują decyzje, komu ufają, a komu mniej. A poza tym w przeszłości zdarzało się, że dziennikarze pisali o mnie teksty pełne kłamstw, przeinaczeń, manipulacji z krzywdzącą tezą i liczyli, że ja nie odpowiem prawdą. Przeliczyli się — mówi.
Kiedy dziennikarze pisali, że w czasach rządów PiS korzystał ze środków spółek skarbu państwa i publicznych instytucji, odpowiadał atakiem. Podobnie, gdy zarzucano mu, że do studia o wiele częściej zaprasza polityków prawicy i traktuje ich wyjątkowo łagodnie. Powtarzał, że Kanał Zero to projekt niezależny.
Pytam jeszcze, dlaczego uważał, że napiszę o nim paszkwil. — Wiem, że nie jestem lubiany przez wasze środowisko. Wiem, że gramy w dużą grę, rozpychamy się na rynku, podkupujemy ludzi z innych redakcji, podbieramy sponsorów. To musi, za przeproszeniem, wkur… I moja osoba też musi. To, że się nie kłaniam wielkim panom redaktorom sprzed lat, że potrafię im odpyskować albo wręcz ich ośmieszyć. I wiem, że lista ludzi, którzy życzą nam upadku, jest bardzo długa. Więc nie mów mi, że zwariowałem, bo wydaje mi się, że jestem w oblężonej twierdzy. Ja od lat w niej mieszkam — mówi.
— A jak się z tym czujesz? — pytam.
— Spoko. Mam fajne życie, interesujące. Robię w zasadzie to, co chcę, i dobrze się bawię — mówi. Dodaje, że nie jest żadnym demiurgiem, tylko banalnym gościem, dość nudnym i przewidywalnym. — Na pewno jestem cyniczny. Nie chodzi mi o postawę życiową, tylko o zabawę słowem, bo cynizm lubię wykorzystywać w sprzeczkach czy wojenkach. Natomiast generalnie postrzegam się jako empatyczny człowiek, co pewnie niedobrze dla twojego materiału, bo kto w to uwierzy? — znowu się uśmiecha.
Przemysław Rudzki opisuje go tak: lojalny, zawsze pomoże bliskim mu osobom. I pracowity. — Właściwie cały czas jest pod parą. Czasem się zastanawiam, jak długo to może potrwać, ale trwa już tak długo, że chyba wszystkie granice zostały przekroczone — mówi.
— To jest gość, który mógłby leżeć na tarasie, palić cygaro, pić najlepszą whisky i mieć wyjeb… na wszystko. Ale jemu wciąż jest za mało i to na swój sposób godne podziwu — mówi dziennikarz, który zna Stanowskiego od ponad 20 lat. Czasem zastanawia się, jaką jeszcze granicę będzie chciał przekroczyć. — Bo on jest swego rodzaju medialnym geniuszem. To groźny zawodnik, który myśli tak: nieważne, co mówią inni, liczy się tylko to, co ja planuję — tłumaczy. — I znajdzie siłę, żeby to zrealizować.





