Już nawet najwięksi zwolennicy bitcoina nie twierdzą, że to jest pieniądz przyszłości. To po prostu jedno z aktywów spekulacyjnych, w które można inwestować na tej samej zasadzie, co w złoto, akcje Apple’a czy Google’a — mówi Jędrzej Malko.
„Newsweek”: Czym w historii pieniądza są kryptowaluty?
Jędrzej Malko, historyk idei, pisarz, publicysta. Autor książki „Porachunki. Polityczna historia pieniędzy” (2025): Tak naprawdę niczym nowym. Owszem, technologia blockchain, która umożliwiła produkcję bitcoina, jest nowością, ale prywatna emisja to historia stara jak świat. Przez większość dziejów różne formy pieniądza koegzystowały lub konkurowały ze sobą.
Jędrzej Malko
Foto: Fot. Jakub Szafrański
To znaczy?
— Na przykład w połowie XVII w. w samym Londynie obok królewskiej mennicy funkcjonowało 3,5 tys. mennic prywatnych. Co więcej, monety nie były jedynym rodzajem pieniądza, europejscy kupcy co najmniej od 800 lat posługiwali się emitowanymi przez siebie pieniędzmi papierowymi, czyli wekslami. Głównym celem największych średniowiecznych jarmarków, jakie znamy choćby z bajek Disneya, było to, by kupcy z różnych stron świata mogli się zjechać i rozliczyć swoje weksle. Badania ksiąg rachunkowych z epoki pokazują, że tylko 10 proc. obrotu regulowano tam za pomocą monet.
Wszędzie tam, gdzie pieniądz sankcjonowany przez władzę nie spełniał potrzeb jakiejś grupy społecznej, grupa ta znajdowała inny sposób na regulowanie wzajemnych zobowiązań.
Na jakie potrzeby odpowiadają kryptowaluty?
— Bitcoin narodził się w 2008 r. w trakcie kryzysu finansowego, o który opinia publiczna obwiniała chciwość i nieodpowiedzialność „banksterów”. Przedstawiany był jako pieniądz, który pozwoli obejść skorumpowany czy postrzegany jako taki system finansowy, oparty na długu, działający na styku wielkich banków i wielkiej polityki.
Bitcoin miał być pieniądzem zdecentralizowanym, niewymagającym zaufania do żadnego rządu ani banku — czy to komercyjnego, czy centralnego. Zwolennicy bitcoina rysowali wizję anarchokapitalistycznego porządku, jaki ma powstać dzięki tej walucie, w którym ludzie będą wolni zarówno od jarzma „bankstera”, jak i poborcy podatkowego.
Co dziś zostało z tej wizji?
— Praktycznie nic. Już nawet najwięksi zwolennicy bitcoina nie twierdzą, że to jest pieniądz przyszłości, który zastąpi obecny system finansowy. Zresztą biorąc pod uwagę to, jak skonstruowana jest ta waluta, nie ma technicznej możliwości, by rozliczała ona taką liczbę transakcji, jaka codziennie dokonuje się na całym świecie. Przepustowość bitcoina to kilkaset tysięcy transakcji, podczas gdy tylko w Polsce codziennie system bankowy obsługuje ich ponad 6 mln.
Takie „anarchokapitalistyczne” wspólnoty tworzyły się przez chwilę, gdy instytucje państwa nie radziły sobie jeszcze z kryptowalutami i transakcje dokonywane za ich pomocą mogły być faktycznie anonimowe. Bitcoin stał się więc walutą Silk Road — platformy z nielegalnymi towarami, gdzie można było kupić np. narkotyki albo fałszywe dokumenty. Serwis do złudzenia przypominał Allegro, przed dokonaniem zakupu można było nawet przeczytać opinie wystawione sprzedawcy przez wcześniejszych klientów.
Problemem okazali się jednak nieuczciwi kontrahenci, psujący opinię całej platformie. Na tyle wielkim, że jej założyciel Ross Ulbricht zlecił zabójstwo najbardziej uporczywych oszustów. Miał jednak pecha, bo zlecenie złożył pracującemu pod przykryciem amerykańskiemu agentowi federalnemu, rozpracowującemu ten biznes.
Gdy serwis został zamknięty, a Ulbricht wsadzony do więzienia, jego zwolennicy oburzali się na wtargnięcie państwowego aparatu przemocy w ich anarchistyczną utopię. Ale sensowniej byłoby chyba powiedzieć, że jest to historia nie o zniszczeniu anarchistycznej utopii przez państwo, ale o zastąpieniu amatorskiego aparatu przemocy przez profesjonalny i nieporównanie silniejszy. Ulbricht w trosce o swój rynek zaczął egzekwować reguły siłą i karać oszustów, czyli odtworzył dokładnie te instytucje, przed którymi obiecywał ucieczkę. Mówiąc krótko, na każdym targu pojawiają się zatargi, konflikty, i aby handel mógł przebiegać sprawnie, potrzebna jest instancja, która będzie mogła je rozstrzygać.
Jaką więc funkcję dziś pełnią kryptowaluty?
— Bankructwo politycznej obietnicy bitcoina okazało się przepustką do jego sukcesu finansowego. Kryptowaluty nie obiecują już alternatywy dla globalnego systemu finansowego, bo zadomowiły się w jego centrum. Jest to po prostu jedno z aktywów spekulacyjnych, które zostało całkowicie zintegrowane ze współczesnym systemem finansowym. W bitcoina czy ethereum można inwestować na tej samej zasadzie, co w złoto, akcje Apple’a czy Google’a.
Dla porządku można co najwyżej dodać, że choć oczywiście istnieją ludzie, którzy na krypto dorobili się wielkich majątków, to większość ludzi w tym kryptokasynie traci — szacunki Bank for International Settlements wskazują, że typowy inwestor traci 48 proc. środków.
Dlaczego nie tylko w Polsce to antysystemowa prawica bierze na sztandar kryptowaluty?
— To wiąże się z wpisaną w ten instrument finansowy nieufnością do państwa i splecionych z państwem instytucji bankowych. I powiedziałbym, że prawica nie jest bez racji, gdy zadaje pytania, czy obecny system finansowy faktycznie służy interesom obywatelek i obywateli. Proponowane na prawicy rozwiązania wydają mi się naiwne, ale sam sceptycyzm wobec systemu, w którym kreacja pieniędzy odbywa się na styku państwa i banków komercyjnych, jest całkiem zdrowy.
To nie jest tak, jak się często myśli, że bank bierze oszczędności jednego klienta, żeby pożyczyć je innemu klientowi. Udzielając kredytu, banki tworzą nowe pieniądze. W ten sposób zwiększają ilość pieniądza w gospodarce — średnio o 300 tys. zł na minutę. Pieniądz ten znika, gdy dług zostaje spłacony. Oczywiście, akcję kredytową banków ogranicza z jednej strony motyw zysku — bankier chce udzielać tylko takich pożyczek, które zostaną spłacone, a z drugiej strony prawo, regulacje oraz polityka banku centralnego, kształtująca koszty kredytu.
Wróćmy do źródeł nieufności wobec tego systemu. Gdy w 2008 r. świat sparaliżował kryzys finansowy, amerykańska Rezerwa Federalna, jak zwykle w takich wypadkach, odkręciła bankom komercyjnym kurek z pieniędzmi. Lewica zareagowała na to głównie schadenfreude: „Proszę, rynek sobie nie poradził. Interwencja państwa w gospodarkę jest jednak konieczna”. Zasadne jest pytanie, komu służyła ta interwencja.
Komu?
— Gdy w sytuacji kryzysu bank centralny zwiększa ilość pieniądza w obiegu, następuje inflacja. Ale nie taka, że płacimy więcej za obiad w barze mlecznym albo za pizzę, ale przede wszystkim inflacja aktywów kapitałowych, takich jak akcje. Ma to, jak to ujął główny ekonomista banku HSBC, „niefortunne konsekwencje dystrybucyjne”, czyli powoduje zwiększanie nierówności majątkowych.
Od wybuchu pandemii do dziś majątki najbogatszego promila Amerykanów wzrosły o 84 proc. I nie są to dane żadnej organizacji charytatywnej walczącej z nierównościami czy biedą, ale Fedu — amerykańskiego banku centralnego. Ta eksplozja nie wynikała z tego, że w tym czasie Elon Musk zaczął budować jeszcze piękniejsze samochody elektryczne, ale w dużej mierze z faktu, że covidowa panika na rynkach finansowych była gaszona strumieniem miliona dolarów na sekundę. W ten sposób w ciągu 48 godzin pompowano w gospodarkę więcej pieniędzy niż w trakcie kryzysu w 2008 r. w ciągu miesiąca. Myślę, że warto zadawać pytania, czy to był dobry ruch.
Niestety, dyskusja o polityce pieniężnej toczy się często zupełnie po omacku. Co częściowo wynika z tego, że pozornie zdroworozsądkowe przekonania na temat pieniędzy czy systemu finansowego — np. że banki pożyczają pieniądze, które wcześniej ktoś im powierzył w depozyt — są po prostu błędne. Mówiąc o pieniądzu, często przedstawiamy go jako żywioł. Tymczasem to jest pewne urządzenie, które może być lepiej lub gorzej skonstruowane. Braki w podstawowej wiedzy charakteryzują zarówno prawicę, jak i lewicę.
Lewica nie ma swojej teorii polityki pieniężnej?
— Najczęściej ustawia się po prostu w kontrze do prawicy. Przykładowo: prawica jest przeciw długowi publicznemu i lubi straszyć — zazwyczaj bezpodstawnie — strasznymi konsekwencjami rosnącego zadłużenia.
Na to lewica odpowiada na ogół, że długiem publicznym w zasadzie nie ma się co przejmować. I oczywiście rację mają ekonomiści, kiedy mówią, że dług publiczny to nie to samo, co dług prywatny, albo kiedy przypominają, że trwałe zlikwidowanie długu publicznego jest praktycznie niespotykane. Ale kiedy czytam entuzjastyczne opinie, jak to „deficyt sektora publicznego jest nadwyżką sektora prywatnego”, to trudno mi się oprzeć wrażeniu, że lewica na złość prawicy gotowa jest odmrozić sobie mózg. Przecież obsługa długu kosztuje, a w państwie takim jak Polska, gdzie mamy regresywny system podatkowy, oznacza to transfer bogactwa od uboższych obywateli do zamożniejszych — bo to oni są wierzycielami państwa.
Lewica ma nowoczesną teorię pieniężną (MMT), która pokazuje, że pieniądz to publiczny monopol i że rząd powinien go po prostu stworzyć tyle, by zapewnić maksymalne wykorzystanie mocy gospodarki, a jeśli to spowodowuje inflację, to nadmiar pieniądza ściągnie się z rynku przez podatki.
— To dlaczego od razu nie podnieść podatków i nie oszczędzić sobie inflacji? Chętnie zobaczyłbym większe inwestycje publiczne w edukację, naukę czy ochronę zdrowia. Ale jeśli jako społeczeństwo nie ufamy władzy na tyle, żeby zgodzić się na choćby odrobinę wyższe podatki dziś, to zgodzimy się na nie, po tym jak rząd zaleje nas deszczem pieniędzy i powodzią inflacji? Wtedy nabierzemy do władzy zaufania? Nie rozumiem tej logiki. Zastanówmy się zresztą, czy naprawdę chcemy powierzyć kontrolę nad kreacją pieniądza politykom — bo lewicowi zwolennicy MMT mogą marzyć o tym, że o podaży pieniądza będzie decydować Zandberg, a dostaną prędzej Błaszczaka albo Czarnka.
Dyskusja o politycznym wymiarze pieniądza wraca najczęściej w kontekście euro. Zwolennicy wspólnej waluty sięgają po argumenty efektywności ekonomicznej, przeciwnicy mówią o złotym jako fundamencie suwerenności.
— Obie strony mają swoje racje. Przyjęcie euro przyniosłoby pewne korzyści ekonomiczne: ograniczenie ryzyka kursowego czy kosztów transakcyjnych, co jest ważne dla wielu polskich firm działających jako podwykonawcy dla podmiotów w strefie euro.
Ale nie lekceważyłbym też argumentu suwerenności. Przyjęcie euro oznacza, że jako państwo będziemy się zadłużać de facto w obcej walucie. Że taka pożyczka jest bardziej ryzykowna od zadłużania się we własnej walucie, nauczył nas już Edward Gierek. A historia kryzysu strefy euro sprzed dekady pokazała, jak szybko może to doprowadzić do realnej utraty zdolności prowadzenia własnej polityki gospodarczej. Mam na myśli nie tylko Grecję, ale też Irlandię, Hiszpanię czy Włochy. Przechwałki niemieckich urzędników, jak to „robią zamachy stanu lepiej niż Amerykanie”, nie wzięły się znikąd.
Euro nie chroni waluty narodowej przed atakami spekulacyjnymi?
— To argument za przyjęciem euro. Nie chcę jednak występować jako zwolennik albo przeciwnik strefy euro. Co najwyżej chciałbym, żebyśmy wszyscy przyznali, że nie rozmawiamy tylko o pieniądzach, ale także o sprawach ustrojowych. Większą wagę ma dla mnie pytanie, czy w polskim interesie jest bliższe związanie się z Unią, niż pytanie, czy na kosztach transakcyjnych zaoszczędzimy 0,2 czy 0,3 proc. PKB.
W Wielkiej Brytanii toczy się dyskusja nad ewentualnym następcą Keira Starmera i często wraca w niej argument: jak na nowego premiera zareagują rynki obligacji. To faktycznie istotny argument we współczesnej polityce?
— Doradca Billa Clintona żartował kiedyś, że gdy był dzieckiem, chciał się urodzić ponownie jako sławny bejsbolista, jednak gdy już dojrzał, to wie, że chciałby ponownie przyjść na świat jako rynek rządowych obligacji. Także Angela Merkel mówiła kiedyś, że cieszy się, że Niemcy są demokracją parlamentarną, ale zadaniem rządu jest zapewnić zgodność decyzji parlamentu z rynkami finansowymi.
To rodzi pytanie, czy żyjemy w ogóle w demokracji, skoro ludzie demokratycznie postanowią jedno, a ich decyzję mogą zablokować rynki finansowe.
— Paradoks polega na tym, że to właśnie rynki finansowe umożliwiły powstanie demokracji liberalnej. Znów cofnijmy się w czasie: kończy się średniowiecze, zaczyna renesans, wojnę rewolucjonizuje artyleria. Armata to świetny wynalazek, ale jeden wystrzał kosztuje tyle, co miesięczny żołd żołnierza. Aby wygrywać wojny, monarchowie muszą więc skądś brać niespotykane wcześniej kwoty. Mało kto chce pożyczać stojącemu ponad prawem władcy absolutnemu, który może wszystko, na przykład w każdej chwili wyrzucić wierzyciela z kraju. Aby przekonać majętnych ludzi do finansowania wojen, trzeba się podzielić z nimi władzą. Pierwsze parlamenty są w zasadzie ciałami, w których wierzyciele mogą kontrolować wydatki władcy.
Mało to romantyczne, ale zręby demokracji liberalnej z jej szacunkiem do praworządności i lękiem przed arbitralnymi decyzjami władzy wykonawczej wykuwały się właśnie w tym procesie. A wraz z pojawieniem się rynku wtórnego na dług publiczny pojawia się samo pojęcie opinii publicznej oraz zaczynają się różne zabiegi władzy, by o tę opinię dbać.
Na przykład?
— Na początku XVIII w. na liście płac brytyjskiego ministra skarbu znajdują się Swift i Defoe — otrzymują pensję nie za opisy przygód Guliwera i Robinsona Crusoe, ale za pochlebne felietony o stanie finansów państwa.
Związki między finansami a demokracją mają długą i nieoczywistą historię. Być może też nieprzypadkowo demokracja liberalna zaczęła się osuwać w trwający do dziś kryzys po krachu 2008 r. Kryzysy finansowe rodzą nieufność do instytucji i procedur, budzą tęsknotę za silnym przywódcą, który za bardzo będzie chciał się zatroszczyć o zwykłego człowieka, żeby przejmować się praworządnością.
Co możemy zrobić z systemem finansowym, by temu zapobiec?
— Przede wszystkim możemy zacząć myśleć o pieniądzu jako technologii, a więc o czymś, co możemy modyfikować. Nie ufałbym wielkim utopijnym projektom, ale kilka lat temu przedstawiłem skromną propozycję ustanowienia kredytu powszechnego, czyli niewielkiej linii kredytowej otwartej dla wszystkich obywateli i obywatelek. Technicznie rzecz biorąc, nie jest to żaden problem, aby każdy z nas mógł zaciągnąć w NBP taki nisko oprocentowany kredyt, na przykład w wysokości pensji minimalnej. Setkom tysięcy ludzi taka pożyczka mogłaby uratować skórę od chwilówek, a wszystkim nam, którym czasem brakuje do pierwszego, dać spokojniejszy sen. Jednak obok tych wymiernych korzyści kredyt powszechny miałby niemniej ważną wartość symboliczną, godnościową. Za pomocą takiego mechanizmu moglibyśmy powiedzieć: każdy czasem potrzebuje kredytu zaufania i każdy w tym kraju na taki minimalny kredyt zasługuje. Od 1989 r. pomnożyliśmy nasze majątki i dochody jak niemal nikt na świecie, naprawdę stać nas już na to, by odrobinę bardziej sobie nawzajem zaufać.




